Nie wyszło mi oszczędzanie ani powtarzanie mantry "hej, nie potrzebujesz więcej kosmetyków". Sephora ze swoją promocją 30% to zło ;)
Miałam w planach kupienie sobie tuszu High Impact z Clinique (moja wielka miłość, kupiłam go raz w strefie bezcłowej, gdy dolar stał po 2,30 *piękne czasy*, ale normalna cena 109 zł, jaką sobie życzą w polandzie, mnie odstrasza). Akurat przy klinikowej (wiem, jak zawsze piękne spolszczenie) półce były dzikie tłumy, więc poszłam na rozpoznanie i jakoś tak mi się zawędrowało do półki Benefitu. I to był błąd.

Jakoś tak mi się ostatnio zamarzył uniwersalny rozświetlacz. Nie mam pieniędzy, żeby kupować sobie ciągle osobne kosmetyki do różnych części twarzy, cierpliwości, żeby potem tego wszystkiego po kolei używać, a już na pewno brakuje mi umiejętności :D Mam próbkę jednego pudru rozświetlającego - zamiast "glow" mam na twarzy żarówkę led. Mam jeden błyszczący bb cream - to jest zbyt dziwny jak na mnie wynalazek, muszę go jakoś dalej wysłać w świat. Pod oczy mam tylko Boi-inga, ale to jest solidna matowa szpachla.

Naczytałam się nieskończenie wiele o High Beam i tak mnie jakoś przyciągał, ale gdy dorwałam tester, to przeraziła mnie konsystencja i wynikający z niej sposób nakładania oraz kolor. Niby po roztarciu ten róż znika, ale jestem (jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi) blada w kierunku oliwki (czyli miedziane włosy) aniżeli w kierunku blondu (jeśli wiecie, o co mi chodzi). A że mam jeszcze przebarwienia potrądzikowe, to róże i czerwienie tylko je podkreślają :]
Taaak, teraz dochodzimy do właściwej części historii. Gdy już się rozczarowałam High Beamem, zdybała mnie konsultantka, a ja zaczęłam się jej wyżalać z moich rozterek ;D Oczywiście konsultantka miała dla mnie remedium, a mianowicie... Watt's up. Jest to rozświetlacz w sztyfcie o kolorze, który producent opisuje jako szampański. Cokolwiek by to nie znaczyło, grunt, że WU nie jest różowy, nie ma brokatu, tylko drobinki, które dają mityczny efekt tafli wody. Nigdy za bardzo nie kumałam, o co chodzi z tą taflą, a teraz już wiem :D
Co jest jeszcze fajne w Watt's Up oprócz bajeranckiego opakowania? Mam go co prawda jeden dzień, ale jest na tyle "wilgotny", że będzie się doskonale nadawał pod oczy (jak już je zatapetuję Boi-ingiem). I jest w cholerę uniwersalny - może być używany na całą twarz albo tylko na wybraną partię. Lekkim niewypałem jest dla mnie gąbeczka do rozcierania produktu. Jest maleńka - jej przekrój to maks 1 centymetr, a w dodatku jest twardawa i mam wrażenie, że zamiast rozcierać produkt, to go wchłania... Pożyjemy, zobaczymy.
Dobrze, że zaczęłam zarabiać, bo moja benefitowa mania się pogłębia :x



Ostatnio byłam z siebie baaardzo dumna, że nie kupiłam kosmetyków tylko dlatego, że były w promocji - przyznaję się, czasem tak robię. W sumie często :D
Ale jak zobaczyłam, że w Sephorze jest wyprzedaż na 30%, to wymiękłam. Chodzi za mną kilka dupereli z Benefitu - no jak mam się oprzeć? Najlepszym rozwiązaniem byłoby zostać w domu, ale wszechświat mi nie pomaga - pracuję w centrum handlowym, Sephora jest piętro nad moim sklepem.
A Douglas, gdzie mam stałą zniżkę, jest TUŻ obok.

<post po raz kolejny sponsorują problemy białej dziewczyny z klasy średniej, która prawdopodobnie przepieprzy swoją pierwszą wypłatę na kosmetyki, zamiast na warunek, bo wcześniej nie chciało jej się oszczędzać kasy>
Na sam początek pytanie: jeśli kupujecie stale jedną farbę do włosów, to jak ją wyszukujecie? Macie zapisane, jaka firma i kolor? Brzmi całkiem rozsądnie. Ja oczywiście rozsądna nie jestem i chociaż zawsze sobie obiecuję, że "tym razem sobie zapiszę", to i tak kończy się metodą "na dziunię" - czyli szukam po twarzach dziewczyn z opakowań farby. Jakoś tak się składa, że twarze dobrze zapamiętuję, a i moje farbowe dziunie są dość charakterystyczne..

Po ścięciu włosów na dość ekstremalnego boba na moje kudły wystarczało jedno opakowanie. Farbowałam się wtedy na bogato jakimś specyfikiem z Loreala - 23 zł w promocji, normalnie 10 zł więcej. Włosy urosły, jedno opakowanie przestało wystarczać i zaczęła się moja gehenna, czyt. farba w wersji budget.

I tak wylądowałam z Garnierem. Po pierwszym użyciu przyciemnił mi znacząco włosy, co w sumie mi się spodobało.
Ale w ostatnią środę znowu je przyciemnił... I mam teraz odwrócone ombre. Wygląda to kiepsko, końcówki mam baaardzo ciemne (a rok temu właśnie się czegoś takiego pozbyłam), w dodatku włosy po 3 myciach nadal mi śmierdzą farbą. I znowu są wyschnięte - czuję, że zaprzepaściłam efekty olejowania :]

Przestrzegam więc przed farbą Garnier Color Naturals. Jestem w stanie podać jej nazwę tylko dlatego, że nabyłam w promocji 3 opakowania, jedno zostało na przyszłe odrosty. Odrosty akurat wyszły ładnie, tak jak powinny, więc za kolejne 4 miesiąca będę się zastanawiać, czy nie wrócić do Loreala.

Taaa, historia z puentą - jak zawsze.



Co prawda patrząc na zbiory innych blogerek pocieszam się, że nie jest ze mną bardzo źle, ale zaczynam zauważać u siebie pierwsze niepokojące symptomy. W zeszłym tygodniu miałam kupon zniżkowy do Hebe i weszłam tam tylko po to, żeby go wykorzystać - a nie miałam absolutnie żadnych potrzeb kosmetycznych. Skończyło się na kosmetykach z Essence, bo tanie i dobre, dokupiłam jedwab z Biosilku - jak się okazało, nie dość, że był w promocji "2 w cenie 1", to jeszcze ten jeden był w promocji (w tym momencie odzywa się we mnie mój mały wewnętrzny żydek i raduje się, że zapłaciłam 3 zł za 2 opakowania jedwabiu). Dostałam też kupony rabatowe z Lifestyle i kupiłam płyn micelarny Vichy tylko dlatego, że kosztował połowę mniej. Sziiit. To się chyba leczy?
Tym średnio optymistycznym postem rozpoczynam serię Bubel Alert - recenzje kosmetycznych niewypałów, na jakie niestety zdarzyło mi się trafić.

Pierwszy post sponsoruje czarna kredka do oczu z Avonu. Pochodzi ona z "profesjonalnej" serii kosmetyków sygnowanych nazwiskiem Jillian Dempsey, hollywoodzkiej makijażystki.

Czemu kredę zaklasyfikowałam jako bubel? Ano, jest po prostu potwornie twarda. Narysowanie naprawdę czarnej kreski graniczy z cudem, bo trzeba kredkę mocno dociskać do powieki, co po prostu boli. Nawet gdy próbowałam ją "rozjechać" na ręce, to też bolało. Czy jest sens malować się czymś takim, gdy jest mnóstwo innych, sto razy lepszych produktów? Myślę, że nie. Sam Avon ma w ofercie rewelacyjną żelową kredkę Supershock, albo wysuwane konturówki (w tym z diamentowym blaskiem, moja miłość <3 ) nie wspominając już o innych, często tańszych firmach...

Krótko i na temat ;)
No i jest! Nareszcie! Na samiutkim końcu otworzyłam próbkę Jasmine Water z BRTC i jestem ukontentowana. Kolor w sam raz, czyli dość jasny i szary (nie wiem, co to oznacza w kosmicznej skali - jaki jest odcień mojej skóry, skoro szary BB dobrze na niej wygląda?), krycie należyte (jak na moje potrzeby, czyli do większych skórnych dramatów korektor i tak jest musowy), trwałość na twarzy dobra (nie mam złudzeń, że coś mi się utrzyma dłużej niż 8-10 godzin), przypudrowany pudrem perłowym sprawia, że wyglądam po prostu... zacnie :D
Jest radość, może będzie z tego dłuższy romans, jak tylko wykorzystam resztę próbek (hm, czy wspominałam, że mam jeszcze miliony próbek minerałów? tak, moje problemy białej kobiety z klasy średniej są naprawdę wstrząsające, wiem).

Plus radosny nius: dostałam receptę na ostatnie opakowanie retinoidów. Jeszcze tylko miesiąc katastrofalnego wysuszenia ust i wahania nastrojów, szalala ^^"
Byłam dziś w warszawskim salonie Fridge by yDe, coby zakupić mojej mamie pomarańczowy piling* do twarzy. Każdy produkt jest ręcznie robiony w laboratorium na miejscu, opatrzony jest datą produkcji i nazwiskiem "mejkera". Coś jak Lush, ale z wyższej półki ;)
Okazało się, że byłam pierwszą klientką z Kissboxa, która przyszła kupić pełen wymiar. Jakoś mnie to nie zdziwiło... Przemiła Ekspedientka uraczyła mnie świeżo zrobionym pilingiem. Skorzystałam z promocji i wzięłam też zestaw 8 próbek - ale tyle rzeczy mnie zainteresowało, że dostałam jeszcze dwie ;D
yDe produkują też perfumy. Zapachy są baaardzo specyficzne, a do tego trudno zdefiniować, czy są wybitnie damskie czy męskie (ja kategorii unisex w perfumach nie uznaję) - z bodajże 6 przewąchanych psiknęłabym się tylko dwoma, z czego jeden z nich był bardzo babciny. Nie umiem go dokładnie opisać, ale pamiętam z dzieciństwa, że tak pachniały wszystkie starsze panie w kościele, gdy babcia mnie zabierała do tego wesołego przybytku. Dodatkowo yDe wyprodukowało też zapach dla duetu Paprocki&Brzozowski. Zgodnie z nazwiskami projektantów zapach to... tak, paproć i brzoza. To doświadczenie zapachowe było dla mnie naprawdę ciężkie. Szczerze mówiąc nie wiem, kto na własne życzenie by to sobie zaaplikował na ciało dla przyjemności.
Część perfum występuje w staromodnej formie pomady. I tu też dostałam próbki - różany zapach w klasycznej, "wodnistej" formie, a kwiat lotosu właśnie jako pomadę. Ciekawe, czy przypadną mamie do gustu.

Muszę też dodać, że próbki są słusznych rozmiarów. No dobra, takie jak w kissboxie, więc jak na krem/maskę to średnio, jak na krem do ciała bardzo słabo, ale jak na krem pod oczy - rewelacja. Przy niesamowitej wydajności tych produktów to nie wiem, czy próbkę kremu pod oczy wykończę w te 10 tygodni ;)


Z dodatkowych fajnych niusów - właścicielka firmy Fridge urodziła dziś córeczkę. Zazdroszczę małej, będzie od małego pielęgnowana samymi dobrociami :D

*tak, wiem, że w zasadzie peeling, ale nie mam tak siły się trzymać tego angielskiego.
Trzy czwarte blogosfery psioczyło na kissboxa, ja też nie byłam zbyt entuzjastyczna, a oto efekty: pokochałam lakiery z Mollona, nabyłam pełnowymiarowy krem odżywczy z NO (idzie zima, więc intensywne nawilżanie skóry musiałam zastąpić czymś innym), a moja rodzicielka zażyczyła sobie duże opakowanie pilingu z yDe. Bogu dzięki oferują też opakowania 30g za 89 zł, ze zniżką 15% cena robi się całkiem znośna (może sobie kupię zestaw próbek? szalala, zaszaleję na święta). Tylko olejek mnie nie podbił.


Dobre kilka miesięcy chodziłam koło jaja. Cena Beauty Blendera była dla mnie zabójcza, więc używając uroczego określenia Małej Mi, zdecydowałam się na "wersję budget", czyli jajo z Cosmo. Funt zdrożał, więc zapłaciłam coś koło 25 zł. I dziś ochoczo przystąpiłam do testów.

Bez filozoficznych rozważań: nie widzę wielkiej różnicy w efekcie końcowym. 

Źródła tego stanu rzeczy upatruję w kilku rzeczach: albo za mało jajo zmoczyłam (wcale mi nie urosło tak bardzo), albo źle aplikowałam, albo moje palce są tak cudowne, że mogę sobie nimi rozprowadzić BB cream tak samo dobrze jak jajcem ;)

Oczywiście jajko da się lepiej zmoczyć następnym razem, ale mam rozkminkę, co z tą aplikacją. Po przeczytaniu kilkunastu recenzji zrobiłam dokładnie to samo, co opisywały blogerki - wklepywałam stemplującym ruchem podkład w twarz. Hm hm.
Chyba dla poprawy samopoczucia zostanę jednak przy trzeciej możliwości, czyli cudownych palcach ;)

W ramach eksperymentu użyłam czubka jaja do nałożenia korektora pod oczy. I tu się nadziałam, ale to nie wina jaja, tylko korektora.Boi-ing z Benefitu dobrze się rozprowadza tylko palcem, bo wtedy się rozgrzewa i troszkę stapia, amen. A tak teraz mam a) średnio dobrze rozprowadzony korektor pod oczami, który powłaził mi w zmarchy (fuj) i b) utytłany w korektorze czubek jaja, którego nie da się wyczyścić. 
Selawi, że tak to fonetycznie z francuska ujmę.
Czy kosmetyk może spleśnieć? Właśnie wyciągnęłam z czeluści lakierowego pudła odżywkę do paznokci, a wewnątrz butelki na ściance zauważyłam plamkę. Wygląda wypisz wymaluj jak pleśń, jaką czasem znajduje się produktach spożywczych. Jestem w szoku.

Czy da się poprawić mydło? Na fali mojej kolejnej fazy, tym razem na kosmetyki naturalne, nabyłam niby naturalne mydło z jakąś glinką. Czyści całkiem fajnie, ale wręcz podsusza mi skórę, a do tego śmierdzi. I to nie byle czym, bo - przepraszam za bezpośredniość - zawartością dziecięcej pieluchy. Mam w planach przetopić mydło razem z masłem shea i jakimś olejkiem, ale nie wszystkie olejki się do takich rzeczy nadają, a nie mam teraz jak przysiąść i poszukać w necie dokładniejszych informacji :<

Czy da się bezinwazyjnie przetopić balsam do ust? Nabyłam balsam od Balm Balm w słoiczku, pod względem rozsmarowywalności jest na poziomie carmexa. A ja nie lubię tak palcem grzebać, bo nie mam go potem jak wytrzeć ;) Natomiast byłby w sam raz w sztyfcie. Mam pusty sztyft i trochę zapału, tylko jeszcze nie wykoncypowałam, jak balsam rozpuścić i przelać xdd

Plus gratis przestroga: jeśli te wszystkie sophisticated odżywki do paznokci z serii Nailtek czy Alessandro ostrzegają (w sensie producent ostrzega na ulotce :D), żeby zabezpieczać skórki, róbcie to. Ja kierując się złotą zasadą "oj tam" nie zabezpieczałam skórek i teraz obok zdrowych ładnych pazurów mam skórki poszarpane niczym godność Lindsay Lohan. Smaruję je codziennie olejkiem, który powinno się stosować raz w tygodniu - nie ma poprawy. I nie wiem, kiedy nadejdzie :o
Tyle radości, mam już 5 obserwatorów <3 <3 <3
...że regularne stosowanie kosmetyków ma sens i daje rezultaty. Brawo, potrzebowałam 22 lat, żeby to odkryć.

Dzisiejsza prawda objawiona tyczy się stosowania kremów do stóp. Rano nie wyjdę bez aplikacji kremu, chociażby groziło mi to spóźnieniem do pracy, a wieczorem niezależnie od stopnia zmęczenia nie odpuszczam sobie specjalnego żelu chłodzącego. Mamma mia, kopyta mam cały czas względnie gładkie (no dobra, teraz trochę fantazjuję, nie zrogowaciały mi jeszcze w 10 dni po pilingu xddd). Radość, wielka radość.

W sumie zasiadłam przed moim pececikiem celem napisania o czymś zupełnie innym, a mianowicie o lakierze do włosów z Biosilku (reklamowany przez Hankę <3). Na samym wstępie muszę ino napisać o dwóch czynnikach, które sprawią, że moja opinia będzie niewyobrażalnie stronnicza.
Czynnik #1 czyli fakt, że moim włosom bliżej do radzieckich tajnych wynalazków* niż do tego, co inni ludzie mają na głowach. Żyją sobie własnym życiem, nie poddają się żadnym próbom stylizacji. Wpływa to na czynnik #2, czyli moją słabą znajomość produktów do układania włosów - nie używam ich, bo i tak nie ma po co. Moim największym sukcesem w tej dziedzinie jest takie wymodelowanie kudłów suszarką, żeby wywijały się tak na oko w jednym kierunku.

Czy zdążyłam wspomnieć, że te moje włosiska są proste? Im dłuższe, tym bardziej proste :D
Czasem wpadnie mi jednak do głowy szatański pomysł zrobienia sobie loczków. Mam takie marzenie, jeszcze z przedszkola, żeby mieć burzę słodkich, dziewczęcych loczków. Podejrzewam, że moja podświadomość w ten sposób walczy z traumą dzieciństwa, kiedy to moja maman obcinała mnie na klasyczny garnek.

I co wtedy robię? Biorę piankę o najmocniejszym utrwaleniu, jakie fabryka dała, nawijam sobie papiloty na noc i idę spać. Czas jest tu niezbędny, moje kudły nie skręcą się w czasie krótszym niż 6 godzin. Rano wygrzebuję papiloty i najczęściej wpadam w panikę, bo wyglądam jak kloszard. Efekty są mizerne, bo włosów jest mnóstwo, są grube, a ja jestem leń i tylko przód sobie jako tako dobrze zawijam. Więc tak: tył głowy, jeśli podda się działaniu papilotów, to tylko sobie faluje. Część tylnio-środkowa, czyli powiedzmy ta za uszami, najczęściej ma dwa skręty. Przed uszami za to mam sprężynki godne afro Lenny'ego Kravitza. I weź tu człowieku uratuj jakoś swój Bad Hair Day... Na ogół sprężynki sobie jakoś upinam, ale i tak pozostaje kwestia utrwalenia całego tego pieprznika na głowie (skoro już go sprowadziłam na ten świat, to zachowam go na jeden dzień :D).
Kiedy próbowałam dziś rano rozwiązać ten problem, wpadłam do łazienki mamy, bo u niej są wszystkie takie wynalazki. Spieszyłam się, więc złapałam pierwszą lepszą butlę, a mianowicie wspomniany przed całym tym bezsensowym wstępem, Finishing Spray Firm Hold z Biosilku.

I to był błąd.

Jako, że nie mam wprawy, to zawsze spryskuję konstrukcję na głowie z a) większej odległości niż zalecają i b) w mniejszej ilości, niż podpowiada zdrowy rozsądek. Tak zrobiłam i tym razem, a lakier poczynił mi wzorowy kask. Serio, w życiu nie miałam tak posklejanych i obciążonych kudłów, jak po tym badziewiu. Moje loczki, które powinny zamienić się samoistnie** w fale po kilku godzinach, ledwo przetrwały podróż do pracy.
Rozczarowanie tysiąc. Moje piękne, grube włosy zamieniły się w tekturę pod wpływem takiego bubla. Gdybym była bardziej wrażliwa, pewnie uroniłabym łezkę.



*radziecka myśl techniczna to nie taka zła rzecz. matka mojej przyjaciółki podrzuciła nam na sesję antyczną radziecką lokówkę. wyglądała jak wyrafinowane narzędzie tortur kgb, a moje włosy pod jej wpływem tak syczały, że temperaturę grzania oceniam na 400 stopni. był to jeden jedyny raz w moim życiu, kiedy miałam loki.
** żadne loki nie wytrzymują u mnie długo, nawet gdy je tak posklejam.
Myślę, że to prawdziwy sukces - dobiłam do końca opakowania mazidła pod oczy. Na ogół za bardzo mnie wkurzały i podrzucałam je cichaczem mamie.

Co mówi producent? Uwaga, ciocia Olga czyta wam bajkę:
"Przyczyną powstawania ”worków” pod oczami jest gromadzenie się wody w tkankach, wskutek zaburzonego ukrwienia i spowolnionej mikrocyrkulacji w obrębie gałki ocznej. Biologicznie aktywne wyciągi roślinne zawarte w żelu pobudzają mikrokrążenie, likwidują opuchliznę, zapobiegają powstawaniu ”worków”, uspokajają zestresowaną skórę. Działają kojąco i rozjaśniająco."


Jedyne, co było tu prawdą, to działanie kojące. Żelu co prawda nie trzymałam w lodówce, ale przyjemnie koił skórę po całym dniu. Cienie jakie były takie są (mam właśnie rozkminę ontologiczną, czy mam worki czy cienie, bo pomimo moich 22 lat nie rozróżniam tych pojęć. intuicja podpowiada mi, że jednak cienie), nic się nie rozjaśniło. Zresztą już dawno straciłam nadzieję, że zrobię coś z tym naturalnym lookiem ofiary przemocy domowej, a kremy, żele i inne cuda są dla podtrzymania status quo, że jednak nadzieję mam.
Z żelem floslekowym żyło nam się całkiem dobrze do momentu, gdy weszłam w posiadanie tapety z Benefitu, a mianowicie Boi-inga. Boi wybornie kryje, ale absolutnie nie chciał się trzymać skóry wysmarowanej uprzednio żelem świetlikowym (sprawdzałam nawet czas aplikacji, rolował się też na wchłoniętym żelu).

I wpadłam w typowy impas - z żelu trzeba było zrezygnować na dzień, żeby używać korektora, który jest gęsty i treściwy i po 2 tygodniach takiej zabawy stwierdziłam (jakże odkrywczo) "hej, to przecież nie ma sensu". Zaopatrzyłam się w krem z Eveline, który, jak zawsze, ma zdziałać cuda, ale coś się na to nie zanosi - nieważne, jak delikatnie go rozsmaruję, to dostaje się do oczu i szczypie :< (tak, i tapeta też na nim dobrze nie wygląda).

Podsumowując moje rozlazłe dygresje - mam neutralny stosunek do żelu ze świetlikiem, fajnie koił i nawet nawilżał, ale cudów za 7 zł nie ma i moje sińce sięgające żuchwy jak były, tak trwają.
Amen.






W paczce próbek, jaką nabyłam drogą kupna u jednej z blogerek, były dwa kolejne produkty Lioele, które średnio przypadły mi do gustu. Mianowicie była to baza i podkład z serii 3D Skin Fix. Podkład, o ile się nie mylę, występuje w szalonej ilości dwóch odcieni.

Te dwa produkty w sumie są dość do siebie podobne, więc mogę je razem opisać. Mają rzadką konsystencję (baza jest jest wręcz płynna), dobrze się rozsmarowują. Zapach mam ostatnio przytępiony, więc się nie wypowiem :] Baza ma bardzo jasny, żółty odcień, który po rozsmarowaniu na skórze na szczęście znika. Spodziewałam się, że ta baza mnie trochę zmatowi lub wygładzi twarz... Nic z tego się nie stało, więc może jej właściwości da się tylko ocenić post factum, gdy nałoży się podkład. Niemniej żadnego efektu wsparcia podkładu nie zauważyłam...

...a to dlatego, że podkład jest tak niesamowicie lekki - i to w złym tego słowa znaczeniu. Nałożyłam sobie na ryjek takie ilości, że każdy inny produkt zrobiłby tapetę, a podkład Skin Fix bez śladu się po prostu wchłaniał. Efekt końcowy na skórze dało się zauważyć, cera była jakoś wyrównana, ale na miłość boską, podkład ma inne zadania! Taki sam efekt na mojej skórze dawało w lecie użycie barwionego filtru.

No sorry.

Jakoś bardzo się zraziłam do Lioele. I do każdego podkładu/bb creamu, który nie jest gęsty ;)
(teraz testuję coś jaśminowego, nawet firmy nie pamiętam, jest gęsty i od razu mi przypadł do gustu, hell yeah).
Ze smuteczkiem* zużyłam dziś resztkę tego oto specyfiku na zmycie tapety z oczu. Jak to bywa z YR - podrzuciła mi to mama. Może niektórym się wydawać, że jestem niesamodzielna czy coś, ale zmywacz do tapety w mojej hierarchii jest na tyle nisko, że jego zakup spokojnie zlecam właśnie mojej rodzicielce.
Jak to znowu bywa z YR - woda ta, zwana też płynem micelarnym, mamy lans na bycie bio-eko-sreko, 22% składników pochodzi z upraw biologicznych (doskonale wiem, co to znaczy, ale w pierwszym momencie mam ochotę powiedzieć "a niby reszta to z jakich, chemicznych?), opakowanie z recyklingu i mój osobisty faworyt, czyli enigmatyczne "gama kompensująca wydzielanie CO2". Huknęłam szczerze, bo w takie bajeczki nie wierzę. Skutkiem tego oczywiście jest cena, czyli 28 zł za 125 ml produktu - ja sama bym czegoś takiego nie kupiła, bo u mnie produkty do demakijażu mają żywotność ograniczoną jak mrożone pieczywo wypiekane w hipermarketach (czyli długo nie przetrwają).
Do rzeczy: bardzo dobrze radzi sobie z zestawem cień + maskara, zacnie, kiedy dorzuci się kredkę. Problemy zaczynają się przy mocniejszych eyelinerach - ale tu akurat się nie dziwię, eyeliner w żelu z Inglota należy do tych heroicznych wytworów, co przetrwają każdy kataklizm (w związku z czym maluję się nim bardzo rzadko, bo nie mam czasem cierpliwości, żeby wieczorem jedno oko zmywać trzema płatkami, a ranem odkryć, że resztki pochowały się i tak w zmarszczkach pod oczami).

Z innych ważnych informacji - woda ta ma dość specyficzny zapach, mnie średnio przypadł do gustu, ale przecież nikt mi nie każe się nim zaciągać. Co jeszcze ważniejsze: ta woda jest niesłychanie wydajna w swojej kategorii jednofazowych zmywaczy do oczu. Chociaż może tylko tak mi się wydaje, bo dwufazowej Ziai sobie nigdy nie żałuję i obficie polewam nią płatki, jakby od tego miało zależeć moje życie.
Podsumowując: niespecjalnie grzeje mnie cena i eko-otoczka tego specyfiku, ale spełnia swoje zadanie. Jeśli mamuśka podrzuci mi kolejny, to chętnie wykorzystam, a teraz wracam do Ziai.


Szybkie wyznanie: tyle się nabiegałam za balsamami, kremami i cthulhu wiem czym jeszcze do ciała, a przez przypadek okazało się, że jedynym specyfikiem który jest w stanie utrzymać moje ciało w nawilżonych ryzach to oliwka dla dzieci. Rossmanowa jest dobra, bo tania ;) Niemniej oliwka w żelu z z Johnsona stała się moim absolutnym ulubieńcem po pierwszym użyciu, chociaż nigdy nie wchłania się do końca i trzeba jej dopomóc (babydream koniec końców wchłaniał się po ok. 15 minutach).

To teraz mam czas, żeby biegać (dosłownie i w przenośni) za kremami chłodząco-relaksującymi do stóp. 8 godzin pracy na stojąco dewastuje mnie pod każdym względem (ból nóg dochodzi do bioder, nie wiem jak to dokładnie opisać), a mam rodzinne skłonności do żylaków, więc chyba czas się zacząć zabezpieczać :o




*uwielbiam to zdrobnienie, jest takie czułe i ironiczne zarazem.
Wymęczyłam kolejną próbkę BB, tym razem Lioele Triple The Solution BB Cream. Pokładałam w nim wielkie nadzieje, bo naczytałam się tyle pochlebnych opinii - jak widać, zaszkodziły podwyższając moje wymagania.

Konsystencja jest bardzo rzadka, jak w typowym podkładzie, co mnie bardzo zasmuciło, bo jakoś nie potrafię sobie tego dobrze na ryjku rozprowadzić. Krycie ma bardzo słabe, bardziej służy do wyrównania kolorytu. I co z tego "wyrównania", skoro u mnie Lioele po dwóch godzinach robił się pomarańczowy? Dodać tylko zielone włosy i wyglądałabym tak:





...czyli niekoniecznie atrakcyjnie. Kolejny nieudany flirt z BB.




Baza z ArtDeco chyba będzie pierwszym kosmetykiem kolorowym, który kupię po raz drugi w życiu. Cienie i kredka wyglądają po 16 (!!!) godzinach prawie tak samo jak po nałożeniu (w tym 8 godzin w klimatyzowanym pomieszczeniu). Specjalnie nie jestem obrażona, że cień zaczął się wałkować po 13 godzinach - ma prawo. Kredka twardo się trzyma jakby broniła niepodległości. Stosunkowo najgorzej radzi sobie tusz, ale na szczęście należy on do tych, które jakoś się ulatniają, zamiast osypywać się pod oczy (osobiście uważam, że to genialny wynalazek, gdy idzie się na imprezę, gdzie istnieje możliwość urwania filmu ;).

Jak widać, jaram się niezmiernie, że znalazłam swojego św. Graala w makijażu. Mogę się teraz skupić na Graalu utwardzającym lakier na moich teflonowych pazurach na więcej niż 48 godzin.




Moją rodzicielkę wzięło dziś na rozkminy: dzieciaku, jak to się dzieje, że twarz sobie smarujesz jakimś wybielaczem, ramiona i dekolt samoopalaczem, a i tak twarz jest ciemniejsza?


No właśnie, ja też nie wiem.
Jak żyję 22 lata, a od jakichś 10 zwracam uwagę na to, jakich kosmetyków używam, to nigdy nie trafiłam na żel pod prysznic, który by nawilżał. Nie mówię tu o super miękkiej skórze, ale o jakimkolwiek poczuciu nawilżenia ;)
Ale zaczęłam zwracać uwagę na żele i mogę dziś się podzielić moim małym odkryciem. Chodzi mianowicie o żele z serii do skóry suchej z Pharmaceris. Strona producenta twierdzi, że jest to seria limitowana, więc nie wiem, co zrobię, gdy mi się skończą :x W skład serii wchodzą 3 żele, które różnią się (jak łatwo się domyślić) kolorem, zapachem i gęstością. Ja posiadam dwa żele: fioletowy o zapachu czarnej porzeczki, brzoskwini i drzewa sandałowego oraz niebieski o zapachu melona, mandarynki i grejpfruta. Jest jeszcze różowy, ale nie wiem, jak pachnie ;)

Tak się prezentują:





Nie ma co się filozoficznie produkować na temat żeli, więc krótko i treściwie: obłędnie się pienią, pachną orzeźwiająco i nawilżają skórę. Alleluja, czego chcieć więcej? 
Jedynym minusem jest fakt, że żel fioletowy jest baaaardzo rzadki, więc jest mało wydajny. W sumie trudno go nazwać żelem, tak łatwo się wylewa z butelki ;) Z niebieskim nie ma takich przygód, jest przykładnie gęsty :)



Dokonałam dziś niemożliwego - namówiłam moją mamę na kurację olejem kokosowym. Przy mojej determinacji może coś zdziałamy - mamuśka ma cienkie, suche włosy, które uwielbiają się puszyć niezależnie od ilości i rodzaju użytego produktu  oraz sposobu suszenia. Cieszę się, że odziedziczyłam grube i mocne włosy po tacie - też się nie poddają żadnej stylizacji*, ale przynajmniej nie wyglądam jak ofiara porażenia prądem. 


*gdyby włosy miały świadomość i mogły mówić, to nasze rozmowy wyglądałyby tak:
ja: no proszę ładnie, nie wywijajcie się, tyle spreju prostującego użyłam...
włosy: oj weź spieprzaj.


Dobijam do końca tubki, więc można się pokusić o recenzję. Produkty wyszczuplające Eveline należą do najpopularniejszych i wcale się nie dziwię, bo przy dość niskiej cenie dają zauważalne efekty.
Ale po kolei.

Jak na moją wagę, to cellulitu strasznego nie mam. Przy regularnym ruchu i diecie Dukana* udało mi się pozbyć  znacznej ilości pomarańczowej skórki, a w sumie moim większym problemem są rozstępy i mało jędrna skóra na udach. Przetestowałam dosłownie wszystkie produkty z Avonu i Oriflame (zarówno te tańsze i droższe), bujałam się z jakimiś kremami drogeryjnymi i nic. Z Eveline zużyłam też krem wyszczuplająco-ujędrniający, który daje efekt chłodzący, ale średnio się polubiliśmy. Latem co prawda był zbawieniem z efektu właśnie na chłodzenie, ale przyszła jesień i musieliśmy się rozstać. I tak oto sięgnęłam po termoaktywne serum modelujące talię, brzuch i pośladki z efektem rozgrzewającym.

Tuba standardowa, czerwona. Prezentuje się tak:



I jak na moje wymagania był to strzał w dziesiątkę. Serum ma kolor czerwony, konsystencję nie do końca ściętej galaretki i szybko się wchłania. Co do efektu rozgrzewającego, to producent trochę nie docenił serum i moim zdaniem powinien go nazwać efektem grzewczym XDD Pierwsza aplikacja dała mi poczucie jakbym usiadła gołym tyłkiem na kaloryferze (nigdy czegoś takiego nie zrobiłam, ale przeczuwam, że takie to uczucie). Dopiero później odkryłam, na czym trik polega: serum dość szybko się wchłania, więc masaż trzeba wykonać od razu, dopóki nie wyschnie. Wtedy właśnie mamy fajne rozgrzanie. Jeśli się wchłonie i wtedy pomasuje, to robi się nieprzyjemnie (zwłaszcza na pupie, bo nie da się usiąść). Moim zdaniem na tubie powinna znaleźć się informacja o takim efekcie - a może to tylko tak na mnie działa? Nie wiem :x

Do rzeczy: efekt ujędrnienia u mnie pojawił się już po drugiej aplikacji. Skóra, zwłaszcza na udach, jest napięta i jędrna. Jeśli znowu zacznę intensywnie ćwiczyć, to efekt modelowania sylwetki pewnie też da się zauważyć ;) Co do zapowiadanej "intensywnej redukcji cellulitu", to można to włożyć między bajki - bez diety i ruchu nic się nie zredukuje :] 

Wydajność: u mnie ponad 3 tygodnie solidnego smarowania się rano i wieczorem - więc średnio jak na tego typu produkt. Czekam na promocję w drogeriach i pewnie kupię sobie od razu ze 3 tuby, bo lubię sobie wyjść rano z domu, gdy serum mi grzeje tyłek XDD Na większe mrozy na pewno będzie w sam raz :D



*dieta została zmiażdżona przez dietetyków, lekarzy i dziennikarzy, ale ja przyznam, że działa. Odżywiałam się zgodnie z zaleceniami z książki i byłam pod opieką lekarza (ważne są regularne badania krwi, bo cholesterol może podskoczyć). Wkurza mnie jednak, gdy ignoranci piszą, że Dukan opiera się na samym spożywaniu mięsa i łatwo sobie zepsuć wątrobę. Faktycznie, jak ktoś będzie odżywiał się samym czerwonym mięsem, to katastrofa murowana, ale z drugiej strony nie wariowałam i nie spożywałam wszystkiego w wersji light. Umiar, zdrowy rozsądek i nadzór lekarza dają rewelacyjne efekty :)
Próbkę pilingu z kissboxa oddałam mamie, ale nie byłabym sobą, gdybym go mimo wszystko nie wypróbowała po entuzjastycznych reakcjach mej rodzicielki. A że taki drobny, to tym bardziej stwierdziłam "ok, pal licho retinoidy, nic się nie stanie, jak po raz pierwszy od pół roku się zdrapię".
Celem wprowadzenia - przed lekami miałam tak przetłuszczającą się skórę, że król drapaków, czyli lushowy Dark Angels niewiele mógł zdziałać. Ba, nawet mikrodermabrazja nie pomogła w wygładzeniu skóry. Ok, efekt utrzymał się może kilka dni ;)
Nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie sobie wyobrazić zatem mój szok po użyciu pilingu z Fridge. Użyłam maksymalnie małej ilości - tylko trochę musnęłam palcem w słoiczku. I czymś takim tak niemożebnie sobie wygładziłam skórę... Mogę szczerze powiedzieć, że moja twarz JESZCZE NIGDY nie była tak gładka.
*łapie się za głowę i biega w szale po pokoju*

Nawet mnie za bardzo nie podrażnił (tylko przypomnę - przy kuracji retinoidami obowiązuje ścisły ban na pilingi do twarzy), co też mnie zdziwiło, bo koniec końców te małe drobinki były dość ostre.

Chyba muszę z tatą omówić kwestię refundacji i kupię całe opakowanie mamie na święta. Już czuję, że będzie epicko wydajne, więc też skorzystam po zakończeniu aknenorminu.

Tak, koniecznie musiałam się tym podzielić ;)

Na dodatek złota myśl mojego chłopaka - poradził mi, żebym nie goliła nóg, będzie mi cieplej i nie będę musiała zakładać grubych rajstop. Poparł to przykładem swojej brody, którą zawsze zapuszcza na zimę. Nie stracił rezonu nawet gdy trzeźwo zauważyłam, że wyglądałby trochę dziwnie (a co najmniej podejrzanie) z rajstopą na twarzy, a na nogach ten przyodziewek jak najbardziej pasuje.
Wesoło mam.

Tak, poddałam się kissboxowej manii. Stosunek do zawartości mam póki co neutralny - ucieszyłam się jak debil z pięknego, różowego lakieru. Kąpieli w wannie raczej nie zażywam, więc olejek wykorzystałam prostacko do nawilżenia łydek i ramion - bardzo lubię film, jaki na skórze zostawiają wszelkie oleje i oliwki, więc jestem zadowolona. Krem odżywczy ani trochę nie wstrzelił się w potrzeby mojej skóry - ale to mi oczywiście nie przeszkadza i na razie wylądował na twarzy. Na dzień raczej nie odważę się go nałożyć, bo jest aż nazbyt odżywczy :]
Jadę dalej na retinoidach, więc peeling z bólem serca (ten zapach!) oddałam mamie. Oczywiście była zadowolona, bo lubi takie drobnoziarniste drapaki. Pomyślałam sobie "hmmm, idą święta, może jej kupię pełne opakowanie".
Sięgnęłam do ulotki i na moment zatrzymało mi się serce, gdy zobaczyłam cenę. 150 zł za 50 gramów, wtf?
To nie jest tak, że nie kocham własnej matki i jej żałuję XDDD Biedna też nie jestem, ale z drugiej strony nie jestem przyzwyczajona do takich wydatków na kosmetyki do pielęgnacji. Wiem, że kremy za 5 i 50 zł będą się różnić, ale wystarczająco dużo się naczytałam, żeby tak samo myśleć o kremach za 50 i 500 zł. Moje przekonanie pogłębia się od czasu, gdy ogarnęłam kosmetyki mineralne (dobra, nie są super tanie, ale niektóre marki są w Polsce już na tyle popularne, że ceny mogą tylko iść w dół - taki EDM) tudzież samorobione (BU), o różnych pojedynczych cudownych specyfikach nie wspominając.

Nie twierdzę, że wszystkie drogie kosmetyki to niemożebnie przepłacone średniaki. W dość groteskowych okolicznościach stałam się niedawno posiadaczką korektora z Benefitu i po raz pierwszy w życiu wyszłam z domu bez cieni pod oczami sięgającymi żuchwy. Jeśli kiedyś nadejdzie ta smutna chwila, gdy Boi-ing mi się skończy, a nie będę miała 95 zł, to niechybnie sprzedam nerkę, żeby je zdobyć :P
A może tak naprawdę 95 zł to nie jest dużo za świetny, wartościowy kosmetyk? Dżizas, będą miała teraz rozkminę.

Ale wracając do kissboxa - zamówię jeszcze jednego, jak mnie nie zachwyci, to chyba wtedy się pożegnamy.

Blog Archive

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia