Dziś pierwszy cień z EDM, czyli Flora, od której zaczęła się moja przygoda z sypańcami. Flora przywędrowała do mnie w opakowaniu travel size (czy tylko mnie bawi ta dość prosta gra słowna?), więc przesypałam ją do słoiczka i wszyscy są szczęśliwi.
Strona EDM twierdzi, że ten cień wygląda tak:




Aha, srali muchy, idzie wiosna. Ja na tym zdjęciu widzę jakiegoś łososia. A florka prezentuje się w rzeczywistości tak:




No i co to jest? Ja myślę, że to - uwaga uwaga, będę tworzyć - piaskowy beż podbity brązem. Łososia może i widać w opakowaniu, ale zapewniam, że na oku go nie ma. Dowód:


Do tego zdjęcia napakowałam sobie podwójną ilość cienia, żeby w ogóle było coś widać. Bo Flora stapia się z powieką i wyrównuje jej koloryt, jest idealna do nude. Chociaż wykończenie ma błyszczące, to drobinki naprawdę są drobne i nie błyszczą się jak bombka, a ładnie rozświetlają.

I uwaga, teraz swatche na ręce z prawdziwego zdarzenia.



Jak teraz na nie patrzę, to dochodzę do wniosku, że faktycznie tam jest bliżej nieokreślone "coś" różowawe. Ale to wychodzi tylko w ostrym słońcu - w sztucznym oświetleniu znika.
Czary.
Ten wpis jest raczej przypominajką dla mnie na przyszłość, żeby tego BB nie kupować. Wykorzystałam próbkę (o zbawienie!) i co mam pamiętać za kilka miesięcy?

- Jak na moje wymagania, ma za niski filtr (podchodzę do tego ironicznie - gdy normalne kremy do twarzy mają jakikolwiek filtr, to jest już sukces, a ja tu wybrzydzam o spf25 :D)
- Teoretycznie przeznaczony do cery suchej lub mieszanej: cholera wie, jaką mam teraz cerę, ale jeśli BB zostawia na niej tłusty poblask (w złym tego słowa znaczeniu), a nie zdrowy błysk (znowu ironia, bawi mnie opis "healthy glow"), to coś nie bangla.
- Producent nie gwarantuje krycia, a tylko "wyrównanie kolorytu". Doceniam fakt, że Gold Super Plus dopasował mi się do ryjka, ale zrobił to dopiero po... godzinie. Seriously, godzina?! Może to znowu kwestia rozpuszczenia - już trafiłam na taki jeden BB, którego aplikację wizualizuję sobie jako włożenie głowy do photoshopa i wyszpachlowanie się narzędziem "zrób ze mnie bóstwo NATYCHMIAST".

Sorki, VIP Gold, miłości z tego nie będzie, you're dissmissed.
Vexgirl chyba czyta mi w myślach i organizuje rozdanie, w którym można zdobyć najnowszego Carmexa.
Więcej można się dowiedzieć na jej blogu.

Kolejny z cieni w samplowym słoiczku. Mam problem z tym cieniem - jest soczyście miedziany i napakowany drobinkami, w sumie nigdy nie używam go na całe oko - groteskowy efekt będzie można podziwiać poniżej ;)




jak wspominałam, cień jest miedziany, ale w cieniu robi się wiewiórkowo rudy
A tak wygląda na całej powiecie - czyli średnio dobrze ;)

w świetle dziennym bez lampy

A tutaj swatch na ręce - maznęłam palcem bez bazy. Cholernie nieostre, ale przynajmniej udało mi się złapać shimmer :)

tak się błyszczy w słońcu :)

U mnie 3-day weekend ląduje najczęściej w załamaniu powieki. Jakość - jak we wszystkich cieniach EDM - rewelacyjna :)
Pierwsze wrażenia - oby trochę omylne :]

Gdyby kosmetyki miały tożsamość, to satynowy mus do ust z Avonu siedziałby smutny i zastanawiałby się "kim jestem?!", a wyglądałoby to tak:



Szminka w opakowaniu błyszczyka. Taaa... Mus ma konsystencję roztopionej w lecie szminki, więc taka forma opakowania wydaje się być słuszna. Jednak mimo wszystko jest zbyt gęsty, żeby wygodnie go nałożyć na usta cudacznym, spłaszczonym aplikatorem. Może to jest jakaś zaleta, że trzeba się nagrzebać w pojemniczku - nie wyciągniemy musu za dużo. Ale dokładanie kolejnych warstw też średnio wychodzi...

Kolor, który sobie zaserwowałam, to shimmering nude. Na zdjęciach w katalogu wygląda jak śliwa, w opakowaniu jak burgund, na ustach na szczęście wychodzi taki ciemny nude. Czyli w sumie ok.
Nie ma drobinek, a wykończenie faktycznie jest satynowe, lekko lśniące. Cieszy mnie też fakt, że ten mus pielęgnuje i nawilża usta - a to jest dla mnie szczególnie ważne, gdy leczę się retinoidami... 
Czym jesteś, musie? Szminką, błyszczykiem, cholera wie czym?

A teraz drugi mus - też z Avonu, ale do ciała. Mam potężny katar, ale wyczułam chemiczny zapach róży godny płynu do zmiękczania tkanin. Fajna, lekka konsystencja. I uwaga, zdziwienie tygodnia - bo te kosmetyki z serii Naturals są średnie - nawilża w stopniu akceptowalno-zadowalającym. Przynajmniej takie mam wrażenia 3 godziny po aplikacji - zobaczymy, jak będzie wieczorem ;)
Oto i mój wczorajszy nabytek z przybytku ze szmatkami: lakier, którego nazwa to ani chybi Berry Love, numerków żadnych się nie dopatrzyłam.
Na pierwszy rzut oka jest to całkiem fajne cacko: idealnie średni pędzelek, którym się wygodnie maluje i rzadka konsystencja. Cienkie warstwy schną w ekspresowym tempie. A jak się to prezentuje na paznokciach?
lampa, 2 warstwy bez top coatu


Czy ta butelka nie jest śliczna? :D

tak samo: lampa, 2 warstwy bez top coatu

Jak widać, pomimo 2 warstw białe końcówki lekko prześwitują... Cóż, nie można mieć wszystkiego.
Powyższe zdjęcia wykonałam jakieś 30 minut po pomalowaniu pazurów. Ślicznie się błyszczy, czerwień jest taka jaka powinna być (mam jedno brzydkie określenie na to, ale staram się ograniczać wulgaryzmy). Położyłam top coat i co się stało następnego dnia? Na lewą dłoń, którą zaraz pokażę, położyłam mineralny utwardzacz z Avonu. Jest już stary, więc nie zdziwiłam się, gdy rano odkryłam ryski na lakierze (jak wiemy, spanie jest bardzo niebezpieczne i porysowany lakier to najmniejsze niebezpieczeństwo, na jakie można się narazić :] ). Specjalnie zachowałam duży rozmiar zdjęcia - ja te ryski widzę, wprawne oko może też je wyhaczy. 

Na drugi dzień, lampa, top coat

Na prawą rękę, której nie pokażę, bo nie ma szans, żebym ją sobie samodzielnie sfotografowała, nałożyłam lakier 3w1 z Essence. Tutaj rysek nie było, ale za to końcówki starły się przerażająco szybko (a jak widać, nie mam przerażająco długich szponów). I ten lakier zdecydowanie zmienił kolor Berry Love na bardziej karminowy. Siedzę teraz jak debil i mam zagwozdkę, który podoba mi się bardziej :]

W skrócie: przepiękna czerwień z kremowym wykończeniem średniej jakości. Kupić nie zaszkodzi :)


...skrobnąć?

Z okazji choroby piątkowy wieczór spędzam w domu. Z okazji zatkanego nosa nałożyłam sobie na głowę dzikie ilości Sesy - moja wrażliwość zapachowa spadła do poziomu 25% i niuchając butelkę stwierdziłam, że takie sesowe aromaty są znośne.

Wykończyłam odżywczy krem do ciała z serii SSS Avonu i gdyby nie fakt, że choruję na nowościozakupoholizm, to pewnie wylądowałby u mnie znowu. Świetnie nawilża i faktycznie czułam ten "dotyk jedwabiu" - nie ma się czego przyczepić przy kremie, który w promocji kosztuje 8 zł :D

Nadrabiałam dziś braki odzieżowe w mojej szafie (ehe, serio, nie ma czegoś takiego, chciałam sobie humor poprawić) i jak zwykle wylądowałam w H&M (nic na to nie poradzę, uwielbiam te szmatki!). Od wieszaka do wieszaka, trafiłam do kasy, a tam...

...koszyczek wypełniony absolutnie prześlicznyyyymi, czerwonymi lakierami (tak, teraz się ślinię jak postać z mangi) ze świątecznej kolekcji (czy może innej limitowanki, bo jest w to zaangażowany Disney). Lakiery to moja absolutna słabość, a gdy na horyzoncie pojawiają się czerwone lakiery o kremowym wykończeniu* to tracę cały zdrowy rozsądek. Tym razem oczywiście nie było inaczej - śmieszna cena 9,90 za 14 ml - już jest u mnie na paznokciach, zdążyłam nawet zdjęcia zrobić, ale z lenistwa ich dziś nie wrzucę :c

Taaak, po wrzuceniu tych jakże nieodkrywczych myśli do sieci idę sobie dalej chorować. Mrrr.

*jakoś tak mi się ostatnio zrobiło, że brokaty i drobinki w ogóle mi nie podchodzą
Dużo tego YR u mnie, aż się zdziwiłam :0 Ten szampon wylądował u mnie przypadkiem, kupiła mi go mama (jak znam życie, pewnie jej brakowało kilku złotych do jakiegoś prezentu czy poziomu, whatever). Butelka prezentuje się tak:

fot. ze strony producenta

...i mieści 200 ml szamponu - czyli nieco mniejsza pojemność, niż zazwyczaj. Standardowa cena to 11,90 zł, więc źle nie jest, a przy dzikiej ilości promocji na pewno da się go kupić połowę taniej ;) 
YR dodaje do butelek pompki - według mnie to fajny bajer, korzystanie jest łatwiejsze, a i samego produktu zużywa się mniej. Odkryłam, że na moje włosy o średniej długości wystarczają trzy pompki - objętościowo wychodzi to o połowę (!) mniej, niż normalnie bym sobie nałożyła na czerep - daje do myślenia, nie? Sam szampon jest dość.. glutowaty. Lepszego określenia nie znajdę - nie leje się jak szalony, więc glut :D (ale nie z tych, co wracają do butelki, jeśli wiecie, o co mi chodzi).

Ważna informacja dla silikonofobek*: formuła tego szamponu nie zawiera parabenów. Nie wiem, co w takim razie tam upakowali, bo całkiem zacnie się pieni. 
Ale do rzeczy - czy to działa? Na pewno nieźle zmywa oleje (więc sprawnie oczyszcza bez splątywania). Trudno mi niemniej odnieść się do zapowiadanego przez producenta "przywrócenia blasku". Na pewno błyszczą się (w dobrym tego słowa znaczeniu) bardziej niż kiedyś. Stosuję też oleje, odżywki, maski, suplementy i inne czary, więc byłoby grubym nietaktem ze strony mojego czerepu, gdyby nie wyglądał dobrze. 
Ogólnie mogę chyba wystawić mocne 4, jeśli już mam się odnosić do klasycznego systemu oceniania ;) Ale następny raz już go nie kupię - potrzebuję teraz szamponu, który mi nawilży i zregeneruje farbowane włosy.


* określenie "silikonofobka" nie ma tu wydźwięku ironicznego - sama przeszłam przez tą fazę, ale gdy (po raz kolejny w swoim życiu) doszłam do wniosku, że moje włosy chyba są zrobione z teflonu, to dałam sobie spokój. są grube i mocne, nie katuję ich nadmierną stylizacją, jeśli suszę to tylko chłodnym powietrzem, więc sls mi niestraszne! ;)
I oto pierwszy z zapowiedzianych swatchy.. W ogóle nie widziałam, jak się za to zabrać - moja lustrzanka nie lubi się z trybem makro, a ja mam tendencję do podkręcania zdjęć w programach graficznych. Przysięgam - tylko po to, by lepiej oddawały rzeczywistość ;)

Oto i pierwszy cień z EDM o nazwie Lip lock - samplowy słoiczek o pojemności jednego grama. Nie sfotografowałam wieczka, zrobię to przy następnym - wszystkie są takie same ;)
Taki mały słoiczek, a tyle informacji na denku: kod, nazwa cienia, rodzaj wykończenia (w tym wypadku perłowe), skład, pojemność...



O, a tak prezentuje się po otwarciu ;)


Słoiczek ma sitko, ja pierdoła oczywiście kilka razy za mocno potrząsnęłam nim i większość cienia wylądowała tam, gdzie nie powinna... Ale zawsze delikatnie otwieram go nad kartką, więc nawet jak coś mi się wysypie, to i tak nie idzie na zmarnowanie.
Ale do rzeczy! Co to właściwie za kolor? Nie jestem w tym mocna, a i muszę zaznaczyć, że cienie w słoiczkach są o wiele ciemniejsze niż na powiece. Więc tu na zdjęciach Lip lock prezentuje się jak, hm, wręcz śliwka...? Odkręcone denko zawierające drobiny lepiej oddaje kolor: ciepły, ładny beż z różowym podbiciem (nie wiem, czy ktoś rozumie, o co mi chodzi... może taki łosoć? :D)
 Przez lampę błyskową Lip lock wygląda jakby miał drobiny, ale gwarantuję - zero brokatu, wykończenie jest perłowe, stąd ten połysk.
A teraz Lip lock w akcji na moim biednym oku... Internetowym hejterom polecam moje brwi*. Na rzęsach mam maskarę z Oriflame, ale za nic sobie teraz nie przypomnę którą :c Albo Giordani Gold albo Endless Lash.


trochę światła dziennego udało się złapać :)




Jak pisałam we wstępie do cieni kilka notek wcześniej, zawsze używam bazy pod cienie, taki nawyk. Z ciekawości próbowałam nałożyć cień na gołą powiekę. Mission failed, do moich tłustych powiek żaden sypaniec nie przywiera ;)
Lip lock jest dość delikatny i jasny, więc nadaje się na całą ruchomą powiekę, ale do rozświetlania kącika oczu już bym go nie użyła ;) Czy coś jeszcze trzeba dodawać?

A tu zbiorowy swatch, proszę bardzo:




A tak według producenta wygląda ten kolor ;) Zdjęcie ze strony everydaycosmetics.pl





*dopiero na zdjęciach zauważyłam, jak kiepsko wyglądają :D normalnie się nimi nie przejmuję, bo mam grube okulary i grzywkę na bok, więc moja "stylizacja brwi" ogranicza się do tego, żeby nie były złączone tudzież zwichrzone.
Szybko o lakierze, który bardzo lubię.
Generalnie moja mama jest wielką maniaczką YR, ma ichniejszą kartę stałego klienta i zawsze, ale to zawsze coś kupi .A że pracuje w biurze, to kupuje pastelowe, bezpieczne kolory (ja w domu jestem od neonu na paznokciach :D). I któregoś razu wylądował u nas ten oto nabytek.. Właśnie sprawdziłam na polskiej stronie YR, ile kosztuje - cena wyjściowa 25 zł, ale jest zniżka 30%, więc cena schodzi do 17.50 zł. Dla mnie to mimo wszystko jest cena zaporowa, jeśli chodzi o lakier - zwłaszcza, że to tylko 5,5 ml.. (aha, i w tej chwili akurat ten kolor jest niedostępny, klasyk). Ale w tym przypadku cena idzie w parze z jakością. Lakier ma idealną konsystencję, długi pędzel, całkiem żwawo schnie (zawsze nakładam dwie cienkie warstwy, więc dla mnie w sumie większość lakierów szybko schnie ;).
Jestem słaba w nazywaniu kolorów, więc ograniczę się do stwierdzenia, że jest to beż :D Zdjęcie, choć niewyraźne, to oddaje kolor lakieru (dżizas, tak bardzo nie potrafię robić zdjęć makro, prawie całe swoje życie działam na obiektywie 55-200, czyli do krajobrazów :D)

YR, 52 Beige Nacre
Jakość jest świetna - lakier wytrzymuje epicko długo na moich paznokciach, czyli jakieś 3-4 dni bez odpryskiwania i ścierania ;) Nie wiem, czy daje radę więcej, bo malowanie paznokci mnie relaksuje i w sumie robię to co 2 dni xddd
Gdy szukałam w sieci lepszych swatchy, to trafiłam na francuskiego bloga jakiejś tipsiary... Linka nie podaję, bo nie chcę siać zgorszenia, ale osobiście byłam zszokowana takimi szponami ;)
Tak jakoś wyszło, że obłowiłam się jak dzika w cienie EDM. Mam ich kilkanaście, muszę przystopować, bo zaczyna mi brakować miejsca na te wszystkie upiększacze w mojej łazience.
Zaczęło się od zestawów, w których cienie były w próbkowych słoiczkach o pojemności 1 grama. W zestawie dostałam też sample róży o gramaturze 2,5 g, czyli tyle, ile wynosi "normalna" pojemności cieni. Odpadłam, to jest jakaś gigantyczna ilość, w życiu bym tego nie zużyła :o
...więc tym łatwiej było mi kupić kolejne zestawy :D Potem już niestety były tylko opakowania travel size. Doceniam inwencję producenta, że niby ta kulka to taki fikuśny bajer - ale ja tym kulkom mówię zdecydowane NIE. Najpierw je wyjęłam, ale cienie rozsypywały się jak szalone, więc ostatnio zaopatrzyłam się w maleńkie słoiczki z sitkiem na kolorówce. Nawet naklejki z nazwami udało mi się przekleić, więc jestem niemożliwie szczęśliwa.

Przyznam szczerze, że jestem od cieni EDM uzależniona. Nie potrafię się malować, nie eksperymentuję z papuzimi kolorami, więc potrzebuję produktu, który bez zbytniego wysiłku ładnie podkreśli mi oko. Jaśniejszy cień na powiekę, ciemniejszy na załamanie plus kreska - tyle potrzebuję. I EDM nadaje się idealnie :3
Aplikacja, jak to z cieniami sypkimi, bywa irytująca... Lubią się osypywać, gdy nałoży się od razu za dużo na pędzel. Ale gdy nakłada się kilka cieńszych warstw, to z niektórych cieni można zetrzeć shimmer. Mnie to akurat nie przeszkadza, bo nie mam fioła na punkcie blink-blink ;)
A, co do cieni - są tak jakby trzy formuły. Wspomniany shimmer, czyli błyszcząca, perłowa i matowa. Matowe cienie na bazie trzymają się jak szatan. Ba, pozostałe zresztą też ;) Używam bazy z artdeco, co daje duet idealny. Serio. Te cienie nie rolują się nawet po grubo 12 godzinach :o Gdy kiedyś popełniłam jeden poimprezowy grzeszek, czyli poszłam spać w makijażu, rano cienie nadal trzymały się absolutnie niewstrzymane.

Dobra, ja tu gadu gadu - a teraz czas na deklaracje: jutro część swatchy tych moich dobroci :)
Ja po prostu nie ogarniam - będę miała kiedyś problem z rozdaniem, bo serce będzie mnie bolało, gdy będę musiała się rozstać z takimi fajnymi rzeczami ;) Tutah można poczytać więcej i wziąć udział :)

Curlygirl organizuje bardzo fajne rozdanie :) Zobaczcie co organizuje:

Pisałam w poprzedniej notce krótko o mojej przygodzie z retinoidami, a konkretnie ze specyfikiem zwanym Aknenormin. Cholerstwo jest szatańsko drogie, ale spełnia swoje zadanie, czyli czyści ryjek na potęgę. Można by długo pisać o magicznych efektach, ja się ograniczę do jednego: mój nos samoczynnie oczyścił się z wągrów, których żaden plasterek nie był w stanie wyciągnąć* ani piling wypolerować ;)


Żeby skóra z nami współpracowała, trzeba spełnić żelazne 3 warunki:


1) Ochrona przed słońcem.
Filtr 50 na twarz to podstawa. Ja akurat zaczęłam się leczyć pod koniec kwietnia, więc miałam całą wiosnę i lato na trzymanie się tego punktu. Wyrobiłam sobie nawyk smarowania twarzy przed każdym wyjściem na zewnątrz, nawet przy złej pogodzie. Nawet przy deszczu. Retinoidy są silnie fotouczulające, więc nie dość, że możemy niepotrzebnie się nabawić przebarwień, to poparzenia mamy gwarantowane. W ciągu dnia powtarzałam aplikację filtra co 2, może 3 godziny - jak łatwo się domyślić, pożegnałam się z podkładem na całe lato. 
Resztę ciała też trzeba chronić. Ja trochę olałam rady dermatologa i na resztę używałam filtra 30, bo sorry, ale dobra 50tka na moje... obszerne ciało by długo nie wystarczyła ;) Na szczęście ręce i nogi nie wariowały, gdy przypadkiem ich nie posmarowałam. 
Teraz na jesień problem sam się rozwiązuje, bo o 16 już jest ciemno ;) Jeśli zapowiada się bardzo słoneczny dzień (a przyznacie, że tych jest podejrzanie dużo jak na jesień), to nadal używam filtra, jak nieco bardziej bury, to szpachluję się bb kremem. Mój krem nawilżający nadzień teoretycznie zawiera spf 20, ale to jest dobre akurat na noc xdddd
Miałam szczęście, bo dość szybko trafiłam na dobre i skuteczne filtry. Najpierw biały anthelios - cóż, jak łatwo się domyślić, bielił - co jest dziwne, bo i tak jestem blada ;) Przerzuciłam się na antheliosa barwionego. Bałam się, że będzie zbyt ciemny, bla bla, ale dawał radę! Mogę nawet mówić o jakimś minimalnym kryciu mniejszych przebarwień. Co do zarzutów, że filtry się świecą okrutnie na twarzy - spokojnie, podczas kuracji retinoidami skóra tak wysycha, że filtry wchłaniają się do matu. True story. A zresztą od czego są pudry? ;) *z tym że pudry nakładamy 20 minut po filtrze, żeby zaczął działać*


2) Nawilżanie
Po pierwotnym wysypie pryszczoli przyjdzie faza wylinki. Można to przyrównać do efektu kwasów - skóra złazi płatami. Chociaż punkt ten nazwałam "nawilżanie", to okrutna prawda jest taka - NIC nie pomoże ;) No chyba że ktoś jest tak zmotywowany, żeby co godzinę się smarować. U mnie wylinka na szczęście ograniczyła się do twarzy (bo w sumie tylko tam miałam problemy trądzikowe), ale reszta skóry na ciele była przesuszona. Jeśli nie utrzymałam reżimu smarowania się gęstymi masłami dwa razy dziennie, to potem kurowałam to przez tydzień. I niech to ktoś ogarnie - gęste masła w lato, gdy myśli się o lekkich lotionach czy balsamach... Mam traumę.
Skoro tak wspominam o wysuszaniu, muszę wspomnieć o wszystkich aspektach ;) O szminkach i błyszczykach można zapomnieć, co pół godziny trzeba smarować usta wazeliną czy czymś o podobnej sile rażenia. W mojej aptece do aknenorminu dodają rewelacyjne pomadki ochronne - też im poświęcę notkę w przyszłości.
Trzeba też zrezygnować z noszenia soczewek. Dla mnie to nie był problem, bo soczewki noszę tylko na specjalne okazje, ale znam ludzi, co na dźwięk słów "tylko okulary" dostają drgawek. 
I ostatnia mocno wysychająca część ciała, czyli.. Tak, pochwa (no, mężczyzn ten problem nie dotyczy.. a przynajmniej nie bezpośrednio. eee, zaczynam pieprzyć głupoty). Jeśli się prowadzi aktywne życie seksualne, to bez żelu nawilżającego ani rusz, do tego trzeba sobie zafundować nawilżające globulki, które się aplikuje dwa razy w tygodniu. 
Co ogólnie mogę powiedzieć o pielęgnacji cery? Jak najmniej aplikować sobie na ryjek! I możliwie najdelikatniej. Ja teraz lecę na cetaphilu do mycia, drugi do nawilżania na noc, lekki krem nawilżający na dzień z avonu, dwa razy w tygodniu serum z BU. Oczywiście makijaż i demakijaż też się pojawia, ale staram się, żeby na mojej twarzy lądowały maksymalnie 3 warstwy kosmetyków. 
Retinoidy mają taką cudowną właściwość, że w sumie nieważne, czym się posmaruje twarz, to nic nie jest w stanie jej zapchać. No ok, może nie piszę tu o benzynie, ale wiem, że wiele dziewczyn narzeka na glicerynę czy jakieś woski. I nie zaczną brać retino tylko po to, żeby pacykować się wszystkim, co komodogenne ;) 


3) Zakaz pilingowania
Ścisły zakaz dotyczy tych sfer, które leczymy z trądziku. Zresztą nawet gdyby ktoś o tym zapomniał, to nawet po najdelikatniejszym pilingu z trzepotu skrzydeł motyla czułby się jakby zjechał po nieheblowanej desce do wanny spirytusu. Co z resztą? Hmm, ja z przezorności zrezygnowałam z moich ulubionych solnych pilingów na rzecz delikatnych mazi, które pełnią bardziej w sumie rolę niepieniącego się żelu do mycia - mam tu na myśli słynną chemię od Joanny i nowość na naszym rynku, czyli Alterrę. Kupiłam ją dla zapachu, ale działanie jest tak żałosne.. No, będę teraz przeżywać ;) 
Jak już wcześniej wspominałam - skóra sama się nam łuszczy pod wpływem działania leku, więc dodatkowe zdzieranie i tak nie jest potrzebne :)


Voila! Mam nadzieję, że początkujące ofiary witaminy A zyskają coś z tych porad.






*Czemu nie poszłam na oczyszczanie do kosmetyczki? Ban od dermatologa od 3 lat, w moim przypadku manualne oczyszczanie tylko pogarszało sytuację.
Dziewczyny szaleją i rozdają dzikie ilości fajnych rzeczy. 


El Burda kusi między innymi kosmetykami naturalnymi. Tutaj możecie poczytać więcej o rozdaniu :) A na pokuszenie bardzo apetyczne zdjęcie nagród: (nic na to nie poradzę, jaram się jak głupia tymi naturalnymi mazidłami, mam obecnie fazę :D)




Kolejne pokuszenie mamy u Ensepeunse. Fanki MACa pewnie właśnie szaleją z zachwytu, bo i kolory są do wyboru. Więcej można dowiedzieć się tutaj.



Dobra, naszedł czas opowiedzieć (miejcie nadzieję, że w miarę krótko, bo nie wiem, co zaraz tu spłodzę), co mnie tu przywiodło.

Zaczęło się rok temu, gdy rzucił mnie chłopak, a ja, jak to kobieta, najpierw stosownie utopiłam smutki w wódce, pudełku lodów i innych niezdrowych (aczkolwiek chwilowo pocieszających) smakołykach. Jak wytrzeźwiałam i przestałam się obżerać, wkroczyłam w fazę znaną z każdego bzdurnego pisemka kobiecego, czyli "zadbałam o siebie".
Zadbanie przejawiało się kompulsywnymi zakupami kosmetycznymi i odzieżowymi. O ile kosmetyki zużyłam, to zakupione czółenka na obcasie założyłam dosłownie RAZ - no ale miałam pisać o czymś innym, niż moim strachem wysokości, który pojawia się, gdy zakładam obcasy wyższe niż 3 cm ;)
Wpadłam wtedy w uzależnienie od Lusha i minerałów. I tak oto zaczęłam dbać o to, co sobie nakładam na ryjek ;)

Tutaj muszę zrobić retrospekcję i wspomnieć o moich odwiecznych problemach z trądzikiem. Gdy miałam 17 lat, moja ówczesna pani dermatolog zasugerowała, żeby mi przepisać retinoidy, coby się rozprawić z wrogiem. Jednak po przeczytaniu, jak to wpływa na organizm, stwierdziłam "no pasaran!" i dalej się bujałam z maściami (maśćmi? cholera, nie wiem, jak to odmienić), tonikami, pilingami, maseczkami i czarami, jakie serwowały mi kosmetyczki.
Tutaj drobna dygresja: mam wrażenie, że na dermatologię przyjmują tylko ludzi, z których wyglądem jest coś nie tak. Ta dermatolożka od pierwszych retino była tak rumiana, że wyobrażałam ją sobie, jak w przerwach między pacjentami maluje się sokiem z buraków.
Potem zmieniło nam się (w sensie rodzinie) ubezpieczenie, więc wylądowałam u pani dermatolog, która była  naciągnięta do granic możliwości, ale jeszcze ciekawsze było to, że jej skóra wyglądała jak zrobiona z wosku. Pani Tussaud, jak ją nazywałam, przez pół roku szprycowała mnie antybiotykami, ale było coraz gorzej.
Więc co zrobiłam? Tak, kolejny lekarz :D I tu trafiła mi się pani Dinozaurowa. Przysięgam, kobieta miała już dobrze po 70-tce. Spojrzała na mnie, cyknęła z niesmakiem i zdiagnozowała mój problem jako - uwaga - trądzik STARCZY. Było to pół roku temu, 3 miesiące po moich 22. urodzinach XDD
I tak oto po 5 latach jednak rozpoczęłam kurację retinoidami, a gdy zaczęłam widzieć efekty, to miałam ochotę cofnąć się w czasie i walnąć 17letnią mnie w nos i kazać wziąć te prochy.
Z usług pani Dinozaurowej zrezygnowałam z lenistwa - przyjmowała w przychodni na drugim końcu miasta - a że mieszkam w stolicy, to jak łatwo się domyślić - szlag mnie trafiał, że jadę półtorej godziny na 10minutową konsultację. I tak wylądowałam u pani z zezem.

(Żeby nie było - nie wyśmiewam się, bo kobieta ma zeza, tylko zauważam dziwną prawidłowość, że w wyglądzie moich lekarek zawsze jest coś osobliwego)

Pani Zezowa kontynuuje mi kurację, ale gdy usłyszała, jaką dawkę brałam, załamała się (ja zresztą też). Żeby efekty kuracji utrzymały się, trzeba odpowiednio "nasycić" ciało. Dotychczas miałam przepisaną dawkę, która przez rok dałaby efekty dla osoby ważącej... 40 kg. Ja ważę spooooro więcej, więc dobiłam się, gdy usłyszałam, że jestem może dopiero w 1/3 kuracji. Cóż, badanie krwi zrobione, wizyta umówiona, pewnie będzie zwiększenie i rozprawię z trądzikiem starczym (NO BŁAGAM) na zawsze XDDD.

Ale o co tyle krzyku z tymi retinoidami, zapytają ci, co nie wiedzą, o co kaman.
Nie będę tu wklejać opisu z wiki, bo każdy sobie może to znaleźć, więc krótko: są to pochodne witaminy A, które hamują wydzielanie sebum (czy jakoś tak). Porównam to krótko - działanie tego świństwa jest tak mocne, że antybiotyki przy tym wyglądają jak placebo. Lista skutków ubocznych zawiera ponad 100 pozycji. Obowiązkowa jest antykoncepcja w trakcie kuracji i kilka miesięcy po, bo te substancje wywołują wady rozwojowe płodu (yuk!). Nawet dla 14-letnich dziewczynek, bo dermatolog bierze na siebie winę, jak się takie dziecię spłodzi...

Ja na całe szczęście przechodzę to całkiem dobrze - pewnie przez dawkę dla karła :] Już po kilku dniach nastąpił wysyp totalny (zakończył się po miesiącu). Nie żebym nie była przyzwyczajona do moich pryszczy, ale było tak źle, że opuściłam kilka imprez, tak byłam załamana swoją facjatą XDD Po tygodniu zaczęło się suszenie ust - i to właściwie utrzymuje mi się do dzisiaj. Byłam uzbrojona w carmexy po zęby, leżały w każdym pokoju w domu, żeby zawsze były pod ręką. Jedno smarowanie wystarczało na godzinę. Jak zaniedbałam usta, to skóra pękała i schodziła, dramat po prostu. Z reszty twarzy skóra też mi schodziła, przez co mój (następny) chłopak nazywał mnie "jaszczureczką". Po dwóch miesiącach twarz przestała mi się łuszczyć, a także wyschły mi włosy.
Nie wiem, jak to inaczej opisać. Mam grube, mocne (wtedy też przetłuszczające się)włosy, które musiałam myć co drugi dzień, jak nie częściej, a nagle w wakacje zauważyłam, że spokojnie dają radę bez mycia 4 dni. Kiedyś zrobiłam eksperyment i w sumie włosy wytrzymały w dobrym stanie 6 (!) dni, ale stwierdziłam, że to już przesada ;) Teraz myję co trzeci dzień, bo mam słabość do olejków i różnych innych mazideł do włosów.

Tak, to jest ten moment, gdzie orientuję się, że nikt tego nie przeczyta, bo długi post i bez obrazków ;)

Następnym razem opiszę jeszcze mój lek, jego działanie i moje kosmetyczne rozterki związane z pielęgnacją mojego wrażliwego ryjka (bo przecież byłoby zbyt prosto, gdybym nagle jednego dnia obudziła się z cerą normalną bez pryszczy. o nie. z tłuściocha przeistoczyłam się we wrażliwca).

Pozdrawiam was serdecznie!
Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby na stare lata założyć bloga, a w dodatku poświęconego kosmetykom. Ani się na nich nie znam, ani aż tak bardzo się nie jaram, zdjęć nie chce mi się robić, więc będzie nudnawo i wbrew wszelkim blogowym tradycjom ;)

Coś o mnie na dobry początek? 22 lata, jedno studia już szczęśliwie za mną, drugie wykańczam (albo one wykańczają mnie, różnie to bywa). Rodzeństwa brak, za to mam kota, który w moim odczuciu zabiera za dużo uwagi moich rodziców. A tak, z rodzicami nadal mieszkam - taki ze mnie pasożycik.

Pasjonuję się kinem (efektem czego jest mój drugi fakultet), kosmetyki jakoś tak przypadkiem "pojawiły się" w moim życiu, gdy wzięłam się porządnie za dbanie o swój wygląd. Historia mojej "urody", a raczej jej braku, zapełni na pewno kilka postów :P

Co za dużo to niezdrowo, zmywam się na razie.

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia