Na samym początku chciałabym podziękować za wszystkie przemiłe i pełne wsparcia komentarze do poprzedniego wpisu. Wypiłam w poniedziałek i wczoraj tyle wina, że wypłukałam całą złość na nieprzedłużoną umowę ;)
*i jak typowy Polaczek załatwiłam sobie L4 żeby nie iść na ostatnie dni. to takie złe i krętackie, wiem, ale jak mnie coś rozjuszy, to nie ma przebacz, zamieniam się we wredną do granic możliwości sucz*
Teraz odświeżam swoje CV i wysyłam je dalej w świat. Jedno wiem na pewno - nigdy więcej pracy w handlu! ;D
[chociaż ostatnio w pewnej drogerii - jednej z tych droższych - pomagałam kumpeli dobrać podkład. byłam lepiej zorientowana od 3 ekspedientek i to nie tylko w kwestii dobrania koloru, ale w ogóle w ofercie. przez grzeczność nie napiszę, o którą drogerię mi chodzi, ale możecie się domyślać - jedna z 3 dużych sieciówek, która jest w każdym centrum handlowym. kumpela jest podkładem zachwycona i myślę "hej, a może zostanę dziunią z drogerii?" to mi akurat wychodzi.]

Z okazji zostania bezrobotną pieprznęłam sobie właśnie błękit na pazurasy. Jest to Blue Shock z Avonu, był elementem letniej kolekcji w zeszłe wakacje. Cóż mogę o nim napisać?
Absolutnie kocham ten kolor. Jest taki elektryzujący i w ogóle mniam (chociaż na zdjęciu z fleszem wygląda trochę tandetnie). Ale to jedyna zaleta. Bo dla pełnego efektu potrzeba 3 warstw. A warstwy długo schną i łatwo coś odcisnąć albo robią się bąble. Albo smuży. Trwałość też mierna, zobaczymy jak teraz będzie się zachowywał z NailTekiem.
Mimo wszystko lubię go. W wakacje miałam bardzo dużo czasu na nałożenie tych 3 warstw, więc luz ;)
Nie jestem gołosłowna i pokazuję wam poszczególne warstwy. Tu jedna - wygląda jak żart, wiem.


A tu dwie.


A tu trzy. Jak widać, skórki mam pomalowane dookoła, później się tym zajmę, bo to delikatna robota :D


I uwaga, flesz, który dodaje blasku subtelnej tandety :D




Przy okazji chciałam wam pokazać pewien bublowaty zmywacz do pazurów. O co kaman? Bezacetonowy wzmacniający zmywacz do paznokci (oczywiście ma jakieś witaminy i inne sekretne składniki, mnie zawsze bawią te opisy zmywaczy - równie dobrze mogłyby zawierać łzy jednorożca). Zdjęcie pochodzi ze strony sprzedającej polskie kosmetyki w UK i jakże się zdziwiłam, że ten zmywacz kosztuje tam 2,60 funta. Dla porównania - w SuperPharmie osiąga zawrotny koszt 3,50 zł ;)



Bardzo dobrze zmywa zmywa dzikie warstwy lakieru i NailTeka, jakie mam na pazurach i nie wysusza ich. Czemu zatem piszę, że bublowaty? Otóż ta butelka o pojemności 100ml wystarczyła mi na dokładnie 8 zmyć. 7 poszło na kremowe lakiery, które dość łatwo się zmywają, a reszta (jak na moje oko z dobre 15-20ml) poszła na czerwień pokrytą jedną warstwą brokatowego topa. Trochę żal.
A zresztą popatrzcie, z czym sobie miał poradzić:



(czerwień to Sally Hansen, napiszę o niej niedługo, top to oczywista oczywistość :P)

Kobaltowych spodni na razie wam nie pokażę, wczoraj malowniczo się wywaliłam na świeżej warstwie lodośniegu i utytłałam je. I chyba jeszcze muszę schudnąć, lol. Moje kompleksy chwilowo mną rządzą. 

Cóż, jednak spędzę z wami więcej czasu. Zostałam wczoraj powiadomiona, że moja umowa nie zostanie przedłużona. Sprawdziła się zasada, że korporacjom bardziej opłaca się zatrudniać na 3 miesiące i pobieżnie przeszkolić, niż zainwestować w dobrego pracownika. Jestem rozgoryczona, bo powody tej decyzji jak dla mnie były wyssane z palca, a ja naprawdę lubiłam pracować w tym sklepie. Nie był to szczyt moich marzeń, ale hej, żyjemy w takim śmiesznym kraju, gdzie umowa o pracę, a nie na zlecenie, to luksus, a samodzielne zdobycie zatrudnienia bez wsparcia "pleców" graniczy z cudem. A ja właśnie miałam te dwie rzeczy.
Trudno, to oni tracą.

Uwaga, teraz będzie ironia: z blogerskiego obowiązku donoszę, że maskara 2000 calories z MF nie wytrzymuje płaczu i malowniczo spływa na policzki tworząc fantazyjne wzorki.
Apogeum prac - siedzę w robocie po 10 godzin dziennie, do domu wracam na autopilocie.
Spełniłam swoje marzenie i kupiłam kobaltowe spodnie. Jestem taka neonowa, lol.

Dla Stri - spirulina śmierdzi, ale tylko wtedy, gdy wsadza się nos do pojemnika. "Aromat" nie rozprzestrzenia się jak szalony po całym domu i okolicach. A barwa - przepiękna, butelkowa zieleń.
Na skutek przedziwnego zbiegu okoliczności spędzam kolejny wieczór w domu, spoko. Ze złości na rzeczony zbieg zrobiłam sobie gin z tonikiem (właściwie gin zakropiony lekko tonikiem, ale ciii) i odkurzyłam moje domostwo. Czułam się trochę jak Bree Van De Kamp - wbrew pozorom jestem do niej bardzo podobna (ten kolor włosów! chryste!).
A teraz przybywam, by opowiedzieć o szamponie z serii CHI Organics. Kilka dni temu średnio pochlebną recenzję o nim napisała Anwen - zaraz się dowiecie, co ja o nim myślę (bo jak wiemy, moje zdanie jest najważniejsze, lol :P)

niezawodna grafika z google.pl
To jest chyba butelka 350 ml, ja miałam butelkę 50 ml z zestawu, o którym pisałam tutaj. 
I co wam mogę powiedzieć (w sensie napisać?)

Zasadniczych wad nie znalazłam - zapach polubiłam, jest taki orzeźwiający. Nie wiem jak ocenić wydajność - ta butelczyna wystarczyła mi na 7 użyć. Myję włosy co 3-4 dni, ale za to zawsze 2 razy i nigdy sobie nie żałuję szamponu. Może wyszłoby ósme użycie, gdybym nie lubiła sobie walnąć solidnej porcji szamponu na głowę ;) 
Dobra, no to zalety: fajnie się pieni - nawet jak na produkt pozbawiony tych wszystkich strasznych składników. Piana jest taka delikatna, mięciutka ^^" Dobrze zmywa oleje - Anwen pisała, że u niej pod tym względem się nie sprawdzał. Ja specjalnie walnęłam sobie na głowę wielgaśną porcję Vatiki, oleju kokosowego i arganowego - wszystko ładnie zeszło, a włosy jeszcze przed odżywką były wyraźnie pogrubione i nawilżone, a jednocześnie czyste (jeśli bawicie się w oleje - kto się nie bawi - to wiecie, o czym piszę). 

Nie wiem, czy bez odżywki włosy byłyby równie dobrze nawilżone, nie sprawdzałam tego. Odczuwam psychiczny dyskomfort i ontologiczne niebezpieczeństwo bez zastosowania tego specyfiku ;) Do kompletu używałam odżywki i maski z tej samej serii, o których na pewno napiszę w niedalekiej przyszłosci. Mogę też powiedzieć, że moje włosy lepiej się układają i wydają się być grubsze - nie mogę tego efektu przypisać tylko linii Organics, bo jak wspomniałam, przed myciem intensywnie olejuję moje kudełki, a po myciu robię z nimi jeszcze inne dziwne rzeczy ;)

Generalnie jestem bardzo zadowolona z tego szamponu. Jeśli tylko uda mi się spełnić dwa warunki, czyli wykorzystać zapasy, które już mam i nie uzupełniać ich innymi nowościami, to pewnie się skuszę na dużą butlę 350 ml. W Ambasadzie Piękna kosztuje 31 zł, cena w relacji do jakości jest odpowiednia.

---

Zaraz pierdyknę sobie na ryjek maseczkę ze spiruliny (trzeba korzystać z okazji, gdy nikogo nie ma w domu, bo zamieniam się w ogra - jestem zielona i śmierdzę) i naleję sobie jeszcze jeden gin. I poczytam wasze blogi - moje uzależnienie rośnie ^^"
Pierwszy dzień Shreda. Jeszcze nie wiem, czy to nie był błąd, bo a) wieczorem idę na łyżwy, a moje uda odmawiają współpracy, a poza tym b) nie potrafię robić pajacyków. Serio, skoordynowanie rąk z nogami idzie mi bardzo ciężko i na ogół robię na odwrót. 

-----------

Wprowadzam mały kącik kulturalny ;) Kapela zrobiła się w Polsce popularniejsza przy okazji wydania ostatniej płyty, ja ich tam słucham wiernie od 3 lat (haha, jakżeby inaczej). 





Wykończyłam kolejne mydło - zapraszam was do króciutkiej recenzyjki ^^"
(jakaś taka słodka dziś jestem, będę wszystko zdrabniać)

Opowiem wam o mydle Delikatny Peeling, która jeszcze teraz wprawia mnie w konsternację i ontologiczny zamęt.

Co sobie wyobrażacie, gdy słyszycie o tak nazwanym mydle? Ja widzę kostkę pełną jakichś wiórów, które mają mi pomóc zedrzeć naskórek. A tu buba, mydełko wygląda tak:

lawendowafarma.pl

Moje mydło było nieco bardziej żółte. I też było gładkie... I na tym nie koniec dziwów. Strona informuje nas, że 
Gęsta, obfita piana sprawia, że możesz  użyć tego mydełka do golenia twarzy lub nóg. Zapach miętowo-limetkowo-goździkowy odpowiedni zarówno dla Pań i Panów. Pozostawia gładką, czystą skórę. 
 Hm hm... Wiecie, ja się nie czepiam tak bardzo ale czemu mydło z peelingiem w nazwie ma służyć do golenia? Serio, nie będę mogła przez to dziś zasnąć. Co do piany - faktycznie dużo jej da się wytworzyć, ale tylko za pomocą gąbki lub myjki. Tak bez wspomagaczy to ciężko (o czym pewnie wiedzą norweskie narciarki), ale dla porównania mam inne mydło z Farmy, które całkiem zacnie pieni się samo... Na pewno nie jest to sztywna piana, która się dziarsko utrzyma na nogach (jak typowe pianki do golenia) i pomoże nam się pozbyć owłosienia, o nie. Zależy co kto lubi, ja tam potrafię się tylko ogolić przy ekstremalnej piance (biedny mój tata, który się zastanawiał, czemu ten gillette taki niewydajny...). 
A składzik tego mydełka jest następujący: oliwa, olej kokosowy, olej palmowy, olej rycynowy, masło shea, peeling ze skały wulkanicznej, olejki eteryczne: limetkowy, goździkowy i miętowy, wodorotlenek sodu.
Peelingu ze skały ja nie poczułam żadnego - chyba że pic polega na tym, że mydło potrzebuje czasu, żeby się rozochocić i dobrze ślizgać na skórze?


Zasadniczo nie jestem na nie: ma fajny zapach (nie czuć pieczonej ryby, jupi!), który spodoba się mężczyznom (mojemu przynajmniej się spodobał), dobrze czyści, nie wysusza - ale absolutnie nie spełnia funkcji, o których jest mowa na stronie (taaa, pewnie byłabym bardziej zadowolona, gdyby tych informacji tam nie było :D)


---

Zbieram się w sobie. Urbanek mnie zainspirował i biorę się za 30 day shred. Zaczęłam od zjedzenia niezdrowych przekąsek przy oglądaniu pierwszego poziomu i wzdychania "o mój boże". Ale naprawdę muszę się ogarnąć, moja jedyna aktywność fizyczna ograniczała się ostatnio do znikomych ilości seksu* i biegania po schodach (w domu i na uczelni). Nie ma, że na wiosnę wezmę się za siebie, ja już będę do wiosny przygotowana, a co!


*hm, ja nie mam problemu, żeby pisać o tych rzeczach, w końcu niczego bardzo pikantnego nie zdradzam. nie widzę, żeby ktoś się rumienił. 
Przy okazji moich ostatnich ebayowych zakupów dostałam dwie próbki i jakże popularną maskę Beauty Friends. Trafiła mi się wersja witaminowa. Niezawodny Asianstore powiedział mi przed chwilą, że jest to


Maseczka z zawartością witaminy E, która pomaga chronić skórę przed uszkodzeniami powodowanymi przez wolne rodniki. Delikatnie oczyszcza i nawilża.
Szczerze mówiąc, nie trafia do mnie idea tych maseczek z płachtą. Miałam trudności z dopasowaniem jej do twarzy, maseczka była po prostu za duża (czułam się trochę jak Hannibal Lecter...). No i żeby przyniosła jakikolwiek efekt, musiałabym stosować ją regularnie. A tu taka jednorazówka...  Muszę niemniej przyznać, że moja twarz po tej maseczce była tak nawilżona, że nie musiałam już używać kremu. Nie wiem niestety, czy poranne odświeżenie było jeszcze efektem maseczki czy już faktu, że mogę sobie ostatnio pozwolić na wysypianie się i z tego korzystam (9 godzin snu, mrrr!). Ja na pewno sobie nie kupię zapasu tych masek, ale jak dostanę znowu w gratisie, to się nie obrażę ;)
Moje kosmetyczne życie sponsoruje Ciasteczkowy Potwór i jego słynne "omnomnom". Ta wdzięczna onomatopeja najlepiej oddaje mój nastrój, gdy czytam blogi i natrafiam na coś godnego uwagi.
Dzisiejszy omnomnom to zasługa kilku rzeczy. Tak, mój umysł rozlazło-dygresyjny nie pozwala mi się skupić na tyle, by napisać jedną przyzwoitą recenzję :D

Nom #1
Mam pierdylion próbek różnorakich bb i zastanawiam się, jak ja mogłam bez nich żyć. Nawet minerały mi tak nie służą. Właśnie zużyłam próbkę Red Bean ze Skinfooda. I zobaczyłam, o co chodzi z tym różowym kolorem. Jestem w zasadzie ignorantką i do niedawna nie czaiłam, o co chodzi z tym "zbyt różowy, zbyt żółty, zbyt szary". Używałam już bb w prawie każdej "palecie" barw i wiecie co? W każdej mi dobrze xddd Chociaż jak tak się dłużej zastanowić, to Red Bean podkreślił moją bladość, ale w taki dobry sposób. I naprawdę dobrze nawilża! Jedyny feler, jakiego się doszukałam, to znikomy filterek w wysokości 20. Z takim czymś to ja mogę wyjść w pochmurną noc, a nie w dzień. /chciałam wam pokazać opakowanie kremu, ale na stronie Skinfooda nie ma Red Beana... więc jeśli jesteście choć ciutkę zainteresowane, to zapraszam na asianstore.
A z okazji urodzin zaryzykowałam i kupiłam sobie na ibejcu pełnowymiarowego Hot Pinka. Opłaciło się wyskoczyć z kasy i dorzucić dwa dolce do wysyłki ;) mój hocik przybył w mniej niż 2 tygodnie z dalekiej Korei i nie mogę się doczekać, aż się nim wypacykuję <3

Nom #2
Wspominałam, że studiuję zaocznie? A zjazdy trwają prawie 3 dni? Ciuchy zajmują mi akurat najmniej miejsca w plecaku, większy problem jest z kosmetykami. Woziłam namiętnie moje sypańce z EDM, ale ostatnio zbyt beztrosko otwierałam słoiczek i wysypałam dzikie ilości Liplocka. Wysypałam prosto na czarną bluzkę, trzeba dodać... Płakać nie płakałam, jestem na to już odrobinę za duża, ale olśniło mnie: Olcia, a może wrócisz do cieni prasowanych? Sprawiłam sobie ostatnio dwie jedynki z Essence (duży postronny omnomnom, taki #2,5) i jestem hepi, ale duże to i w ogóle ten teges...
Jak łatwo się domyślić, mój rozumek podsunął mi morderczą myśl potrzebujesz palety cieni. Wiecie co było później? Później były moje urodziny i 10% rabatu w Paatal. Doskonale wiecie, co zaraz napiszę :P
Tak, kupiłam sobie dwie palety ze Sleeka. Zdziwiłam się, że takie maleńkie, ale to dla mnie tylko lepiej. Zdecydowałam się na Oh So Special i Storm - przerażają mnie ciemne kolory ze Storma (bo jestem niezdara i malować się na ciemno nie umiem) i wszystkie maty (na moich małych kaprawych oczkach maty jakoś nieszczególnie się prezentują, no ale nie zawsze można się błyszczeć, nie?), ale reszta absolutnie mnie oczarowała. OMNOMNOM.

Dobra, miałam jeszcze materiału na 3 kolejne nomy, ale przypomniałam sobie właśnie, jaka zmęczona jestem po dzisiejszej dostawie i rearanżacji sklepu :D Idę się wyspać, spodziewajcie się jutro kolejnej dawki bzdur, która absolutnie nic nie wniesie w wasze życie ;D ;D ;D

Nikt mnie nie otagował, a przynajmniej ja o tym nie wiem, ale tag o 5 rzeczach, których wcale nie chcę mieć, absolutnie mnie oczarował. Tak więc przyłączam się i wytrwale dissuję, bo to akurat potrafię ;)

1) Absolutnie droga kolorówka
Oczy mi wyłażą na wierzch, gdy widzę ceny Maca. O ile podkład za 120 zł czy maskara za stówkę to jeszcze dość racjonalny wybór, to cienie za 60 zł i błyszczyki za 80 zł to dla mnie szaleństwo. Prawie każdy cień na bazie będzie się trzymał cały dzień (no, chyba że to jakieś absolutny chłam), a błyszczyki zjadają się ekspresowo. Jeśli decyduję się na drogi kosmetyk kolorowy, to tylko taki, którego jestem absolutnie pewna i raczej nie mam jak go zdublować (mój ukochany Watt's Up z Benefitu, omnomnom). Będę musiała ze sobą walczyć, bo ostatnio dorwałam się w Douglasie do wypiekanych cieni z Pupy. Są absolutnie przepiękne i przeboskie, lśnią jak miliony monet... I jeden cień kosztuje 56 zł. Ble. (nie twierdzę, że sama jestem taka oszczędna - mam ponad 20 cieni z EDM, ale żadnego nie kupiłam w normalnej cenie. takie pocieszenie xdd)

2) Absolutnie drogie lakiery
Dobra, ustaliłam sama ze sobą, że dobry podkład jest warty swojej ceny. Ale lakiery do paznokci? Sorki. Na moich teflonowych szponach tylko brokatowce dłużej wytrzymują, a chciałoby się wszystkie lakiery jakoś w terminie zużyć. A jeśli by trzeba było je wyrzucić, to żeby nie było smuteczku, że zapłaciłam za buteleczkę 60 zł i teraz buba, wyrzucam ją, bo lakier zgęstniał, ja go użyłam 4 razy, bo mam jeszcze inne. Ja się nie opierniczam, w mojej kolekcji lakierowej najdroższe są te z Avonu - kupione w promocji za 12 zł ;)

3) The Body Shop
Dobra, mam tylko bananową odżywkę (nie mogłam się powstrzymać, ten zapach jest jak narkotyk), ale mój zarzut dotyczy maseł i żeli. Ani razu nie natrafiłam na recenzję maseł TBS, która by wskazywała jakieś magiczne zdolności nawilżające tychże smarowideł. Zapaszek to miły bonus, ale w tej cenie moim zdaniem o wiele lepiej jest zainwestować w dermokosmetyki. Wydajne to i efektywne, a producent Cetaphilu powinien mi zacząć płacić za entuzjastyczne pianie na prawo i lewo ;)

4) Eko-sreko
Z TBS łączy się bezpośrednio ostatnia moda na bycie ekologicznym. Moje obiekcje tyczą tylko tych kosmetyków, gdzie nadużywa się terminu bio-eko-naturalny, a chemia wali po oczach w składzie jak bokser wagi ciężkiej. Nie dotyczy to co prawda Lusha, ale przez arcy-niewydajne mydła zniechęciłam się na amen do marki.

5) Żele The Original Source
Ostatni diss jak w tytule :P Naczytałam się tylu zachwytów nad zapachami, że stwierdziłam "hej, coś musi w tym być". I wiecie co? Od października regularnie wącham te żele i z 8 tylko dwa mi się podobają - ale nie na tyle, żeby je kupić. Nie pamiętam który, ale jeden pachnie mojito (takim z duuuużą ilością alkoholu), kilka jest zupełnie przeciętnych, a dwa mi śmierdzą. Aż powącham je wszystkie znowu i zanotuję sobie na gorąco moje przemyślenia.

Uff. od razu lepiej ^^"
Świat jest tak groteskowy i okrutny, że muszę go przefiltrować przez ironię, żeby jakoś przeżyć i nie zwariować.
Uwielbiam oglądać różne strony poświęcone wpadkom w makijażu, ubiorze - ogólnie w wyglądzie. Nie jest moim celem naśmiewanie się z ludzi ani poprawianie sobie humoru czyimś gorszym wyglądem*. To bardziej taka ciekawość świata.
Od kiedy pracuję w sklepie i widzę codziennie setki ludzi, to moja ciekawość zostaje zaspokojona w 150%. Najczęstsze przypadki to źle dobrany podkład/chamska solara oraz sklejone rzęsy.
Pal licho makijaż. Zły stan cery zależy od wielu czynników. Można zadbać i coś zrobić...
Ale wiecie, co mnie przyprawia o dreszcze?
Zniszczone włosy.

Siedzę sobie za koleżanką. Włosy do połowy pleców, farbowane na rudo.
Zniszczone że-ja-nie-mogę. Mam ochotę zaciągnąć ją do sklepu, wywalić jej maskę na włosy i kazać z nią siedzieć 2 dni. Potem wrzucić ją do oleju. Nasmarować jej włosy hydrolizowaną keratyną itd.
A i tak nie wiem, czy by pomogło.

Grr, co te blogi ze mną robią, patologia.
Wracam do zajęć. Uczę się pilnie, przysięgam.


*kiedyś już o tym pisałam, że zdarzało mi się to, ale dało efekt tylko dwa razy, a ja mimo wszystko nie jestem złym człowiekiem.
...wejść do drogerii i czegoś nie kupić (chociażby cień do powiek albo lakier). To chyba już się kwalifikuje do leczenia.
Pozdrawiam was prosto z zajęć i zapraszam do konkursu urodzinowego ^^"
Opis na stronie produktu jest tak wyczerpujący, że pozwolę sobie tylko skopiować najważniejsze fragmenty.


» Serum stanowi naturalną opcję łagodnego, a jednocześnie efektywnego specyfiku o działaniu oczyszczającym i normalizującym pracę gruczołów łojowych, bez wysuszenia, łuszczenia i podrażnienia. Może być stosowane jako uzupełnienie kuracji Tonikami z kwasami o intesywniejszym działaniu złuszczającym.
» Pomimo olejkowej formy, serum jest odpowiednie dla cery tłustej i trądzikowej. Oleje roślinne wchodzące w skład serum, charakteryzują się niską komedogennością i wręcz wspomagają oczyszczenie porów skóry. Aby zniwelować poczucie tłustości po aplikcji Serum, polecamy stosować je w formie Dwufazowego nawilżacza w komplecie z wybranym Żelem hialuronowym.
» Serum można bezpiecznie stosować także w okresie letnim, gdyż ze względu na bazę olejową, w porównaniu z tonikami z kwasami, Serum działa dużo łagodniej NIE powodując widocznego łuszczenia się skóry.
Serum-olejek LEMON:» Uzupełnia niedobory nienasyconych kwasów tłuszczowych w skórze (kwasu linolowego i gamma-linolenowego), niezbędnych do utrzymania zdrowej i odpowiednio nawilżonej skóry. Ich niedobór powoduje osłabienie bariery ochronnej skóry, stany zapalne, zwiększoną skłonność do zaskórników i wyprysków, spowolniony proces gojenia, częste podrażnienie, łuszczenie i zaczerwienienie skóry. » Reguluje pracę gruczołów łojowych, sprzyja oczyszczaniu porów skóry, redukuje ilość zaskórników i wyprysków. » Działa gojąco i przeciwzapalnie. Sprzyja gojeniu i redukcji zmian trądzikowych, także podskórnych, bolesnych wyprysków. » Wspomaga redukcję blizn i przebarwień potrądzikowych. » Zmniejsza zaczerwienienie i podrażnienie. » Działa antybakteryjnie, przeciwbrzybiczo i antyseptycznie. » Regeneruje i nawilża skórę zniszczoną złuszczającymi kuracjami przeciwtrądzikowymi.» Wykazuje również właściwości przeciwrodnikowe.

Ja właśnie wykańczam swoje serum, które nabyłam dawno dawno temu, jeszcze przed retinoidami. Kupiłam je głównie dla znormalizowania pracy gruczołów łojowych. I niby miało być ok dla mojej tłustej skóry... Cóż, nie do końca tak było.

Zgodnie z sugestią BU stosowałam je razem z żelem hialuronowym - trochę serum, trochę żelu i pach na twarz. Mieszanka schła mi na ryjku dobre kilkanaście minut.
Czy zauważyłam efekty, których się spodziewałam? Czyli opanowania wycieku łoju z każdego pora na mojej twarzy? Oczywiście nie. Nie winię za to bezpośrednio serum, po prostu w marcu i kwietniu sytuacja była tak katastrofalna, że dopiero retinoidy sobie poradziły. Na kilka miesięcy zapomniałam o serum, stało sobie grzecznie w lodówce, bo do października moja skóra tolerowała tylko nawilżanie, a nie chciałam jej przeciążać dodatkowymi mazidłami.
W listopadzie wróciłam do serum i teraz sobie dość udanie razem żyjemy.
Jeśli sięgniecie wyżej wzrokiem i przeczytacie o działaniu serum, to wszystko się zgadza od "wspomaga redukcję blizn" do "regeneruje i nawilża.." Okazało się, że świetnie działa u mnie właśnie przy innych potrzebach skóry.

Zmieniłam też sposób aplikacji - najpierw wmasowuję serum, po kilku minutach wilgotnymi dłońmi wsmarowuję żel hialuronowy. Po takiej dawce na ogół dodatkowy krem nie jest potrzebny.
Rano moja buzia jest wygładzona i napięta Widzę, że zmiany potrądzikowe regularnie się spłycają i bledną (nie wiem, na ile to zasługa serum, bo stosuję jeszcze inne kosmetyki w tym celu).

Konsystencja? Jak łatwo się domyślić, olejek ;) Ma żółty kolor (bardzo żółty) i zapach - nie zgadniecie - cytrynowy ;D Ale nie taki ostry, mnie się kojarzy z cytryną posypaną cukrem, którą dostawaliśmy na obozach, żeby uzupełnić zapasy witaminy C.

Podsumowując: serum lemon eko sprawdziło się u mnie przy pielęgnacji skóry "zajechanej" retinoidami. Nie zauważyłam, żeby miało właściwości regulujące kiedy tego oczekiwałam.

Teraz przymierzam się do kolejnego serum z BU, ale wybór jest ciężki, bo mam na oku aż 5, które teoretycznie spełnią moje potrzeby... No i Olgita w kropce :x
A wy korzystałyście z BU? Zadowolone? :)

Jutro przydarzy mi się tragedia, a mianowicie 23. urodziny. Czasu będę mieć mało, więc związany z tym smutnym wydarzeniem konkurs ogłaszam już dzisiaj ;)


Co można wygrać? Same popatrzcie:



  • cień EDM w odcieniu Dandelions, travel size
  • cień EDM w odcieniu Songbird, travel size
  • Biosilk 15 ml
  • mydło Cytrynowy Zmierzch z Lawendowej Farmy
  • pędzel do cieni Hakuro H79
  • olej do włosów Brahmi Amla 100 ml
Wyszłam z założenia, że nagrodą będą kosmetyki (i jeden pędzelek), które znam, lubię i stosuję. O cieniach i mydłach mogłyście już poczytać, jedwab i olej to taki must-have dla każdej z nas :)
Wszystkie kosmetyki są nowe, nieotwierane. Korci mnie co prawda, żeby sprawdzić zapach mydła, ale to już nie byłoby to samo ;)



Jak konkurs, to musi być i regulamin.


1) Organizatorem konkursu urodzinowego i fundatorem nagród jestem ja, Olgita, autorka bloga o-ironio.blogspot.com
2) W konkursie mogą wziąć udział osoby pełnoletnie, niepełnoletnie potrzebują zgody rodziców.
3) Aby wziąć udział w konkursie, należy spełnić podane niżej warunki i umieścić je w komentarzu pod tym postem. Warunki są następujące:
  • trzeba być publicznym obserwatorem bloga
  • należy podać swój nick obserwatora i mail (mail w formule login(at)poczta.com żeby chociaż minimalnie ochronić wasze dane)
  • należy odpowiedzieć na pytanie konkursowe, które brzmi "jaki był najgorszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałaś?"
4) Konkurs trwa od 15.02.2012 do 8.03.2012 do północy.
5) Zastrzegam sobie prawo do ogłoszenia wyników w ciągu 7 dni od daty zakończenia konkursu.
6) W komisji rozstrzygającej o wynikach konkursu jestem ja, autorka tego bloga i moje wykręcone poczucie humoru.
7) Po ogłoszeniu wyników wysyłam maila do zwyciężczyni z prośbą o podanie adresu, jeśli nie odezwie się w ciągu 48h, nagroda przypada osobie z II miejsca (którego nie ogłoszę wcześniej)
8) Nagrodę wysyłam na cały świat. A co!


Jako że dzielenie się jest jeszcze ważniejsze od dawania prezentów, zwyciężczyni konkursu może wskazać organizację pożytku publicznego, na której konto przekażę swój 1% z podatku. Pełną bazę OPP znajdziecie tutaj :) 

A teraz kilka dodatkowych słów co do regulaminu:
  • chciałabym, żeby odpowiedzi konkursowe były z kategorii tych złych-zabawnych. nie chodzi mi o wydobywanie jakichś traum czy prawdziwych świństw, jakie się wam przytrafiły ("jestem bezpłodna, a teściowa cały czas daje mi książki dla młodych matek"). jeśli to wy byłyście autorkami naprawdę beznadziejnego prezentu, też możecie o tym napisać. chodzi o to, żeby się pośmiać :)
  • konkurs ma też być formą podziękowania dla moich czytelniczek. nie zapisałam tego w regulaminie, ale jeśli będę miała trudności z rozstrzygnięciem konkursu, to prędzej przyznam zwycięstwo dotychczasowej obserwatorce.
  • jeśli uczestniczka ma bloga, to nie wymagam, żeby miała mnie w blogrollu albo dodawała notkę o konkursie. ale jeśli mnie ma (bo np. lubi mojego bloga, a ja o tym jeszcze nie wiem) to niech napisze o tym w komentarzu - to też będzie działało na plus przy ewentualnych trudnościach z wyborem.
  • nie mam absolutnie żadnych kryteriów, jeśli chodzi o wybór najgorszego prezentu. odpowiedzi będą widoczne, więc mam nadzieję, że zgodzicie się z moim werdyktem. jeśli ktoś się nie zgadza... cóż, to nie mój problem, nie? 
Zachęcam do zabawy i życzę powodzenia!

Z przerażeniem dotarłam dzisiaj do informacji, jakoby kosmetyki Isadory z Kissboxa miały być, elegancko mówiąc, nieświeże. Emocje trochę opadły i przyjrzałam się dokładnie moim nabytkom i oto co stwierdzam:
- mój błyszczyk kokosowy pachnie normalnie kokosem, nie jest rozwarstwiony ani zglucony.
- tusz zachowuje się przyzwoicie, na pewno nie był wcześniej otwierany ani tym bardziej używany, bo szczoteczka po pierwszym wyjęciu prawie nie nabrała tuszu, dopiero za drugim pociągnięciem nabrało się więcej. konsystencja taka, jakiej bym się spodziewała po nowym tuszu, nie śmierdzi, nie kruszy się.

Mam nadzieję, że sprawa szybko znajdzie swój finał i okaże się, że ta buba ze starymi datami to przypadek. A jak się "zachowują" wasze isadorki z kissboxa - jeśli macie?
Na szybko zdjęcie zrobione komórką:


Ja zrobiłam zwyczajowe "mniam mniam" na jego widok. Martwię się tylko kremem z kwasami, którego na pewno nie spróbuję do września...

Nie wiem kiedy dokładnie zaczął się szal na micele, ale nie wzgłębiałam się w temat po mocno traumatycznym doświadczeniu z ziajowym sopot spa. Porażka na pełnej linii, kto używał ten wie.
Potem naczytałam się dobrych recenzji miceli z Vichy i Biodermy, ale ceny mnie odstraszały od testów. aż trafiłam na kilka pochlebnych opinii o micelku z Perfecty. Zgadnijcie, co było później? Tak, później była promocja ;) I ten oto zbieg okoliczności doprowadził do dzisiejszej noty.

Z tego co pamiętam, płyn ten występuje w dwóch wersjach, ja wzięłam tą dla cery wrażliwej. Butelka jest wygodna i poręczna, ma 200 ml pojemności. Czy produkt jest wydajny? Ja używałam tego micela głównie do demakijażu oczu, rzadziej do reszty twarzy. Z oczami radził sobie świetnie, ale zaznaczam, że jakoś tak wyszło, że ani razu nie zmywałam nim mocnej kreski zrobionej eyelinerem, a tusze, których używam, dobrze zmywają się każdym produktem. Mogę więc zaryzykować stwierdzenie, że z żelowym czarnym inglotem by sobie nie poradził (skoro dwufazowa ziaja nie daje rady...).
Czemu rzadziej go używałam do czyszczenia twarzy? Nie wariowałam w grudniu za bardzo z podkładami, a jak w styczniu zaczęłam się szpachlować na całego, to podjęłam akcję wykończenia mleczka z Ziai, które mi zalega w łazience od września. O tym mleczku będzie osobna epopeja, jak może się z nim uporam w Boże Ciało. Podsumowując wydajność: 2,5 miesiąca to jak dla mnie bardzo dobry wynik - a biorę pod uwagę też to, że się nie cackam z dozowaniem produktu i hojną ręką robiłam spektakularne chlusty na wacik.

Skuteczność: micel bardzo dobrze radził sobie z demakijażem oczu, o czym już wspomniałam. Jest to o tyle dla mnie zabawne, że większość dziewczyn pisze, że nie używała miceli w tym celu, bo szczypią albo są za lekkie. No racja, na mocny ciemny makijaż trzeba wytoczyć solidne działa, a szczypanie też mi się zdarzało. Były takie akcje, że za bardzo nasączyłam wacik i za mocno go docisnęłam do oka. Nie wiem, co mnie wtedy dokładnie szczypało, pewnie płyn razem ze zmywanym makijażem - ale to były sporadyczne wypadki.
Zmywanie reszty tapety też szło zacnie.Ale czy ja wiem, czy naprawdę nakładam jej tak dużo...?
Podoba mi się też to, że po tym micelu moja skóra była dobrze oczyszczona i nawilżona. Oh yeah, kosmetyk, który spełnia obietnice producenta, co za ekstrawagancja! ;)

Cóż tu więcej pisać... Micelek do skóry wrażliwej z Perfecty dostaje ode mnie solidną piąteczkę. Świetnie działa, jest wydajny i tani. Teraz się biorę za Bourjois, jeśli nie skradnie mojego serca, to Perfecta zagości i mnie na dłuzej (omg, jak to zabrzmiało).


Korzystając z okazji podzielę się jedną wstydliwą rzeczą, jaka mnie dziś spotkała. Wstydliwe jest to o tyle, że świadczy o moim postępującym ubytku dobrej samooceny xddd Rano zamarudziłam, więc zabrakło zwyczajowej tapety, a potem sprawdzałam na zapleczu, czy mogę wyjść do ludzi. Ostre reflektory w sklepie nie znają litości... Jest to tak kretyńskie - ale może część z was mnie zrozumie. Stwierdziłam, że stan mojej cery pozostawia wiele do życzenia i korzystając z tego, że pracuję w centrum handlowym, poszłam do Rossmanna obok i najzwyczajniej w świecie użyłam testera podkładu, który mam w domu (po coś w końcu są te testery, nie?). Poczułam się lepiej - nie od tego, że po prostu się zaszpachlowałam, ale zredukowałam czerwień na mym licu do minimum i nie czułam się jak jakaś pensjonarka. Mam nadzieję, że odróżniacie te dwie rzeczy (i że nie zwątpiłyście we mnie :x)
Miałyście kiedyś podobną historię?

Pozdrawiam was ciepło!


Jeden z moich ulubionych blogów obchodzi trzecie urodziny! Z tej okazji autorka przygotowała mały konkurs. Więcej można przeczytać tutaj. Ja oczywiście biorę udział (bo czemu nie ;) i was też zapraszam.




Na górze dodałam nową zakładkę o wymianie i sprzedaży. Dobra, bardziej sprzedaży ;)
Mam jeszcze pytanie - czy którakolwiek z was byłaby zainteresowana odsypkami cieni EDM? Mam ich sporo, są mega wydajne i po prostu ich nie wykorzystam XDD Cóż, nie prowadzę działalności charytatywnej, więc brałabym za cienie małą opłatę, bo ja wiem, maksymalnie 2 zł?
Pozdrawiam cieplutko w niedzielne południe ^-^"
Pamiętacie ten wpis, gdzie pisałam o zakupowym potworze? (tak, z tym porównaniem to wzorowałam się na pewnym popularnym blogu, jeśli autorka kiedyś to odkryje - to był mój hołd, a nie zżyna! serio!).
We wtorek przyjechała do mnie kurierem wyziębiona na amen paczka pełna łakoci z Ambasady Piękna. Prawie wszystko mi zamarzło - co nie zamarzło, to już wiem, że alkohol i fuj fuj ;) (dobra, zbijam się)
Nie będę teraz pisać o wszystkim, co kupiłam, bo to nie ma sensu, skrobnę tylko szybko o tym, co już wpadło w moje łapska i/lub na moje włosy.

Na dobry początek opowiem o serii CHI Organics, bo na swój sposób niemożebnie mnie bawi. Oto opis serii z polskiej strony Farouk:


  • Linia Odżywcza Terapia Oliwkowa charakteryzuje się czystym zapachem, który zawiera olejek z palczatki cytrynowej. 
  • Mieszanka organicznych olejków składa się z bazylii, rumianku, geranium, palczatki cytrynowej, majeranku i mięty pieprzowej. 
  • Mieszanka naturalnych ekstraktów zawiera pokrzywę, tymianek, rzeżuchę i kozieradkę. 
  • Naturalny organiczny olej zawiera czystą oliwę z oliwek pochodzących z naturalnych plantacji oraz ziarno czarnego kminku i działający przeciwzapalnie olejek tamanu. 
  • Wyciąg z liści drzewa oliwnego, naturalna substancja przeciwutleniająca i antybakteryjna, zawiera 10% oleuropeiny, potężnej substancji fitoodżywczej.

Mam ostatnio dziwnego farta do jadalnych zapachów, więc oczywiście cała ta seria pachnie ziołowo-oliwowo. Według mnie dominuje majeranek z bazylią - zupełnie niespodziewanie się jakoś włosko zrobiło :D Mnie zapach nie odrzuca, ale też nie jest on tak cudowny, żebym się wwąchiwała jak w bananowe cuda z TBS. Trochę go potem czuć na włosach - myślę, że to może przeszkadzać dziewczynom, które są przyzwyczajone do włosów pachnących fiołkami czy czymś w ten deseń.


Odżywczy szampon oliwkowy
  • Oliwkowy szampon wolny od siarczanów i parabenu. 
  • Zawiera organiczne olejki eteryczne gwarantowanej jakości, naturalne oleje oraz specjalny zestaw ekstraktów. 
  • Odżywia, nawilża i chroni włosy. 
  • Zapewnia zbilansowaną pielęgnację włosów, dba o zachowanie ich koloru. 
  • Nałożyć niewielką ilość Odżywczego Szamponu Oliwkowego na mokre włosy i wmasować, aż powstanie rozkoszna, obfita piana. Dokładnie spłukać. Czynność można powtórzyć.

Szampon dobrze zmywa oleje - a przynajmniej z migdałową Vatiką póki co sobie radzi. Piany nie nazwałabym "rozkoszną", ale faktycznie jest obfita. Po dwukrotnym umyciu czułam, że są dobrze nawilżone, niepodatne na plątanie i pewnie obyłoby się bez odżywki, ale ja po prostu nie umiem nie nałożyć odżywki. Jest mi to całkowicie obce i wręcz nienaturalne (nawet jeśli potem ładuję na głowę inne specyfiki xdd). Póki co jestem zadowolona :)

Dobra, a co z odżywką?


  • Oliwkowa odżywka wolna od siarczanów i parabenu. 
  • Zawiera organiczne olejki eteryczne gwarantowanej jakości, naturalne oleje oraz specjalny zestaw ekstraktów. 
  • Zapewnia zbilansowane odżywienie, nawilża i chroni włosy. 
  • Zachowuje trwałość koloru. 
  • Eliminuje elektryzowanie się i ułatwia rozczesywanie. 
  • Po umyciu Odżywczym Szamponem Oliwkowym nałożyć sporą ilość Odżywki Oliwkowej i rozprowadzić równomiernie na włosach. Pozostawić 1 minutę, a następnie spłukać. 
Odżywka jest bardzo gęsta, ale mimo wszystko musiałam jej całkiem dużo nałożyć - dużo nawet jak na moje włosy (obecnie prawie-do-łopatek). Ale, mon dieu, jakie te włosy były potem szczęśliwe. Co prawda stosuję jeszcze inne preparaty, niemniej jestem przekonana, że ta odżywka dobrze zrobiła moim włosom.

Ostatni produkt to Odżywcza Regeneracja Oliwkowa (czyli nic innego jak maska)


  • Odżywcza Oliwkowa Kuracja Regenerująca nie zawiera parabenu. 
  • Zawiera organiczne olejki eteryczne z certyfikatem jakości, naturalne oleje i specjalny zestaw regenerujący. 
  • Odbudowuje suche i zniszczone, osłabione trwałą ondulacją lub farbowaniem włosy. 
  • Kuracja rekonstruuje, odnawia i odpowiednio nawilża włosy, które po jej zastosowaniu nabierają miękkości i świetlistego blasku. 
  • Stosowanie: po umyciu szamponem nanieś sporą ilość Oliwkowej Kuracji Regenerującej i rozprowadzić równomiernie na włosach. Zostawić na ok.3 minuty, po czym spłukać. Dla zwiększenia intensywności zabiegu, zostawić maskę na włosach przez ok. 15 minut. Można ogrzewać włosy suszarką lub zawinąć w gorący ręcznik. Spłukać.
Ja oczywiście zawinęłam sobie w ręcznik na pół godziny, podgrzewałam suszarką dobre dziesięć minut (na swój sposób próbuję sprawdzić, co jest w stanie obciażyć moje włosy. na razie chyba nic). I włosy znowu były szczęśliwe. Gładkie, mięciusie (nawet nie miękkie, tylko mięciusie), błyszczące. Wcześniej tylko błyszczały (no, może były fajne w dotyku... ale na pewno nie mięciusie. sorki, uwielbiam dźwięk tego słowa, więc gdy je piszę, to przy okazji je sobie mówię na głos. i miziam się po kudłach. tak, mam fajne rozrywki w sobotę wieczór, wiem).

Żel, sprej i olejek czekają na swoją kolej. Wypróbowałam jeszcze keratynę w mgiełce (tak, keratin mist :P ), która teoretycznie wchodzi w skład serii CHI Infra do włosów farbowanych. "Teoretycznie", bo jest pokazana w tej serii, ma taki sam kolorek, ale w nazwie nie ma "infra", więc cholera wi, jak to jest :x
Jest to typowa odżywka w spreju bez spłukiwania. I wiecie co... Chyba dzięki niej nie będę potrzebować faszerowania włosów samą keratyną. Ba, zdetronizowała moją ukochaną odżywkę z olejkiem arganowym. Jeszcze nie wiem, jak to z ochroną koloru u niej jest, ale doskonale sprawdza się przy suszeniu suszarką - zarówno jako ochrona przed temperaturą, jak i kosmetyk do stylizacji. Tych drugich prawie nie używam, bo  zawsze się boję, że nawalę sobie tego za dużo i skleję włosy na amen, albo w ogóle przeciążę włosy (w sensie wiecie, lubię te moje kudły i tak myślę że sroga maska z keratyną + odżywka bez spłukiwania + coś do psiuknięnia do ochrony przed temperaturą + coś do stylizacji = za dużo). A ta keratynowa mgiełka spełnia zadania wymienionych wcześniej czterech kosmetyków... <uwaga, zaraz rzygnę tęczą>

Coś jeszcze? CHI ma lakiery do paznokci - i to tanie jak barszcz. Miałam nie kupować, ale głupia jestem i jak widzę cenę 2,50 (tak, dobrze widzicie) to robię się jeszcze głupsza. Z kolorem totalnie nie trafiłam. Zamówiona pomarańczka okazała się być w rzeczywistości dziwnym koralem... Ja tego koloru nie potrafię określić, na zdjęciach nie udało mi się go złapać. Przywołam więc wspomnienia: gdy byłam w podstawówce, rodzice wysyłali mnie latem na kolonie nad morze (ja pieprzę, to było więcej niż 10 lat temu. przypomnijcie sobie, jakie żarówiaste kolory wtedy dominowały). Jak każda 11-letnia gówniara, która "wyrwała się" z domu na takie kolonie, dostawałam świra przy tych wszystkich wakacyjnych straganach, gdzie sprzedawano obrazki papieża w ramce z muszelek, ciupagi, chińskie wisiorki i piardyliard podobnego badziewia. A każda gówniara bardzo chciała być dorosła - farbowanie włosów było zbyt drastyczne, bo jednak kolonie kiedyś się kończą, a malowanie paznokci było w sam raz. Łatwo się tego pozbyć, nawet można ukryć 2 dni przed wychowawczynią kolonii (trololo) i w ogóle czad. Kupowało się wtedy na tych straganach takie lakiery za 2 czy 3 złote w najgorszych, najbardziej jaskrawych kolorach. I ten mój jaskrawy koral jest właśnie wypisz wymaluj godny gówniary z kolonii we Władysławowie...
Z tego miejsca ostrzegam was przed lakierem ceramicznym CHI, numerek 044, a nazwa jakże wymowna i pasująca do sytuacji - "Drama mama".
Pastwię się nad tym lakierem, hm, może potraktuję go jakimś topem... Ale kolor to nie wszystko. Bo lakier broni się trwałością.

O fak, właśnie przeczytałam info od Farouka - lakiery powstawały we wspołpracy z NASA.
Czekajcie, idę się jeszcze poturlać ze śmiechu.

Fakty są takie: dwie cienkie warstwy prześwitują, ale nie jakoś drastycznie. I NASA zrobiła dobrą robotę, bo lakier na moich teflonowych pazurach trzyma się trzeci dzień bez zarzutu - nie ma nawet obtartych końcówek, są tylko dwa maleńkie (trzeba wysilić wzrok) odpryski od zbyt energicznego otwierania butelek. Wybaczcie, nie sprawdzę, jak przetrwa w pracy, bo nie pójdę z tą żarówą do sklepu, gdzie będę gościnnie przez kilka dni XD

Dotrwałyście do końca? Biję wam brawo! :)



Jakimś cudem w zeszłym tygodniu nie było 14go dnia z Nail Tekiem. Wrzucam pro forma ;)



a tu dzień #21



Niezłe łopaty już sobie zapuściłam, niechybnie w weekend troszku je skrócę. 
Mydło jogurtowe cały czas pachnie pieczoną rybą. Na szczęście zapach na skórze nie zostaje ;)


Uwaga, szykuje się całkiem konkretna recenzja.
Mam ten krem już ponad miesiąc i myślę, że mogę go zrecenzować.

Co bierzemy na tapetę? Krem 1.3 faceguard z Fridge. Marka stała się szerzej znana po pierwszym kissboxie. Opakowanie po próbce peelingu pomarańczowego dawało zniżkę - kupiłam wtedy mamie na święta większe opakowanie. Można też było kupić voucher w cenie 250 zł o wartości 300 zł, z czego ochoczo skorzystałam.

Normalnie kremu chyba bym nie kupiła, gdybym akurat w grudniu nie miała dodatkowego zlecenia, cena jest odstraszająca - 197 zł. Dobra, ja tu narzekam, a czas na kilka obietnic ze strony internetowej ;)


KORZYŚCI: Silne wzmocnienie i ochrona
DOKŁADNY OPIS DZIAŁANIA: Krem miejski, który szczególnie choni przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Aktywizuje system naprawy skóry. Odblokowuje ją i przyspiesza naturalną regenerację. Dodatek olejku z rumianku rzymskiego i olejku różanego łagodzi podrażnienia i wzmacnia naczynia krwionośne. Przeznaczony także do cery szczególnie wrażliwej, ze skłonnością do rozszerzonych naczyń krwionośnych. Polecany również do skóry z problemem świecenia się. Krem zawiera naturalne filtry UV. 
SPOSÓB STOSOWANIA: Stosuj na dzień i na noc. Wsmaruj delikatnie w skórę twarzy, szyi i dekoltu. 
POLECANA DLA: skóry wymagającej szczególnej ochrony.

Cóż, moja skóra wołała o coś naprawdę odżywczego i mocnego - faza wysuszenia po retinoidach była już dawno za mną, a mocne nawilżenie, jakie dawał mi Cetaphil, nie było zbyt pożądane rano (akurat zaczynały się mrozy). I tak wylądował w moich łapskach Faceguard właśnie.

Buteleczka z kremem prezentuje się tak: 



To co dynda po lewej, to kryształek (podobno) Svarovskiego. Butelka jest z grubego, matowego szkła. Pompka działa bez zarzutu i ma blokadę. Bałam się, że będą problemy z wydobyciem resztek, ale sam krem jest na tyle rzadki, że grzecznie spływa, a i pompka jest odkręcana, jakby co będę grzebać ;) Fridge prowadzi zbiórkę zużytych opakowań (element programu lojalnościowego, gdzie za każde wydane 10 zł dostaje się kwiatek, a potem wymienia się rzeczone kwiatki na kosmetyki).


a tak wygląda tył. Na naklejce jest data produkcji i nazwisko osoby odpowiedzialnej za produkt - ja je tutaj jakże uroczo zasłoniłam :P A na dole jest skład, któremu też zrobiłam zdjęcie, po czym odkryłam, że jest on dostępny na stronie ;)
O konsystencji już wspomniałam, to dodam tylko tyle, że krem dobrze się rozsmarowuje i bardzo szybko wchłania. Zwłaszcza nałożony w mniejszej ilości po prostu wsiąka w skórę.
Zapach... Znowu róża. Róża damasceńska jest druga w składzie, więc to nie dziwi. Zapach jest naprawdę ciężki, ale chwilę po aplikacji znika. 
Cechą wszystkich produktów Fridge jest brak sztucznych składników, przez co mają krótki okres przydatności. Ale 2,5 miesiąca na stosowanie kremu rano i wieczorem to w sam raz, myślę :)
Patrzcie, zero tych wszystkich chemicznych świństw:



Ale przejdźmy już do meritum...
Działanie! 
1) Świetnie nawilża, na dzień jest w sam raz. Na noc nakładam jeszcze dodatkowe warstwy innych produktów, więc w sumie nie wiem, na ile radziłby sobie przez noc.
2) Dobrze współpracuje z podkładami w płynie, mineralnymi i bb kremami. Solo też dobrze wygląda - nie wchłania się co prawda do matu, ale daje taki fajny glow. 
3) Łagodzi podrażnienia i ochrania skórę. Nad tym nie ma co się roztkliwiać ;)
4) To jest bardzo subiektywne odczucie, ale moim zdaniem faktycznie pomaga cerze się zregenerować. Moje plamy i blizny po trądziku robią się coraz mniej widoczne, chociaż ostatnio z lenistwa nie stosowałam kosmetyków wybielających.
Nie wiem jak to jest z "naturalnymi filtrami UV", wysokość nie jest podana. Ale całkiem dobrze sobie radzą - od 2 tygodni mamy ostre zimowe słońce, a ja jestem tak samo blada jak byłam (dobra, nie spędzałam dużo czasu na zewnątrz, ale innych filtrów też nie stosowałam). 
Generalnie rzecz ujmując - jest to najlepszy krem, jaki kiedykolwiek miałam. Spełnia obietnice w 100% - ale zaznaczam, że wymagania moje skóry są dość specyficzne. Myślę, że dla cer bardzo tłustych będzie nieodpowiedni, bo nie matuje mocno, ale wszystkich alergików i wrażliwców będzie w sam raz.
Jedyny feler to ta nieszczęsna cena... Fridge często ma promocje (ostatnio była świąteczna, potem pod koniec stycznia, teraz jest walentynkowa), więc warto zapisać się na newsletter i czekać. Ja jestem absolutnie urzeczona, mam jeszcze trochę kasy z tego vouchera i pewnie zaopatrzę się w krem nawilżający, jak ten mi się skończy. Nie wiem co będzie potem ;)
...żeby mogło być prawdziwe.
Znowu zrobiłam zakupy w Lawendowej Farmie - niechybnie się nimi pochwalę - i jestem szczerze zdziwiona moim najnowszym nabytkiem.
Przerażona moimi ostatnimi skórnymi alergiami skusiłam się na mydełko jogurtowe, które ma najkrótszy skład świata, zero olejków eterycznych i jest właśnie przeznaczone dla takich jak ja*.
Odpakowałam je z folii, włazimy sobie pod prysznic... I wiecie co... To mydło pachnie skórką pieczonego łososia.
Ogólnie - pieczoną rybą. Taką smakowitą, więc zapach nie jest odrzucający...

Ale mimo wszystko... Nigdy nie miałam kosmetyku, który by pachniał takim jedzeniem xddd
Może jutro już nie będzie tak pachnieć - będę was informować :D

*zawsze myślałam, że chowamy się po jaskiniach, ale dzięki blogom wiem, że alergiczek jest więcej. na swój sposób mnie to pociesza... ;)
Chyba nadszedł czas, żeby wprowadzić kategorię "kosmetyki Yves Rocher, które podprowadziłam mojej mamie". Intensywnie odżywiający krem krem do rąk do nich należy.




Uwaga, opis ze strony producenta - jak zwykle pełen obietnic i badań z małą próbą, lol (dobra, nie wiem ile osób potrzeba do przetestowania kremu, ja tak chichoczę przez moje socjologiczne doświadczenia). 

Intensywnie odżywia dłonie, łagodzi uczucie ściągnięcia, chroni przed czynnikami zewnętrznymi.
Bogata i aksamitna konsystencja natychmiast otula dłonie czyniąc je delikatnymi. Nie pozostawia lepkich dłoni.  

Składnik aktywny 
Wyciąg z arniki bio o właściwościach ochronnych. 
Dodatkowe składniki: 
Sezam z Mali, wyselekcjonowany przez Naukowców Yves Rocher , z którego ziaren otrzymywany jest olejek znany ze swoich właściwości odżywiających skórę.  Olejek posiada certyfikat Bio.

Stosowanie 
Tak często jak to konieczne. Delikatnie wmasować aż do całkowitego wchłonięcia. 
Większą skuteczność działania kremu uzyskuje się nakładając go mniej ale regularnie.  Wmasowując krem należy zwracać szczególną uwagę na miejsca między palcami gdzie skóra jest sucha oraz na zgięcia. 

Testy:
96 % kobiet potwierdziło, że krem intensywnie odżywia skórę * 
*Test stosowania przeprowadzony na 26 kobietach.  


Potwierdzam - lepiej stosować go częściej w mniejszych ilościach, ale tą zasadę można zastosować przy każdym kremie. I jak nietrudno się domyślić, nie zauważyłam drastycznej różnicy w kondycji moich rąk - może byłaby lepsza, gdybym nie pracowała w sklepie :] Co dobrego mogę napisać o tym kremie?
Podoba mi się mała tubka - to tylko 50 ml. Lubię mieć małe kremy do rąk w torbie, są mniejsze, lżejsze i poręczniejsze. Na szczęście żaden debil nie dał zakrętki, tylko normalne, solidne zamknięcie na pstryk.
Tubka niestety jest dość twarda, więc ciężko jest wydobyć resztki kremu - co jest tym bardziej upierdliwe, że tubka jest przezroczysta i doskonale widać, ile tam jeszcze w środku siedzi. Wydajność jest przyzwoita, objętość ziarnka grochu u mnie wystarczała na pokrycie dłoni w taki sposób, żeby krem się szybciutko wchłonił bez filtra (co jest dla mnie szczególnie ważne w pracy, gdzie nie mogę mieć tłustych rąk).
Zapach. Niezbyt intensywny, ale mnie drażnił. Taka już najwidoczniej uroda kremów eko.
Cena - regularna to 17,90. Mnie ścięło z nóg, jak ją zobaczyłam. Teraz co prawda jest w promocji, ale sirjusli, ja za krem do rąk nigdy nie dałam więcej niż 5 zł. A żeby ten robił jakieś cuda...
Nie polecam, ale też nie odradzam ;)

Stay tuned, szykuję dla was niespodziankę :D

Wiecie co... Od 5 lat mam neostradę, ale wczoraj po raz pierwszy padłam jej ofiarą. Internet po prostu wziął i uciekł na 24 godziny. Bardzo długie godziny. Dziś miał wrócić o 12, więc siedziałam jak debil i nerwowo wciskałam f5 xdd Nie macie pojęcia, jak się ucieszyłam, gdy avast mi oświadczył, że baza wirusów została zaktualizowana - niczym gwiazda betlejemska albo coś... Tyle stresu, uff. Ale o czym ja tu miałam napisać...

Od kiedy "wpadłam" w blogi, bardzo trudno jest mi się powstrzymać przed kupnem jakiegoś polecanego kosmetyku. Co prawda kilka z nich dla mnie okazało się bublami, ale ten lakier... Hmmm...
Jak tylko przez blogosferę przelecoał hype na brokatowe lakiery z Sensique, to przez miesiąc twardo się trzymałam i nie kupiłam żadnego, chociaż czerwienie kusiły. Ale jak przeczytałam znowu nie wiem na którym blogu, że numerek 215 nie ma chamskiego wielkiego brokatu, tylko drobinki, to nie minęły nawet 24 godziny, a Gingerbread Glace wylądował kolejno w koszyku, a potem na moich paznokciach.



Tak, specjalnie dodałam to drugie zdjęcie. Tyle jest drobinek, że aparat za cholerę nie mógł złapać ostrości ;)
Przy okazji podzielę się moim odkryciem - takim trochę z dupy, ale co tam. Zauważyłam dziś, że na buteleczkach Nail Teka jest podziałka co 1/4 zawartości. Jestem absolutnie tym oczarowana, takie proste, a tak ułatwia życie ;)

Oberwałam pierwszym tagiem. Serio, wzruszyłam się. Skrobię tu od 3 miesięcy, mam już 31 obserwatorek, feedback jest pozytywny. A dostałam taga Łowczyni.






 ZASADY:
1. Wklej banner na swojego bloga!
2. Napisz, kto Cię oTAGował. 
3. Przekaż TAG kolejnym Bloggerkom.
4.Pokaż na Twoim blogu, co w ostatnim czasie* "złowiłaś" w sklepie 
(ciuchy lub kosmetyki), post możesz wzbogacić o zdjęcia !
Mile widziane przybliżone ceny towarów :)
*Okres od jednego tygodnia do trzech tygodni :).





Otagowała mnie Anwen, za co serdecznie dziękuję :)


Cóż tu dużo pisać, mam ostatnio odwyk. No dobra, średnio mi wychodzi, ale jest progres.


1) Dabur Vatika, Migdałowy olejek do włosów. Dostałam go od przyjaciółki, która nie zapałała wielką miłością do olejowania. Nie będę jej na siłę przecież przekonywać, a ja zrobię z olejku lepszy użytek ;)


2) Miss Sporty, Clubbing Colours, lakier nr 320. Można się zżymać, że lakiery z tej serii są kiepskie, ale z mojego doświadczenia wynika, że wszystko zależy od partii. Miałam już czerwony i różowy lakier - spisywały się świetnie. Mam żółty, jest kiepski. Numerek 320 to przecudny jasny kobalt. Wrzuciłabym zdjęcie z gugla, ale nie, zaczekam i zrobię własne fotki, ten kobalcik jest tego wart. A, i był w promocji, więc kosztował mniej niż 5 zł.


3) Bourjois, podkład Healthy Mix, odcień 51. Faktycznie pachnie owocowo, ale tylko w momencie aplikacji. To mój drugi w życiu podkład, a jeśli moja skóra nie zwariuje, to pewnie nie będę szukać innego (bo bb kremy to osobna historia). To chyba moja jedyna prawdziwa zdobycz ostatnich tygodni - akurat chciałam go kupić i zaczęła się promocja w Rossmanie XD Kosztował 48 albo 49 zł. 


4) Połów trochę przeterminowany, bo z grudnia zeszłego roku, ale chyba jeszcze się liczy. Rozświetlacz Watt's Up z Benefitu. Jest genialny. W polskich Sephorach trudno go capnąć, a ja tak go wzięłam trochę przez przypadek w trakcie 30% promocji. 






Taguję Stri-lingę prowadzącą tego bloga :)
W związku z wziętą wczoraj ostatnią dawką Izoteku chcę zrobić krótki przegląd balsamów do ust, jakie przetestowałam mimo woli ;) Retinoidy "wysuszają" nie tylko twarz i włosy*, co akurat polubiłam, ofiarą padają też usta.

Odyseję zacznę od małego zdissowania Carmexu. Gdy tylko usta zaczęły przypominać wiórki kokosowe, pełna pozytywnych wrażeń przed-retinoidowych po wiśniowej** tubce uzbroiłam się jeszcze w sztyft i słoiczek. Odkryłam o co chodzi z tym carmexowym smrodkiem - dla mnie do przejścia. Ale to charakterystyczne chłodzenie... Nie, to był bardzo zły pomysł.
Żeby było jasne - nie mówię, że to złe produkty. Po prostu nie służyły mi przy moich problemach z ustami, jakie miałam. Do tubki na pewno wrócę za jakiś czas, do sztyftu może też, ale słoiczek...

I tutaj pojawia się na scenie Różany Balsam do Ust z Balm Balm. Balsam ten sprawił, że serdecznie znienawidziłam wszystkie produkty do ust w słoiczkach, gdzie trzeba grzebać palcem (Carmex też na tym ucierpiał, oddałam go mamie). Ja swój kupiłam w listopadzie na helfy.pl, kosztował wtedy 15 zł. Teraz widzę, że kosztuje już 18. Na lilinatura.pl jest za 17.90. W sumie nie potrafię wam powiedzieć, czemu go kupiłam.
A wiem. Na moim ulubionym blogu poświęconym kosmetykom mineralnym*** była recenzja kremu Balm Balm. Tyle było zachwytu nad kremem, że stwierdziłam "hej, balsam do ust też musi być świetny". Mało romantyczna historia. Już wtedy wiedziałam, że słoiczki mnie wkurzają, a mimo wszystko nie wzięłam wersji w tubce. Dziwnym nie jest.
W słoiczku dostajemy 7 ml twardego jak diabli balsamu. Śmiem twierdzić, że jest twardszy od Carmexu. Wylądował przy komputerze, bo odkręcanie, grzebanie i aplikowanie w terenie doprowadziłoby mnie niechybnie do białej gorączki. Zwłaszcza, że przy tej twardości balsamu trzeba było nieźle się namachać, żeby go rozgrzać.

O mamo, sory, teraz będzie intermission - dostałam taga od Anwen. Dziękuję! Ile radości! :D

Back to balm... Jak wspominałam, wzięłam wersję różano-geraniową. Znowu nie mam pojęcia, czemu nie bezzapachową. Jak to w kosmetykach naturalnych, nie jest to słodki kwiatowy zapaszek, tylko ciężki obezwładniający opar jak ze szklarni. Ale w sumie nie taki zły... Jak będę starą panną z 3 kotami, to na pewno pokocham takie aromaty.

Ja tu pitu-pitu o niepraktycznym słoiku, a co z działaniem? Zaznaczam jeszcze raz, że miałam bardzo wysokie wymagania wobec tego specyfiku.
Zawsze nakładałam grubą warstwę. Pod wpływem ciepła balsam robi się oleisty i na ustach ląduje tłusta powłoczka - szminki na to nie da się nałożyć, sprawdzałam. Bogu dzięki ta najbardziej tłusta faza szybko przemija i mamy przyzwoicie nawilżone usta.
Nawilżone jak na retinoidy, oczywiście.
W grudniu przełożyłam balsam do sztyftu po pomadce Bebe i korzystanie stało się już przyjemniejsze.

Czy polecam...? Zależy, jakie kto ma fanaberie. Wysoka cena, trudności z dostępem (nie wiem, czy są dostępne w sklepach stacjonarnych). Ale jeśli ktoś lubi słoiczki i nie ma takich wymagań jak ja, to nie zaszkodzi ;)


*odnoszę wrażenie, że łatwiej jest nawilżyć włosy, niż je odtłuścić. przynajmniej w moim wypadku
**czemu nigdzie nie ma truskawki? :(
***bloga albo nie ma, albo zmienił adres o czym ja nie wiem. co się dzieje z Cathy, wie ktoś?
O patrzcie, co znalazłam dokładnie 5 minut temu w swojej skrzynce: newsletter z Douglasa.

Nie będę wrzucać skrinów, ale patrzcie, gdzie mnie linki poprowadziły: klikajcie tutaj ;)

Za 40 zł dostajemy dwa pełnowymiarowe produkty - i w dodatku wiemy jakie. Błyszczyk z BeYu i lakier z Max Factor. 3 mini produkty są niespodzianką.
Moje podniecenie trwało dokładnie 30 sekund - tyle czasu zajęła mi analiza oferty - błyszczyków używam baaardzo rzadko, lakierów mam i tak za dużo, a wysyłka kosztuje 13,50 zł, więc za Box wychodzi 53,50.
Edycja jest limitowana, więc w sumie nie wiem, czy to taki jednorazowy wybryk, czy może chcą sprawdzić, jak to w Polsce wyjdzie. Zobaczymy.
Wzięłam się za ciemne cienie. To jest New Leaf. Przyznaję się bez bicia - nie użyłam go ani razu. Mam zielone oczy, więc na całą powiekę go sobie nie pacnę, a do modelowania powieki używałam innych kolorów. Chyba trochę się go boję...

Tak wygląda wg producenta:



...czyli zielony szmaragdzik. Przypomina mi kolor jeziora pod Szczecinem, gdzie często jeździliśmy na spacery. Wspominałam, że mieszkałam w Szczecinie dawno, dawno temu? ;)

A to moje zdjęcia. Przyznaję się, że trochę przy nich majstrowałam, żeby lepiej uwidocznić kolor. Klasycznie: po lewej bez bazy, po prawej na bazie. Troszkę mi się mazło poza bazę, możecie więc podziwiać, jak ten cień zmienia kolor w miarę rozcierania.



A tutaj w słońcu - wychyliłam korpus za drzwi na ten pierdylion stopni mrozu, proszę o docenienie mojego poświęcenia :D



Jak widać, roztarty wpada w brudną zieleń podchodzącą pod brąz. New Leaf ma błyszczące wykończenie, co widać po tych drobinkach, zwłaszcza na ostatnim zdjęciu :)

Poniedziałek sponsoruje Jackie Chan:


Minus pierdylion stopni, sesja w pełni, ja chora na galopujące suchoty, zamknięcie i pakowanie sklepu, w którym pracuję... Wczoraj przerzuciłam - nie żartuję - tonę towaru. Z okazji pogody i wysiłku, jaki mnie ostatnio trapi, porzuciłam w cholerę wszelki makijaż, smaruję się tłustymi kremami ochronnymi* i przybywam, by opowiedzieć o kilku bzdurkach.

Bzdurka #1
Jestem już w 100% pewna, że kupony promocyjne z SP są dobierane na podstawie moich ostatnich zakupów.  Na 12 ostatnich kuponów, 11 się powtórzyło (2 są już trzeci raz). Z tych 11 aż 9 dotyczy produktów, które już kupiłam - a nie są to jakieś super okazje, żeby się rzucać i znowu kupować balsam z AA czy antyperspirant Garniera. Ale po raz kolejny micel z Vichy mam przeceniony z 44 na 21 zł.Nie wiem, chyba zacznę je skupować i odsprzedawać na allegro XDD Albo jeśli któraś z was mieszka w Warszawie, nie ma karty LifeStyle i chce ten micel, to niech da znać, spotkamy się na kawie czy coś ;D (mam nadzieję, że nie zabrzmiałam jak kiepski alfons, lol)

Bzdurka #2
Na początku stycznia dopadłam wpis jednej blogerki (znowu nie wiem której, muszę zacząć sobie zapisywać takie rzeczy, żeby potem je uhonorować) o odżywce Jantar. Napisała, że w ciągu 3 tygodni smarowania skalpu tymże kosmetykiem włosy jej urosły o 2 cm. Mon dieu, od razu napaliłam się na Jantara jak marynarz wracający do portu. Po miesiącu stosowania nie potrafię powiedzieć, czy moje kudły też urosły 2 cm, ale wiem jedno - musiałam pofarbować odrosty 3 tygodnie szybciej niż zazwyczaj. Jest progres!

Bzdurka #3
Protip dla Warszawianek: jest taka mała sieć aptek, nazywa się Aptekarz Warszawski. Mają 4 stacjonarne apteki w bardzo dobrych lokalizacjach. No bo czy róg Kruczej i Jerozolimskich, na skos od Smyka, to zły adres? ;) Czemu piszę o tych aptekach - wierzcie mi, za darmo? Mają osobny dział dermokosmetyków - taki na poważnie, osobna kasa, osobna farmaceutka, która wie co sprzedaje. A najważniejsze - zachwycające ceny. Dobra, może po prostu miałam farta, ale Cetaphil jest tam o 7-8 zł tańszy niż w innych aptekach. Ostatnio za Cetaphil do mycia zapłaciłam tam 38 zł z groszami, w SuperPharmie kosztuje coś koło 45. A że zużywam tego w horrendalnych ilościach, to tak, podchodzę ten jeden przystanek od stacji metra ;) Zauważyłam też, że normalne leki też są tam tańsze. W innych sklepach za swoje tabletki antykoncepcyjne płaciłam ponad 40 zł, a tutaj 37**. Przy najbliższej okazji sprawdzę, jak wygląda sytuacja z innymi lekami i was powiadomię :)

Dobra, idę dalej przeżywać moje rozbicie.



*w sumie ta zima utrzymuje mnie w nieustannym dysonansie poznawczym - przez ostre słońce odruchowo sięgam po swój filtr 50+ a chwilę potem mam zwiechę z serii "kurde, zimno..." i nie wiem co robić.
** można się zżymać, że 3-5 zł na opakowaniu to niewielka różnica, ale antykoncepty bierze się cały czas, więc nawet te 3 zł w skali roku robią mi różnicę ;)
Pamiętacie, jak pisałam o dziwnych zakupach mojej mamy? Nie mam pojęcia, co się u niej pod kopułą dzieje, że potrafi pójść do Sephory i kupić sobie tam tytułową maskę do włosów farbowanych marki Fekkai.
Dlaczego jest to dziwne? Otóż Frederic Fekkai to francuski fryzjer gwiazd, który stworzył własną linię kosmetyków (tak, dowiedziałam się tego z wizażu), więc wszystko jest takie "ę-ą". Maska, o której piszę, kosztuje około 150 zł, ale ufam w zdrowy rozsądek mojej rodzicielki, że skorzystała z jakiejś promocji.

Z wizażowego KWC można się również dowiedzieć, że maska ta ma średnią ocen 4.25, ale ocen jest rzecz jasna mało ;)
Dobra, koniec tego bitchin' around, bo chociaż cena powoduje u mnie taką reakcję:


to oczywiście maskę mamie podbierałam. I co wam mogę napisać? Och, chyba zrobię to nawet w miarę profesjonalnie :D

Opakowanie: ciężki, gruby plastik udający szkło. Wytrzymuje upadki, napisy nie ścierają się.
Zapach: ładny, trochę kwiatowy. Nie czuć chemii!
Konsystencja i kolor: zacznę od koloru, który kojarzy mi się z takim różem pupy niemowlaka. Wiem, dziwnie to brzmi, ale myślę, że jak w pracowniach figur woskowych mają roztopiony wosk przeznaczony na skórę, to pewnie tak wygląda XD A konsystencja... Hm, taki niedokładnie rozrobiony, ale już przestudzony budyń. Wygląda, jakby miał grudki, ale oczywiście ich nie ma - magia. Aplikacja była przyjemna, chociaż jestem przyzwyczajona do nieco bardziej gęstych masek.

Producent zaleca stosować to nasze cudo na 3 minuty - ja tam oczywiście trzymałam ją dłużej.

I teraz najważniejsze... Czy maska była warta tych wszystkich pieniędzy?

+ jest wydajna. wiadomo, masek nie używa się codziennie, ale u mnie regularnie korzystały z niej dwie osoby: moja mama ze swoimi piórkami udającymi włosy i ja z sierścią godną merynosa przed strzyżeniem. ja zawsze używałam jej po farbowaniu zamiast odżywek dodanych do farby i potem co tydzień dla ochrony koloru, nie wiem jak z mamą - a te 200 g (nie wiem jak to przełożyć na ml) i tak wystarczyło nam na 1,5 roku. hell yeah.
+ efekty: ja tam z farbami się nie cackam i biorę te zwyczajne z drogerii (mmm, chemia!), więc łatwo o przesuszenie. a dzięki tej masce użytej tuż po farbowaniu moje włosy były tak mięciutkie, sypkie i odżywione, jakbym sobie wstrzykiwała skrzyp w skalp, a zamiast suszarki zastępy aniołów stały i wachlowały mnie skrzydłami. nie przesadzam.

Mogłabym jeszcze tak długo piać z zachwytu, ale na sam koniec mamy punch in the face w postaci ceny. Dla mnie 150 zł to zaporowy mur beton. Dobra, wydałam ostatnio więcej kasy na krem, ale potrzebowałam czegoś mega-ekstra-łał na mój zasuszony ryj, a maska do włosów to maska do włosów. Podobne efekty można osiągnąć regularną i dobrze dobraną pielęgnacją uzupełnioną przez protipy od Anwen (nie, wcale się nie podlizuję, serio, ta laska zmieniła całkowicie moje podejście do dbania o kudełki). 
Podsumowując: jeśli potrzebujecie porządnej maski do farbowanych włosów i dysponujecie dużymi środkami na spełnianie swoich kosmetycznych zachcianek, to polecam. Ale bez niej też przeżyjecie ;)


Blog Archive

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia