Dwie cienkie warstwy avonowego lakieru Coral Beat. Pochodzi z letniej kolekcji, nie wiem, czy jest jeszcze dostępny. Do naprawdę pełnego krycia potrzebna by była jeszcze jedna warstwa, bo końcówki prześwitują.




Piękna pomarańczowo-koralowa żarówa, uwielbiam ją absolutnie. Jak na lakiery z Avonu sprawuje się bardzo dobrze - nie gęstnieje, dość szybko schnie (ale ja obsesyjnie nakładam cienkie warstwy, więc w sumie nie wiem, jak zachowują się grubsze).

Sroka ostatnio narzekała, że zamykają Picnik... Jest sporo innych edytorów online, ja mam ostatnio zajawkę na iPiccy*. Jak ktoś chce poczuć się odrobinę bardziej pro, to polecam jeszcze Photoscape (ale to już program do zainstalowania). Proste w obsłudze jak budowa cepa. Ja dla podbudowanie własnej wartości** lecę Photoshopem i Lightroomem, ale to tylko na pececie. Mój netbunio takich rewelacji by nie przeżył, a iPiccy ma genialne narzędzia do retuszu - usuwanie wyprysków, podbijanie blasku oka i najfikuśniejsze, czyli pogrubienie rzęs. Naprawdę działa :D

A teraz przypowieść o głupiej, co ma zawsze szczęście. Rozsiądźcie się wygodnie, a ja zaczynam.

Zastanawiałam się ostatnio, który podkład z Bourjois kupić. Jak już się zdecydowałam, to na allegro nie było mojego odcienia, co mnie bardzo sfrustrowało. Ale najwidoczniej wszechświat wynagradza mi mrozy promocjami, bo w drogerii na R. podkłady Healthy Mix właśnie są w promocji. Znowu się rozmyśliłam i jak debil debatowałam z dobre 15 minut, po czym - uwaga uwaga, werble i fanfary - wzięłam tego "pierwszego" Mixa (nie w żelu, czarna zakrętka). Według producenta zapewnia mocniejsze krycie, a nie ukrywajmy, moje blizny potrądzikowe to ciężki przeciwnik. 
Przy okazji na sam koniec leczenia Izotekiem okazało się, że rzeczony lek w połączeniu z zimą wyłączył mi gruczoły łojowe. Nie jest to fajne, bo muszę się smarować Cetaphilem 3 razy dziennie, a i tak mam całe ręce w suchych plackach ( i czuję się jak trędowata). Dermatolożka zaleciła mi dodatkowo pranie ciuchów w łagodnych środkach bez płynów zmiękczających - miałam już wizję, że chodzę z tarą nad Wisłę i piorę swoje uniformy w rzece (pomijam fakt, jak bardzo to by mi uczuliło skórę, ale wizja była niezwykle plastyczna, nawet chodaki miałam).
A wy macie jakieś zimowo-skórne przygody? :)



*można sobie zainstalować jako rozszerzenie do Chrome'a
**wiecie, widzę ten piardyliard przycisków i udaję, że wiem, do czego służą, po czym klikam "auto color" :D
Ok, jestem zen, nie będę się tak bardzo przejmować, że straciłam całe 6$ na głupim ebayu za głupie próbki. Na szczęście zakupy zrobione w Polsce mi wychodzą, a ile radości mam z wspierania rodzimej gospodarki xdd
Ale po kolei. Miałam ostrą fazę na Lusha. Ostatecznie mi przeszła w maju, kiedy okazało się, że nie potrzebuję tak silnych oczyszczaczy do twarzy. Po drodze zużyłam też kilka mydełek, głównie tych glicerynowych. Ostatecznie zniechęciłam się po mydełku Porridge. Porridge jest kremowy i rzekomo ma pachnieć jak owsianka. Mi pachniał czekoladą i czymś bliżej nieznanym (kto wie, dzieciństwem?) i byłoby spoko, gdyby nie tempo zużywania. Stugramową kostkę zużyłam w 2/3 w ciągu 10 dni. A przecież nie używałam go ciągle i to 3 razy dziennie, o nie. Kolejny duży kawałek straciłam, gdy mój chłopak ugryzł resztki mydełka, bo tak smakowicie pachniało. Cóż tu dużo mówić, za bardzo szanuję swój czas i pieniądze, żeby obkupować się za granicą w mydła, które starczają raptem na 2 tygodnie. Już dłużej Porridge do mnie wędrował z UK.

Zaczęłam szukać zamienników i trafiłam, szalala, na Lawendową Farmę. Po testach kilku mydełek, które nabyłam drogą kupna, podzielę się teraz opiniami na temat trzech. Wszystkie zdjęcia i zaznaczone opisy pochodzą ze strony Lawendowej Farmy, bo nie widzę sensu, żeby własnymi słowami pisać to samo jeszcze raz, a zrobiłabym to nieudolnie ;) Dodam jeszcze od siebie tyle, że paczka dotarła do mnie szybko, a wszystko było pancernie zapakowane.Same mydełka są owinięte w folię i mają karteczkę z nazwą, składem i opisem. Minimalizm - to lubię.

Plaster Miodu 


Bardzo delikatne., przyjemnie natłuszczające mydełko z dodatkiem miodu, o naturalnym zapachu wosku pszczelego. Plaster wosku masuje i dodatkowo natłuszcza skórę, Mydełko bez dodatku olejków eterycznych, polecane szczególnie dla osób o wrażliwej skórze.
 
Skład:
 
oliwa, olej kokosowy, olej palmowy, olej awokado, miód, plaster wosku pszczelego, wodorotlenek sodu.


To z boku to najprawdziwszy plaster miodu - nie rozpuszcza się :D Mydło nie ma wyczuwalnego zapachu, trzeba się naprawdę mocno wwąchać. Nie bardzo się pieni, ale ładnie nawilża. Plaster Miodu wystarczył mi na 3 tygodnie używania - ale zaznaczam, że nie jestem pewna, czy dobrze przechowuję mydła, lubię się wymiziać kostką po całym ciele (omg, znowu to dziwnie zabrzmiało), po prostu się nie szczypię z zużywaniem ;) Polecam, ale drugi raz nie kupię, bo jest tyle innych mydeł do przetestowania :3

Oliwkowe Shea



Kostka czystego, kremowego mydła bez dodatku olejków dla szczególnie wrażliwej skóry – czysta przyjemność i delikatność. Oliwa wspaniale natłuszcza skórę.
 
Skład:
 
oliwa, olej kokosowy, olej palmowy, masło shea,  wodorotlenek sodu

Tego mydła od miesiąca używam do mycia twarzy, na ogół rano (wieczorem po demakijażu wolę się doszorować Cetaphilem). Moja cera nieszczególnie dobrze reaguje na toniki, nawet na hydrolaty (!!!), więc potrzebuję czyścidła, które mi nie ściągnie skóry po myciu. Olikowe Shea sprawdza się znakomicie - czyści mi ryjek niemal do piszczenia znanego z Fresh Farmacy, a jednocześnie nie ściąga. No czary. Ze względu na ograniczoną powierzchnię użytkowania, czyli twarz, Shea zużywa się powoli, przez miesiąc nie zużyłam nawet 1/3. Lubimy się.

Mydło Kleopatry




To mydło w sam raz dla królowej. "Mleczne" mydła zawierają dużo witamin i soli mineralnych pozostawiając skórę miękką i cudownie odnowioną.
Kozie mleko sprawia,że mydło jest mocno kremowe.
Skład:
oliwa,  olej kokosowy, olej palmowy,olej słonecznikowy wodorotlenek sodu, kozie mleko, olejki eteryczne: lawendowy, jodłowy i pomarańczowy.
 Uwaga: kolor mydła może się różnić od podanego na zdjęciu (od jasnokremowego do ciemnego beżu)

Moje mydło miało kolor, jaki my, baby, nazywamy ecru. Ale nie miało wzorka :< Lubię mydła z wzorkami, buu.
Mydło faktycznie jest mocno kremowe, przez co bardzo szybko się zużywa. Ale chyba nie muszę narzekać - jak się nim umyję, a potem potraktuję skórę oliwką, to nawilżenie utrzymuje się ponad 24h. Jestem zadowolona, ale bez fajerwerków ;)

Pewnie jeszcze nieraz zrobię na Farmie zakupy (bo lubię też czytać bloga właścicielki). Polecicie mi jakieś ręcznie robione mydła bezpośrednio z Farmy albo od innych polskich cudotwórczyń? 




Dobrałam się do paypala i co się okazało? Że wszczęcie sporu o zwrot pieniędzy można założyć w terminie do 45 dni od daty transakcji. U mnie oczywiście już dawno minęły... Co robić?!
Na początku grudnia kupiłam na ebayu kilka rzeczy. Monistat z USA przywędrował do mnie w mniej niż 10 dni (darmowa wysyłka!). Ale koreańscy sprzedawcy dali mi popalić. Na dobry początek kupiłam same próbki, bo miałam wtedy ostrą gadżeciarską fazę.
Rubyruby76 po kilku dniach od wpłacenia pieniędzy napisał mi, że nie ma produktów, które u niego kupiłam. I że nie ma skąd ich wziąć, bo fabryka na razie ich nie produkuje. Oddał mi szybciutko pieniądze i poprosił o niewystawianie negatywnego komentarza. Wystawiłam neutralny właśnie za ten zwrot pieniędzy...
A teraz epopeja z friday_saturday. Paczka miała być wysłana 3.12, więc na początku stycznia zaczęłam się niepokoić. Grzecznie napisałam, po tygodniu dostałam równie grzeczną automatyczną odpowiedź, żebym sprawdziła na poczcie. Sprawdzać nie musiałam, bo jestem w przyjaznych stosunkach z listonoszem (lol, jak to zabrzmiało) i facet dostarcza mi nawet te przesyłki, które są źle zaadresowane (dużo znaków diakrytycznych w adresie i dziwny numer domu). Napisałam jeszcze raz z pytaniem, jak rozwiążemy ten problem,  ale do dziś od 14.01 nie mam z nimi kontaktu. Czy to jest czas na rozpoczęcie procedury zwrotu kasy na paypalu? Ani chybi tak.


Na pocieszenie mam balsam z Neutrogeny dodany jako gratis do zakupów w SuperPharmie. Byłam lekko zszokowana, wartość owego balsamu przewyższa wartość zakupów, ale przecież nie będę narzekać ;)



Hopsia! Witam was cieplutko w to piękne piątkowe popołudnie i zapraszam na dokumentację zdjęciową mojego wyzwania NT. Nie wiem o co chodzi, że na tych zdjęciach nie widać przebarwień :O a wierzcie mi, tak od połowy moje paznokcie są mocno zniszczone i żółtawe.

Tak się prezentują dziś, ósmego dnia:




Muszę przyznać, że trwałość kolorowego lakieru jest całkiem zacna, gdy położy się dwie warstwy odżywki podkładowej. Czerwony lakier z H&M (a więc jakościowo dość cienki) wytrzymał u mnie 4 dni, w tym 2 w pracy. Dopiero wczoraj wieczorem lakier mi się poodpryskiwał z końcówek, ale wybaczam mu - miałam wczoraj dużo roboty przy pakowaniu towaru. Czy są jakieś efekty? Widzę już, że nowowyrosła płytka jest zdrowiutka i różowiutka :D Chyba się z Nail Tekiem zaprzyjaźnimy.


Gdy tak sobie dziś siedziałam na szkoleniu i robiłam wszystko, żeby nie zasnąć, zaczęłam sobie przygotowywać listę kosmetyków do opisania w kategorii "bubel alert". Bardzo szybko się zorientowałam, że mają pewną cechę wspólną, a mianowicie to, że wszystkie kupiłam pod wpływem bardzo pozytywnych recenzji na innych blogach.
Nie wszystkie są bublami totalnymi - do jednego kosmetyku mam zastrzeżenia w kwestii zapachu, a ten, jak wiadomo, jest u każdej z nas indywidualną kwestią. Ale przeboleć nie mogę, że przez kilkanaście (!!!) blogów przetoczyły się entuzjastyczne recenzje cieni do powiek, które są absolutnie do kitu. I chyba mogę być obiektywna - używałam do nich tej samej bazy i pędzli co przy innych cieniach. Poczułam się wręcz oszukana - niby świetna pigmentacja, intensywne kolory, łatwość blendowania... A figa (że się tak jeszcze elegancko wyrażę), one są wręcz tragiczne xdddd
Spokojnie, napiszę o nich, jak nabiorę weny na wylewanie z siebie takiej ilości krytyki ;D Co do olejku, to mogę napisać już teraz. Tyle się pozytywów naczytałam o olejkach z Alterry, że stwierdziłam - spoko, wezmę jeden. W Rossmanie, którego nawiedziłam, były tylko dwie wersje zapachowe, a w dodatku spieszyłam się, więc złapałam za zieloną. Jak się później okazało, jest to wersja "limonka i oliwka".
No ok, limonka cacy, napaliłam się jak głupia na te super egzotyczne zapachy.
Wieczorem łapię za butelkę... I co poczułam?

Owszem, poczułam limonkę. Ale taką, jaką się czuje po powąchaniu opróżnionej butelki Corony*. Pewnie to zasługa oliwki, ale teraz jestem skonfundowana. Zapach może nie jest intensywny, ale za to dość trwały. Na dzień się tym nie posmaruję, bo będzie się gryzło z perfumami, a nikt nie chce, żeby mu perfumy się gryzły z duchem zapachu piwa. Na noc tym bardziej nic z tym nie zrobię, bo mimo wszystko jest zbyt orzeźwiający...
*żeby nie było, mam poważniejsze problemy w życiu, ale teraz trzymam się twardo postanowienia, że tylko takimi się z wami dzielę* Chyba ściągnę od Anwen i pójdzie na włosy ;)




*Corona jest to epicko dobre piwo, faworyt hipsterskiej nowojorskiej wannabe-bohemy (Urban, jeśli Corona straciła to stanowisko, popraw mnie). ma szczupłą butelkę jak Miller, a pic polega na tym, żeby do szyjki wsadzić ósemkę limonki albo cytryny. piwo się przez nią filtruje i nabiera zacnego smaku. prędzej czy później owoc wpada do środka i zostaje tam na wieki i nabiera nowego, piwnego aromatu. uruchomcie wyobraźnię wakacyjno-zapachową, na pewno to poczujecie!

Te, co mają kartę LifeStyle w SuperPharmie, pewnie tak samo jak ja wyczekują co 2 tygodnie nowych kodów rabatowych. Jakiez było moje zdziwienie, gdy z nowych 12 kodów aż 3 się zdublowały z tym, co miałam i w dodatku wykorzystałam w grudniu. Zastanawiam się teraz, czy te rabaty są jakoś dostosowane do historii moich zakupów czy wszyscy dostają to samo jak leci? Kolejnej oliwki w żelu już sobie nie kupię, bo wyciskanie jej z butelki to jakiś horror, micela z Vichy również sobie nie zdubluję, skoro na rynku są równie dobre produkty w przystępniejszej cenie... [cieszę się, że nagle mam taki atak pragmatyzmu, lol]

Zakupy i czekolada to moje dwa naczelne sposoby na radzenie sobie ze "smuteczkiem". Są to chwilowe dołki, które doskonale zwalcza się kupnem nowego balsamu do ciała czy paczką M&M's. Ostatnio takich dołków miałam sporo, co zaowocowało a) zarwaniem się szuflady, w której trzymam zapasowe kosmetyki oraz b) trudnościami z dopięciem spodni, które jeszcze niedawno leżały idealnie. Musiałam znaleźć sobie nowe rozrywki. [teraz czas na wstydliwe wyznania]
A że, nie ukrywajmy, w pewnych aspektach mam bardzo polską mentalność, to ostatnio zupełnie przez przypadek *przysięgam* poprawiłam sobie humor oglądając zdjęcia dziewczyny faceta, który dał mi kosza rok temu. Mamy wspólnych znajomych, więc chcąc nie chcąc zdarza mi się te fotki widzieć.
Powiem wam tyle: co do własnej urody mam duże zastrzeżenia. Wyleczenie się z trądziku pomogło mi wyeliminować wiele kompleksów, ale nadal mam dni, że pomimo warstwy makijażu czuję się jak kupa.
I bez zbędnych ceregieli stwierdzę tyle: jestem ładniejsza od tej laski. O wiele ładniejsza.

Szkoda tylko, że dojście do takich wniosków pokazuje, jak płytką bywam osobą. I nie są zbyt odnawialne - ile razy mogę się dowartościowywać jej kartoflanym nosem? Aha, żeby nie było - do tego kolesia absolutnie nic już nie czuję, po prostu czasem mam takie flashbacki przypominające mi, że porady randkowe rodem z kolumny Carrie Bradshaw absolutnie się nie sprawdzają w moim wypadku (ciekawe, czy u kogokolwiek się sprawdziły).
Zamiast tego macie moje rady: uciekać od kolesi
- z politechniki (bez obrazy dla dziewczyn tam studiujących)
- którzy grają w jakąkolwiek grę rpg online
- którzy spędzają dużo czasu na chanach.

Tak, to tyle na dziś. Mogę tylko podzielić się spostrzeżeniami dotyczącymi Nail Teka: mani potraktowany NT oczywiście nie wytrzymuje u mnie tygodnia, musiałam go zmyć dziś, czyli czwartego dnia.
#1 Czy któraś z was potrafi mi wytłumaczyć ten fenomen, że kosmetyk kupiony na allegro z przesyłką wychodzi taniej niż w drogerii? Albo w ogóle jest podejrzanie tani? Nie mówię tu o sytuacjach, gdy pełnowymiarowy kosmetyk Chanel kosztuje 20 zł, ale weźmy odżywki, jakie ostatnio były u mnie grane. Kupiłam zestaw Nail Tek II i odżywkę podkładową za 27 zł, a normalnie cena jednego z tych produktów to 55 zł. Odżywka z Alessandro na allegro to koszt 40 zł, w Sephorze koło 70. Kultowe matowe pomadki w kremie z Manhattanu (tak, też się wkręciłam) w Rossmanie kosztują jakieś 15 zł z groszami, znowu na allegro jest za 5,99 zł. Wtf? Nie dziwi mnie fakt, że książki wychodzą taniej niż w empiku, ale kosmetyki?

#2 Moje drugie pytanie jest związane pośrednio z pierwszym. Zajarałam się ostatnio na podkład z Bourjois, skubany kosztuje 59,99 i średnio chce mi się czekać na promocje, dlatego szukałam go na allegro. Nie będę teraz roztrząsać, że wyszedłby mi taniej o 10 zł (co już podejrzane bardzo nie jest), ale mam rozkminkę: który z podkładów Healthy Mix jest lepszy? Macie jakieś doświadczenia?
Mam odlewkę tego niby w żelu (czerwona nakrętka i owocki na opakowaniu), ale co nie czytam o tym drugim (czarna nakrętka), to też mam na niego ochotę.
[doprawdy, muszę być szczęśliwym człowiekiem, skoro moim największym problemem jest wybór podkładu, lol]
Podreptałam dziś grzecznie na pocztę, coby odebrać paczkę z moją ostatnią paznokciową deską ratunku. Zaaplikowałam sobie grzecznie odżywkę podkładową, dwie warstwy absolutnie przepięknego kobaltowego lakieru* i Nail Teka właściwego w wersji II. Podoba mi się jego mocno wodnista konsystencja, ale obawiam się, że szybko "zglucieje" - jakie są wasze doświadczenia? Coś kiepsko widzę też trwałość - pomimo grubej zaprawy na moich teflonowych pazurach niewiele co się trzyma :] A tu niby codziennie z nową warstwą mam to trzymać 7 dni... Hm, pożyjemy, zobaczymy.
W celach dokumentacyjnych zrobiłam zdjęcie paznokci bez żadnego lakieru. Na palcu serdecznym widać odbarwienia - wierzcie mi, na reszcie paznokci też są ;D i tak, to jest ten moment, gdy przepraszam was za stan swoich skórek. Zniszczyłam je na amen odżywką z Alessandro, o której już pisałam i teraz nawet olejki z Seacret** nie pomagają. Praca mi wcale nie pomaga - mamy pokitrane przy kasach kremy do rąk, których używam co 2 godziny, ale za dużo pracuję rękami, żeby dawały efekty xddd
Patrzcie i podziwiajcie, do czego można się doprowadzić:
(swoją drogą, jak wy robicie te zdjęcie lakierów, że widać też kciuk? mój jest tak mocno przeciwstawny, że za cholerę nie mogłam go wygiąć do zdjęcia xddd)





Następne zdjęcia i pierwsze komentarze... Hm, może za tydzień? ;D



*szlag trafił moje postanowienia noworoczne, że nowe lakiery kupuję dopiero po wyrzuceniu starych. mam fazę na kobalt pod każdą postacią - lakier i kredkę do oczu już mam (co z tego, że nie bardzo współgra z moimi zielonymi oczami), teraz poluję na kobaltowe spodnie. na miejscu galerii handlowych bym się bała.
** uuu, żeby ktoś nie pomyślał, że się tak na bogato wożę - wszelka bytność kosmetyków Seacret w moim domu bierze się z niesamowitej koniunkcji okoliczności tyczących mojej mamy (tydzień po wypłacie + bardzo dobry humor + promocje na stoisku + niesamowita charyzma konsultantek). kiedyś stwierdziła, że po prostu nie mogła nie wziąć mineralnej maseczki do twarzy, bo w promocji kosztowała 250 zł. nie wiem, ile normalnie wychodzi w pln, ale strona internetowa szepnęła mi 115 euro. łotdefak, powiecie - moja reakcja wcale nie była inna. i nie, maseczka nie jest warta tych pieniędzy.
Historia zakupu tej odżywki zaczyna się w mrocznej przeszłości, w trudnym do określenia dla mnie momencie, gdy to zniszczyłam sobie doszczętnie pazury. Serio, przez kilka miesięcy moje paznokcie były non stop pomalowane kolorowym lakierem. Od zmycia do nałożenia nowego koloru nigdy nie było dłuższej przerwy jak 2 godziny. Zawsze używałam bazy, jakichś tam odżywek-popierdółek, ale jak łatwo się domyślić, nadszedł ten moment, gdy płytka paznokcia przybrała dość dziwny kolor. Zdarzyło wam się kiedyś zedrzeć duży płatek lakieru z paznokcia? Paznokieć jest wtedy taki chropowaty.. No to u mnie było tak cały czas, choć polerowałam te moje pazury.
Po prostu dramat - jak łatwo się domyślić, był to nieszczególny widok i co robiłam? Tak, oczywiście malowałam dalej kolorem ;D Totalna głupota, zwłaszcza, że moje paznokcie z natury mają ładny kształt, są dość duże i nie musiałabym wkładać wiele wysiłku w to, żeby dobrze wyglądały. Czy muszę dodawać, że stały się cholernie łamliwe i zapuszczenie ich na więcej niż 2-3 mm poza opuszek palca w ogóle nie wchodziło w rachubę? Dobrze, że nie zrobiłam zdjęć, bo niektóre z was mogłyby zasłabnąć na ich widok ;D

W październiku zeszłego roku w końcu puknęłam się w czoło i postanowiłam coś z nimi zrobić. Naczytałam się o Nail Teku i już-już miałam go kupić, gdy na jednym z blogów (ale za cholerę nie pamiętam, którym) natknęłam się właśnie na recenzję rzeczonej odżywki z Alessandro. Wystarczyło mi podsumowanie, że lepszy od Nail Teka i tak jakoś mi się kliknęło na allegro. Dostałam jeszcze do niego lakier zapewniający "efekt wybielenia", ale ten efekt jest jakiś dla mnie pokrętny, jeszcze kiedyś o nim napiszę ;)

Express Nail Hardener ma pojemność 10 ml, zasada postępowania podobna jak w Nail Teku - malujemy jedną warstwę dziennie, po kilku dniach zmywamy i od nowa. Kuracja ma trwać minimum 4 tygodnie. Feler oczywiście jest taki, że ta odżywka nie może być stosowana jako lakier podkładowy, więc pożegnanie się z kolorowymi pazurkami było bardzo bolesne. Odżywka ma delikatny, mleczny kolor, który przy 2-3 warstwach  wygląda jak taka ładna baza do frencha - ja ten efekt polubiłam.  Odżywka nie wytrzymuje długo na paznokciach, u mnie się odpryskiwała 3-4 dnia, więc zmywałam ją dla świętego spokoju po 3 dniach.

Wydajność: spokojnie wystarczyło mi na 4 tygodnie, teraz wykańczam opakowanie. Niestety ostatnia 1/4 zawartości już była mocno zglucona i trudna w obsłudze.

Efekty: hm... mogę już zapuścić niezłe szpony, które się nie łamią. Widać też zmianę na płytce paznokcia - to, co mi urosło od początku listopada, wygląda na zdrowe - ale bardziej przypisuję to odstawieniu kolorowych lakierów niż tej odżywce.
Czy polecam? Jeśli ktoś potrzebuje odwyku od kolorowych lakierów, to Express Nail Hardener będzie w sam raz. Ale Nail Tek wychodzi taniej - teraz będę go testować :)

edit: o matko, zapomniałam napisać, że ten preparat zawiera formaldehyd, w związku z czym nieochronione skórki wysychają na wiór już po pierwszym użyciu :(
Gdy postanowiłam stworzyć tego bloga, założyłam sobie, że nie będzie tu prywaty, ale pękam i muszę się podzielić moją frustracją. Mam ludzi, którym mogę się wygadać, ale nie zawsze jest czas, sposobność i takie tam.
Więc uwaga, moją prywatę zaczynam od prośby - nie oceniajcie złośliwie, bo nie opiszę całej sprawy dokładnie, udostępniam tylko tyle ile zechcę.

Początek numer dwa jest taki, że choć nie wierzę w astrologię, to wypisz wymaluj jestem astrologicznym Wodnikiem, w dodatku jedynaczką. Życzliwi mi mówią, że jestem ekscentryczną egocentryczką, a nieżyczliwi nazywają mnie apodyktyczną suką. Bronię swojej niezależności jak.. Jak, hm, niepodległości :P Bardzo emocjonalnie reaguję na wszystkie "dobre rady". Nie cierpię wtrącania się w moje sprawy. Mogłabym ten rozkład własnej psychiki ciągnąć jeszcze długo, ale chyba z grubsza zarysowałam, o co chodzi.

Moje życie rodzinne tak się ułożyło, że nie mam w najbliższym zasięgu tych wszystkich złośliwych starych bab, które przy uroczystym obiedzie pytają o ślub i dzieci. Ba, jedyną złośliwą starą babą jest jedna z moich babć, ale widuję ją dwa razy w roku i bogu dzięki nie muszę odpowiadać na żadne pytania, bo atakuję pierwsza frazą "jak tam zdrowie?" i przełączam się w wielce przydatny tryb słuchania jednym, a wypuszczania danych drugim uchem.

Jakimś cudem dożyłam 23. roku życia bez upokorzeń w stylu "a ty kiedy przyprowadzisz swojego kawalera?". Nie żeby wynikało to z braku kawalera - tych kilku było - po prostu mam normalną rodzinę. Bardziej ich interesują moje studia, pasje, podróże. Z rodzicami mam bardzo dobre relacje - może nie przyjacielskie, ale myślę, że jest czego pozazdrościć.

Ta dygresja była potrzebna, żeby opowiedzieć o megawkurwie, jaki był ostatnio moim udziałem.

Podreptałam grzecznie na wizytę do mojej pani ginekolog na "noworoczny przegląd" i receptę na antykoncepty. Tabletki co prawda muszę brać obowiązkowo z powodu retinoidów, ale wcale nie zamierzam przestać. I wywiązał się taki dialog, który przytaczam orientacyjnie (i który był poważny, lekarka nie żartowała):
ja:... wie pani, tabletki to długo będą mi jeszcze potrzebne.
gineks: a ile jesteście razem z chłopakiem?
ja: 8 miesięcy.
g: no to kiedy ślub?
ja: eeeee...
g: musi się pani spieszyć, ile pani ma lat? no, w lutym będzie 23. dzieci to najlepiej urodzić do 28. roku życia, potem tylko będzie gorzej.
ja *nieśmiało, choć wiem, że ta dyskusja nie ma sensu*: ale my nawet nie myślimy jeszcze o zamieszkaniu razem..
g: TO PANI JESZCZE Z RODZICAMI MIESZKA?
ja: yyyy...
g: <tutaj nastąpił długi wykład o pokoleniu dzieci, które mieszkają do czterdziestki u rodziców. nie chciałam mojej lekarce wytykać błędów, jakie powtórzyła pewnie za jakimś portalem czy wiadomościami w radiu. wiecie, nie to, że się lansuję, ale mimo wszystko mam dyplom z socjologii i wiem nieco więcej o tym zjawisku.>
ja: *z szuraniem zbieram się z krzesła i zabieram się receptę, bełkocząc jakieś pożegnanie*

Niby zwyczajna sytuacja, zdarza się każdemu, ale ja się wkurzyłam niemożebnie. Nie wytrzymałam krytyki moich życiowych wyborów ze strony lekarza. Poczułam się jak narzędzie, gdy ta kobieta poinformowała mnie o przydatności użycia mojego układu rozrodczego. Nie cierpię komentowania faktu mieszkania z rodzicami - a nie będę się każdemu z osobna tłumaczyć, że po prostu nas nie stać na moją wyprowadzkę z domu (jeśli komuś to umknęło - mieszkamy w Warszawie). A co mnie doprowadza do wrzenia i piany na ustach, to pytania o ślub. No serio, czy to naprawdę powinno być moim życiowym priorytetem - znaleźć i usidlić frajera, który mnie zapłodni? Nie jestem przeciwniczką instytucji małżeństwa - bywam nawet jego fanką, ale 8 miesięcy związku to dla mnie okres pozwalający na rozmowy na poziomie nieprawdopodobnego gdybania.

Jakaś puenta z tego będzie? Zobaczymy. Gdy wyszłam z gabinetu to byłam tak wściekła, że chciałam od razu zmienić lekarza. Teraz na chłodno nadal myślę, że warto zmienić lekarza - ten urzęduje w przychodni, która jest dla mnie za daleko, a mogę chodzić do takiej, która jest po drugiej stronie ulicy od mojej pracy. Nie wiem tylko, czy nie trafię gorzej.







Hopsia, za chwilę będzie trochę moich osobistych żali, a póki co szybkie ogłoszenie o niezwykle apetycznym rozdaniu.



Tutaj znajdziecie więcej informacji o rozdaniu. Ja szczerze mówiąc nie mam wielkiego parcia na blendera, ale jestem na tyle zadowolona z mojego CosmoJajca, że chciałabym, aby każda dziewczyna miała swoje :D czy to cosmo, czy beauty blender czy inny różowy mutant. 


W końcu mam atak weny, więc dziś może w końcu wypocę coś sensownego.
Moje wymagania wobec tuszy do rzęs są dość paradoksalne. Jeśli chodzi o końcowy wygląd rzęs, to po prostu chcę, żeby było je widać ;) Nie mam szalonych pragnień w kwestii pogrubienia, wydłużenia czy też podkręcenia, bo moje rzęsy są z natury dość krótkie i proste i wiem, że za dużo nie da się z nimi zrobić.
Ale gdy przychodzi do trwałości tuszu... Klękajcie narody, tusz ma dzielnie wytrwać przynajmniej 10 godzin, jakie spędzam w podróży do pracy i samej pracy w klimatyzowanym pomieszczeniu. Mam szczęście, że udaje mi się unikać tuszy, które by się kruszyły, a pandowanie zależy od czynników zewnętrznych.

Yves Rocher nigdy nie kojarzyło mi się z kolorówką, więc byłam niemożebnie zaskoczona miniaturką tuszu zwiększającego objętość. Ma on wściekle różowe opakowanie:



Zdjęć samodzielnie wykonanych oczywiście nie mam, bo jest niemyślącą sierotą. Nie mam dowieść, że ten tusz jest po prostu zacny. Pogrubia i wydłuża rzęsy, nie skleja ich, nie robi owadzich nóżek (o dżizas, nienawidzę tego efektu, ble). Ale nie jest to efekt sztucznych czy też teatralnych rzęs. Po prostu są dobrze podkreślone :)
Co dla mnie ważne: jest szatańsko trwały. Wytrzymuje 14 godzin w nietkniętym stanie, a gdyby tego było mało - łatwo się zmywa.
Bardzo się polubiliśmy, ale mój wewnętrzny żyd nie pozwala  mi zapłacić za niego pełnej ceny 49 zł. Teraz jest w promocji po 35, cena jak najbardziej do przyjęcia. Myślę, że jeszcze do niego wrócę, ale na razie mam hoplum-pierdolum na punkcie maskary z Benefitu i nie spocznę, póki jej nie kupię. Ten tego...

Przy okazji chciałam się podzielić spostrzeżeniami dotyczącymi kilku kremów z YR. Co prawda zużywam na razie próbki, ale wiecie... :D

Ultra Confort krem odżywczy na dzień - ma zaskakująco gęstą, wręcz maślaną konsystencję. Dla mnie jest za gęsty, a skóra wcale nie była po użyciu "aksamitnie gładka". Na plus: podkład dobrze na nim wygląda, nie rolował się.

Krem na dobranoc z serii Culture Bio (co za kretyńska nazwa, wtf?) - na stronie napisali, że ten krem ma delikatny zapach pomarańczy. Nie wiem, jakie pomarańcze wąchali, bo ten krem najzwyczajniej w świecie śmierdzi. Też jest gęsty, ale trzeba przyznać, że ładnie regeneruje skórę. Gdyby doszło do niesamowitej koniunkcji planet, czyli jakimś cudem zostałabym bez kremu na noc, ten Culture Bio nie śmierdziałby i byłby w promocji, to może bym się skusiła. Najłatwiej z tego wszystkiego o promocję, a ja nie będę się śmierdziuchem katować tylko dlatego, że daje zadowalający efekt. No pasaran!






Zanim przejdę do Avonu, to się pożalę, że moje baby hair z okolic czoła weszły w bardzo irytującą fazę wystawania na wszelkie strony. I są jeszcze za krótkie, żeby je ujarzmić spinką czy opaską, więc czuję się tak: 




Tak, mam lekką skłonność do przesady, wiem :x

A teraz temat właściwy, czyli bezbarwny podkład z Avonu. Na początku idea bezbarwnego podkładu mnie zdziwiła, więc ograniczyłam się do stosowania go jako bazy pod właściwą tapetę. Ale w sytuacjach kryzysowych faktycznie się sprawdzał też jako podkład :D Co ten magix robi?

+ wyrównuje koloryt skóry 
+ matuje, ale nie jakoś zabójczo i trwale. tłuste cery będą potrzebować pudru, a mat jest z serii tych "glow" niż płaskich i maskopodobnych
+ ma filtr spf20. wielki plus, bo rzadko kiedy zwyczajne kosmetyki mają tak wysoki faktor. latem to oczywiście za mało, ale jak na moje wymagania zimą - w sam raz :)
+ jest świetną bazą pod podkład i bb, ale nie potrafię powiedzieć, na ile przedłuża ich trwałość, bo najzwyczajniej w świecie nie prowadzę tak drobiazgowych obserwacji. grunt, że inne mazidła lepiej się rozsmarowują i w ogóle ładniej wyglądają (nie ma jak argument na najwyższym merytorycznym poziomie :D)

Niech moją rekomendacją będzie fakt, że wykończyłam już 2 tubki tego specyfiku - a powtórzenie jakiegoś zakupu zdarza mi się bardzo rzadko ;) Zastrzegam jednocześnie, że nie jest to jakieś nie wiadomo jakie cudo, za które warto zapłacić pełną cenę, która wynosi coś ponad 40 zł. Każdy kosmetyk avonowski jest w promocji przynajmniej raz na 3 katalogi, warto zaczekać :)


ps. moja miłość do Benefitu znowu się umacnia. wczoraj bezceremonialnie wparadowałam do Sephory przed pracą i maznęłam się maskarą They're Real. przysięgam, po dwóch ruchach szczoteczką osiągnęłam lepszy efekt niż po starannym tuszowaniu innym specyfikiem. co prawda maskara wieczorem troszeczkę mnie spandowała, ale nie mam jej tego za złe - nie wiem, w jakiej kondycji był tester, no i wczoraj miałam 9-godzinną zmianę pełną wysiłku fizycznego. dodajmy do tego klimatyzację i mamy warunki krytyczne dla każdego kolorowego kosmetyku ;) 


Tak, pękłam i poddałam się manii olejowania. Sesę nabyłam jakoś we wrześniu i dziś ostatecznie się z nią rozprawiłam. Nie napiszę nic bardziej odkrywczego niż to, o czym piszą moje włosowo-pielęgnacyjne guru, czyli Anwen i Idalia. Mogę tylko potwierdzić kilka faktów ;)

- zapach jest specyficzny i w zależności od pory dnia/mojego samopoczucia/fazy księżyca Sesa mi śmierdziała, a w najlepszym wypadku dawała się znieść. na nieszczęście zapach czuć czasem po zmyciu, co było uciążliwe zwłaszcza dla mojego chłopaka.

- wzmacnia włosy i powoduje zagęszczenie czupryny. mimo wszystko zauważyłam, że włosy były lepiej nawilżone po oleju kokosowym. ostatecznie trudno mi jednak rozstrzygnąć, co było efektem sesy, a co kokosa.

Jeśli mam dokonać jakiegoś małego review, chyba będzie ono brzmiało tak: Sesa daje radę, ale nie wprawiła mnie w orgazmiczny zachwyt. Czas teraz wykończyć kokosa i zacznę się rozglądać za czymś innym.
Tak, nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała tego BB. I jak się okazało po teście - dużo bym straciła :D
Tyle się naczytałam o genialności Hot Pink i miałam sporo obaw. Na szczęście w tym wypadku okazało się, że to, co zachwala połowa internetu, mi też pasuje. Nie wiem na ile to kwestia jaja, które okiełznałam, przyjmuję więc, że razem tworzą zgrany duecik.
Za co polubiłam Hot Pink:
- Jest gęsty, więc nie zasycha szybko i można go dokładnie rozprowadzić.
- Kolor bardzo mi odpowiada (więc jeśli najdzie mnie na szukanie kolejnego BB, to będę mi łatwiej porównać kolory).
- Dobrze kryje, oczywiście jak na moje wymagania. Nie mam żadnych pryszczydeł, a przebarwienia potrądzikowe wystarczyło przyklepać dodatkową cienką warstwą kremu. Jak dla mnie efekt genialny, kiedyś gruba warstwa korektora z podkładem jedynie subtelnie zakrywały te kratery na moim obliczu. Więc nie wiem, jak Pink by działał, gdybym nadal miała takie srogie problemy ;)

Wad zasadniczo nie znalazłam, ale jest jedna rzecz, która mnie czasem lekko irytowała - Hot Pink jest dość, hmm, wilgotny. Nie wchłania się do matu, bliżej mu do czegoś, co niektóre dziewczyny nazywają "satyną". O ile na policzkach wyglądało to całkiem fajnie, to na moim kartoflanym nosie nie prezentowało się atrakcyjnie (czułam się jak jeden z tych ogromnych lustrzanych teleskopów, z tą różnicą, że one mają wklęsłe lustra :x ). Jednakowoż po przypudrowaniu wszystko wyglądało już dobrze.* I w ten oto sposób Hot Pink wylądował bardzo wysoko na mojej liście "mrr, jak tylko opłacę drugi semestr studiów, to cię zdobędę".


*uwielbiam o tym pisać, chociaż wiem, że niektórych może to wkurzać - szalala, wystarczy mi poranne przypudrowanie nosa i w ciągu dnia nie muszę robić poprawek, bo po prostu nie zaczynam się błyszczeć. czasem się zastanawiam, czy nie byłoby warto wystawić moim retinoidom pomnika albo chociaż przydrożnej kapliczki. alleluja.

Moje życie jest filmem, a czym byłby film bez postanowień noworocznych? Mam ich kilka:

1) Nie kupować kosmetyków tylko dlatego, że są w promocji - chyba, że naprawdę je zużyję i/lub nie wędrują do "magazynu". Zła jestem na siebie, że jeszcze w grudniu kupiłam dwa opakowania oliwki w żelu, bo były taniej XD No, ale na pewno je zużyję, bo żaden balsam mi nie pomaga, a oliwka tak :)

2) Nie kupować ciuchów "na pocieszenie", a tylko te, które są mi potrzebne. Powody są dwa: w pracy i tak mam swój uniform (dużo powiedziane), a do tego dokończę moją misję chudnięcia. Już teraz mam mnóstwo ciuchów o rozmiar za dużych, teraz nie ma co kupować, tylko czekać aż dobiję do celu i wtedy wymieniać garderobę :)

3) Właśnie - dobić do celu. Już poszło 15 kg*, ale na czas retinoidów odpuściłam sobie ścisłą dietę, żeby nie zwariować. W lutym kończę retinoidy, dieta wraca, do czerwca chcę się pozbyć ostatnich 10 kg. 2,5 kg na miesiąc to aż nazbyt rozsądny cel :) To chyba będzie najprostsze do wykonania z moich postanowień XD

4) Utrzymać reżim olejowania włosów. Od września katuję Sesę i olej kokosowy, są efekty, jest radość :D

5) Być zen - nawet gdy klienci wyładowują na mnie swoją złość.

6) Nie chodzić w trakcie przerwy w pracy na spacerek do Douglasa i Sephory - chociażby dlatego, że uniform z mojego sklepu też jest czarny i ludzie biorą mnie za ichniejszą konsultantkę ;)

7) Lepiej planować naukę i pisanie licencjatu, bo mam teraz tylko jeden fakultet - i nie tłumaczyć się przed samą sobą, że praca mi przeszkadza - praca tylko mnie męczy! :D






Wrócę do tego w grudniu i zobaczymy, co się udało zdziałać :)



*aż sama sobie biję brawo, gdy sobie uświadamiam, jak dałam czadu :D

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia