Każde miasteczko ma swoje wzgórze, a na wzgórzu jest zameczek.
Litr piwa można dostać za mniej niż euro.
Nie wypada przyjść do klubu przed 1 w nocy.
W łazienkach nie ma ogrzewania.

Właśnie się dowiedziałam, że w Warszawie pada śnieg. A ja dziś chodziłam w letniej sukience bez sweterka po Granadzie. Nie chcę wracać.

Ja wiem, wiem, było zapotrzebowanie na inne kolory. Ale ten zrobiłam jeszcze wczoraj, a dziś miałam Armageddon przedwyjazdowy. W sumie ja trzymam się nieźle, ale moja kumpela zaczyna świrować, a ja chorować. W sam raz na wakacje. Najs.
No to lecimy z tym koksem. Oto Starry Eyed z odwiecznym shimmerkiem według strony producenta.



Klasycznie na lewej bez bazy, shimmer eksploduje w słońcu. Po prawej na bazie Artdeco i lekko roztarty, więc shimmerek lekko się zgubił. Strona EDM twierdzi, że jest to głęboki brąz lśniący na srebrno. Co do brązu nie ma wątpliwości, to pojawiają się one przy tym srebrze. Ja tam widzę jeszcze niebieskie iskierki. A nawet różowe.




A teraz słoiczek...  


Pewnie coś wam świta w głowie. Pewnie coś się wam kojarzy. 


Ten pasek po prawej to nic innego jak słynny kameleon C'mon z Catrice. Nie mam pojęcia, czemu go kupiłam, zadziałała blogowa magia i silne wewnętrzne przekonanie, że moje życie będzie uboższe bez tego pudełeczka. Prawda jest taka, że kameleon mnie po prostu wkurza, bo nie mogę uzyskać tego zielonego połysku ;) 
No, ale nie o nim miało być. Jak widać, obydwa cienie rozcierają się na brąz, a nieroztarte błyszczą się ile wlezie. Catrice na zielono, EDM na srebrno-niebiesko-różowo-wszystko. Błagam, napiszcie, że widzicie jakąś paralelność, bo inaczej zwątpię w siebie. I w swoje oczy (w nie akurat dawno zwątpiłam, mam astygmatyzm, co uniemożliwia mi korzystanie z "uroków" kina 3D. no chyba że siedzę na środku trzeciego rzędu w Imaxie, wtedy jeszcze coś tam widzę). ale czemu w ogóle o tym piszę?!).

Jutro wieczorem startuję do Krakowa, we wtorek rano Ryanairem do Malagi, a potem do Granady. Żałuję, że z koleżanką pożałowałyśmy na Lot - wyszłoby z 200 zł drożej, ale leciałybyśmy z Warszawy (czyli z domu xdd) z normalnym bagażem. I te 200 zł akurat pewnie pójdzie na bilety kolejowe, kolejkę na lotnisko i żarcie w Krakowie. Nie mam pojęcia, jak spakować się na tydzień w 10kg walizkę, która jest niewiele większa od mojej codziennej wyjściowej torby :D W waszym imieniu wygrzeję poślady (chociaż do morza z Granady jest kawałek) i wypiję dużo sangrii. I postaram się nie szaleć na bezcłowym :x


Korzystając z faktu, że jestem bezrobotna, a wiosenne słońce jest takie piękne, wracam do akcji "słoczowania" moich wszystkich cieni z EDM. Zaraz popatrzycie sobie na Countryside o wykończeniu shimmerowym (tudzież lśniącym, ale lubię słówko "shimmer". może będę to spolszczać? szimer? "patrzcie, jak pięknie się szimeruje w słońcu!"). 
Według polskich dystrybutorów EDM cień wygląda tak:


i podobno jest to "piękny opalizujący brąz z lekkim odcieniem pomarańczu". 
A oto Countryside na moim ramieniu w wiosennym słońcu o godzinie 15. Po lewej bez bazy, po prawej stronie tradycyjnie na Artdeco (troszkę roztarłam poza bazę, żeby można sobie było wyobrazić, jak się blenduje). 


Jak widać, skubaniec tak lśni, że moja lustrzanka nie potrafi się skupić ;)


Całkiem przypomina ten obrazek od producenta, nie?
No, a teraz sam cień w pudełeczku. 
Nie potrafię do końca określić, na jaki kolor Countryside się lśni. To wykracza poza moje kompetencje poznawcze.




A tutaj nawet mam zdjęcia w makijażowej akcji - przez przypadek zapamiętałam, czego użyłam ;) Bohater dzisiejszego odcinka w roli brązu w załamaniu (chociaż bardziej to ja jestem w stanie załamania, gdy nie potrafię zrobić sobie cienkiej, ostro zakończonej kreski). 




Nie wiem jaką przyjąć dalszą kolejność słoczowania, więc podaję wam listę cieni. Piszcie, które was interesują ;) (jeżeli jakiekolwiek...) Literki obok oznaczają wykończenie: s - shimmer, p - pearl, m - matte. 

prettier in pink - p
mystic night - p
singular experience - s
wish you were here - s
prim & proper - p
scented candles - p
the coca road - s
hot chocolate - p
taj mahal - p
nutmeg - m
oasis - s
sunset voyage - s
frost bitten - p
little black dress - s
late checkout - p 


Oberwałam tym bardzo niebezpiecznym tagiem od przemiłej Italiany, która rozbuchała na nowo moje pragnienie robienia własnych kremów. Czemu uważam, że tag jest niebezpieczny? Bo idzie człowiek do własnych zbiorów, patrzy na te zalegające kosmetyki i myśli "hej, tego jeszcze nie mam!" i pokusa rośnie. Przydałby mi się jakiś maleńki odwyczek >.<"



Zasady:
1. Napisz kto Cię otagował i zamieść zasady.
2. Zamieść baner tagu i wymień 5 rzeczy, które znajdują się na Twojej liście kosmetycznych zakupów. Wymień rzeczy, które zamierzasz kupić bądź te, które chciałabyś mieć.
3. Staraj się myśleć kreatywnie i nie przepisywać odpowiedzi od innych.
4. Krótko wyjaśnij swój wybór. Możesz także wkleić zdjęcie każdego kosmetyku.
5. Zaproś do zabawy 5 lub więcej blogerek.


Czy dostanę po głowie za niezamieszczanie banera? ;)
Na samym początku muszę napisać, że ostatnio zrealizowałam większość swoich kosmetycznych zachcianek. Kupiłam burżujowego Healthy Mixa na lżejsze dni i Hot Pink na gorsze, mam te nieszczęsne sleekowe palety. Mam zapas 4 olejów do włosów i silne postanowienie, żeby nie dokupować do nich półproduktów z ZSK (chociaż kuszą, to moje kudełki średnio reagują na tuningowane maski i odżywki). Korzystając ze zniżki kupiłam jeszcze maskarę z Yves Rocher, o której już kiedyś tu pisałam, ale czeka na lepsze czasy, aż wykończę przynajmniej 2 z 4 otwartych aktualnie maskar :] 
No to lecim.

5. Pomarańczowy lakier do paznokci.
Taką mam zachciankę. I nie chcę, żeby to była pomarańczowa czerwień, jak avonowy Coral Reef, który już mam. Teraz w nowej wiosennej kolekcji pojawiło się coś o nazwie Orange Creamsicle i coś czuję, że to może być to.



4. Krem kokosowy z Fridge
Fridge wprowadził niedawno nowy krem przeznaczony do skóry suchej i wrażliwej. Przesuszona bardzo nie jestem, ale wrażliwa owszem ;) 

3. Innisfree Eco Natural Cover BB Cream


Zużyłam 3 próbki tego BB i jestem pewna, że chcę więcej. Nakładałam go palcami i efekt był olśniewający, aż się boję, co będzie, jak nałożę go jajcem. Ludziom wyżre oczy z tego piękna, gdy będą na mnie patrzeć :P Póki co mam dwa pełnowymiarowe BB, więc trzymam się twardo i kupię ten, gdy wykończę przynajmniej jeden z nich. Zastanawia mnie, czemu na ebayu jest taki duży rozrzut cen: na jednej aukcji kosztuje 55 zł, na drugiej 68, a na jeszcze kolejnej ceny dochodzą do 100 zł. Hm hm.

2. Benefit, They're real!


Jestem nieszczęśliwie zakochana w tej maskarze od grudnia zeszłego roku. Nawet nie przypuszczałam, że mam tyle rzęs x_X Nie wiem niestety jak z trwałością, używałam przecież zawsze testerów i to na ogół przed pójściem do pracy. Pamiętam, raz maznęłam się przed 9godzinną zmianą i niestety zauważyłam drobne osypywanie się. I tak jakby miała mieć dziadowską trwałość, to kupię XD

1. Cokolwiek innego z Benefitu/zamienniki 

Tak, moja nieszczęśliwa miłość w sumie rozprzestrzeniła się na cały Benefit. No ale kaman, nie będę płaciła 90 zł za jedną kredkę... Kuszą mnie te wszystkie inne rozświetlacze, zwłaszcza High Beam i Sun Beam. Boję się, że nauczę się w końcu posługiwać różami i zachoruję na Coralistę. Na szczęście znalazłam tańsze zamienniki z MeMeMe - o taki oto zestawik. 4 buteleczki w cenie jednej benefitowej. Szukam na razie recenzji, na wizażu nic nie ma :< 

A do zabawy zapraszam każdego, kto jeszcze taga nie dostał :)

Jak wspominałam - kupiły mi się dwa nowe lakiery z Sensique, a konkretnie to Sweet Violet (nr 270) i First Leaf (nr 268). Pojemność 7 ml, buteleczka, nakrętka i pędzelek są chyba identyczne z tymi z sylwestrowej brokatowej kolekcji (omg, ale się wkręciłam w blogi, kojarzę już limitowanki, hell yeah!).
Machnęłam na szybko dwa zdjęcia.
Pierwsze: bez flesza, światło słoneczne popołudniowe. Dwie warstwy Nail Teka, dwie cienkie warstwy lakieru, wysuszacz z Eveline.

Dziugnęłam palcem wskazującym w coś i stąd ubytek w lakierze, ale jestem zbyt leniwa, żeby zmyć lakier. Ja kiedyś zginę przez to lenistwo. Nie będzie mi się chciało zadzwonić na 112 czy coś. 

Drugie zdjęcie zasadniczo w tych samych warunkach oświetleniowych plus lampa błyskowa na trybie automatycznym ("mam lustrzankę i pretensje do bycia fotografem mody, ale i tak korzystam tylko z automatu"). 


Konsystencja: dziwna. Taka... kremowa. Wykończenie też na początku wygląda na kremowe, w słońcu można zobaczyć drobniutki shimmer. Jestem na tak <3

Wesoło kontynuuję wpisy o organicznych kosmetykach CHI, jakie nabyłam drogą kupna w styczniu. Szampon już dawno wykończyłam, teraz nadeszła pora na odżywkę, której pełna "fachowa" nazwa to CHI Organics Olive Nutrient Therapy Conditioner. Co możemy wyczytać o niej na Ambasadzie Piękna? Kursywką lecą zapewnienia Ambasady, ja będę dorzucać swoje 3 grosze.


Odżywka oliwkowa do wszystkich rodzajów włosów, zwłaszcza matowych.

Oliwkowa odżywka wolna od siarczanów i parabenu. (butelkę wyrzuciłam, skład był nadrukowanymi tak tyciusimi literami, że i tak bym nie zrobiła zdjęcia, ale potwierdzam, że tychże składników nie było)

Zawiera organiczne olejki eteryczne gwarantowanej jakości, naturalne oleje oraz specjalny zestaw ekstraktów. No niechby tylko spróbowali mi dać niegwarantowaną jakość, lol.

Zapewnia zbilansowane odżywienie, nawilża i chroni włosy. Zawsze jak słyszę "odżywianie" w kontekście skóry lub włosów to od razu widzę setki małych usteczek zżerających kosmetyki. Nic na to nie poradzę. 

Zachowuje trwałość koloru. My ass. Nie ma czegoś takiego jak "ochrona koloru" przy moich miedzianych grubawcach.*
Eliminuje elektryzowanie się i ułatwia rozczesywanie. Chyba faktycznie eliminuje elektryzowanie się, bo zimą zawsze chodzę w czapkach i często noszę swetry, a problemu "latających" włosów nie było. Co do rozczesywania - nie potrafię tego ocenić, po każdej odżywce włosy dobrze się rozczesują, ten tego. 

Czy mam inne uwagi? Odżywka jest gęsta i na swój sposób mało wydajna - w sensie musiałam nałożyć jej dużo na moje włosy, ale i tak wystarczyła mi na jakieś 12 użyć (opakowanie 50 ml), nie potrafię rozgryźć tego fenomenu. Bezpośrednio po aplikacji włosy były troszkę tępe - jak po proteinach, dopiero po zmyciu odżywki były śliskie. Z racji konsystencji wydobywanie jej z twardej plastikowej buteleczki było naprawdę upierdliwe - nie chciała sama spłynąć do "dziubka", więc trzymałam ją cały czas do góry dnem. Od połowy opakowania musiałam używać obydwu rąk, żeby cokolwiek wydobyć, a że mam prysznic, to musiałam stawać na jednej nodze i na nogę uniesioną daj Boże pod kątem 90 stopni (I wish) wyciskać odżywkę (a potem ręką na włosy, bo jeszcze wyszłoby na to, że odżywiam sobie włosy na nogach, hell yeah). Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jak bardzo kretyńsko musiałam w tej pozycji czapli wyglądać, na pewno gorzej niż gdy ten proces wam opisuję ;) Na ostatnie 3 aplikacje butelkę już rozcięłam, bo nie szło już nic wyciskać :<
I szczerze przyznam, że upierdliwość tej plastikowej butelki skutecznie mnie zniechęciła do kupna większego opakowania - o ile szampon bardzo polubiłam, to ta odżywka niczym się nie różni od innych odzywek za 9 zł (tyle że za dziewiątkę macie 50 ml CHI, albo całe opakowanie czegokolwiek innego). 
Hm, w sumie mogłam napisać ostatnio zdanie i byłaby już cała recenzja, nie? 

Spoiler: kupiłam dwa lakiery z tej wiosennej kolekcji Sensique. Nienawidzę siebie, nigdy nie zużyję tych ilości lakierów, a cały czas nowe same się pchają w ręce. Swatche niebawem. 


*widziałam dziś dziewczynę, która miała włosy pofarbowane na kolor, do którego ja dążę od 1,5 roku. żeby nie ten mój wrodzony wstyd i "co ludzie w autobusie powiedzą", to może bym się dowiedziała, jak laseczka osiągnęła idealny balans między ciepłą czekoladą a miedzią z lekkimi i nienachalnymi rudymi refleksami. chlip.
Koreczki się zrehabilitowały.
Mój grudniowy zakup próbek skończył się zwrotem pieniędzy, bo nic do mnie nie doszło. W styczniu kupiłam sobie Hot Pinka - przybył do mnie po 2 tygodniach wraz z próbkami.
Ostatnio kupiłam filtr, o którym tyle pisał Urban już tutaj, a w lutym jej opinia nie zmieniła się. Krem przyszedł do mnie w jakieś 10 dni, dostałam dwie próbeczki kremów, których się boję i... I dostałam jeszcze to.

Wyleciało z koperty...


Pociągnęłam za listki...


I patrzcie!


To jest chyba jedna z najfajniejszych rzeczy, jaka mnie ostatnio spotkała*. Ręcznie napisana kartka od sprzedawcy z drugiego końca świata! I ta przyklejona koniczynka! 

Z filtrem wiążę naprawdę duże nadzieje - we wtorek jadę na upragnione smażenie dupci w cieplejsze rejony globu. Tam ma mnie chronić, a jak wrócę, to ma robić też za bazę. Głównie ten drugi czynnik przeważył - skoro Urban twierdzi, że podkłady na tym filtrze się świetnie trzymają, to ja jej wierzę ;) Potrzebowałam czegoś takiego, bo płynny Anthelios, którego używałam w zeszłym roku, kompletnie się pod szpachlę nie nadawał. Wchłaniać się wchłaniał, ale że był barwiony, to wyglądałam... dziwnie. I tak ciemno. 


*wczoraj spotkała mnie przykra rzecz - jeśli zobaczycie to za kilka dni na yafudzie albo bareizmach, to pamiętajcie, że ja byłam pierwsza :] prenumeruję "Wprost", gazeta przychodzi pocztą opakowana w folię z nalepką z adresem. wczoraj sięgam do mojej skrzynki (euroskrzynki, do której każdy operator pocztowy ma dostęp) i wiecie co znalazłam? samą folię po "Wproście" rozdartą niczym sosna. najpierw zgłupiałam, a potem się nieziemsko wkurzyłam. gazetę za 5 zł kraść... dżizas. poszukiwania sprawcy trwają, mam nawet podejrzanych (w tym listonosza, który mnie nie cierpi, bo zamawiam dużo rzeczy przez sieć).
Dość długo nie mogłam zrozumieć fenomenu palet Sleeka. Szczerze mówiąc, po zaopatrzeniu się w dwie z nich nadal jakoś nie jestem przekonana co do ich genialności (chyba że mówimy o stosunku ceny do ilości cieni). Jeden matowy cień ze OSS skamieniał - zrobiła się na nim charakterystyczna skorupka. Jeśli chcę go użyć, to muszę zeskrobać go paznokciem i powstały pyłek nałożyć pędzelkiem - chyba nie o to chodzi w paletach, żeby przechodzić do postaci sypkiej... (przypominam, mam te palety od połowy lutego - słabo, nie?) Wielkiego bólu dupy z tej okazji nie mam, do skamieliną został cielisty mat identyczny z kolorem mojej powieki (niby używany we wszelkich tutorialach do "wyrównania kolorytu powieki", ale hej, z lenistwa nigdy nie robię takich rzeczy, skoro i tak za chwilę to zamarzę fioletem czy innym brązem), ale co będzie, jak historia się powtórzy z innym kolorem? Nie daj Boże z którymś świecącym? I który na dodatek lubię? :O
Druga sprawa - Storm się nie zamyka. Robię "klik", żeby domknąć, a Storm mi odklikuje. Nieładnie.

Czego jeszcze nie rozumiem w tych osławionych paletach? Obowiązkowa matowa czerń. Sorki. Dublujące się kolory różniące się dosłownie o ton. Ja rozumiem, że trzeba mieć podobne kolory, żeby zrobić "dymne oczy" (jak to kiedyś przetłumaczył pewien portal), ale ten zdublowany złoty róż w OSS mnie rozwalił. Co z tego, że rzekomo jeden z nich bardziej różowy... (spokojnie, tak tylko teraz wylewam z siebie troszku żółci). W OSS są też dwa podobne ciemne brązowe maty. Na huk, ja pytam?
*uwaga, włączam zapasowe pokłady sarkazmu... tak na wypadek, gdyby ktoś nie zauważył*
Zapomniałam napisać, że ten wpis zasponsorował tak w ogóle mail od Kosmetykomanii informujący o "wszystkich limitowanych" paletach Sleeka. Wiedziałam, że trochę ich tam jest, ale to, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wiedziałam, że są dwie mocno oczojebne palety, ale odpadłam, gdy poznałam ich trzecią siostrę, czyli Circus. Wiedziałam, że są palety utrzymane w jednej kolorystyce, jak Au Naturel, ale Graphite to ewidentnie ukłon w stronę gotów (tej czy innej płci), bo tylko oni są w stanie docenić subtelne różnice w 4 szarościach i 3 czerniach. Na przyszłoroczny karnawał Sparkle - bo nie wiem, w jakich innych okolicznosciach można użyć takich kolorów.
A teraz pora na creme de la creme... Czyli Good Girl. Nie ma matowej czerni, ale to i tak nie poprawia faktu, że w tej palecie jest aż 6 ostrych róży, które bardzo ciężko okiełznać na powiece... Popatrzcie na zdjęcie swatchy, dolny rząd wygląda jak kolory szminek, nie cieni. WTF, ja pytam?
*teraz pewnie się okaże, że jakaś moja obserwatorka ma Good Girl i na dodatek bardzo ją lubi.. so much fail*

*a teraz następuje moment konsternacji - czy naprawdę nie mam innych życiowych problemów jak wyśmiewanie palety różowiutkich cieni do powiek? olga, bitch please, ogarnij się i idź poprawiać projekt, bo nigdy nie zaliczysz semestru*
W lutym zamontowałam sobie dynksa od Google Analytics i regularnie cieszę oczy słowami kluczowymi ze źródeł odwiedzin. Hardkorów jeszcze nie ma, ale co lepszymi się z wami już mogę podzielić.

Nie dziwi mnie specjalnie, że ktoś trafia do mnie po wpisaniu hasła "obleśne paznokcie czy "wągry na nosie". Ale "wągrzyca" już mnie ucieszyła - ja tak określam stan, w jakim znajduje się nos mojego chłopaka. Wągry ogłosiły niepodległość na jego nochalu.

Co dalej? Antropomorfizacja.
"trądzik neurotyczny" - ok, ja jestem mocno neurotyczna, ale mój były trądzik - nigdy. Niezły był z niego szaleniec, powiem wam.
"przyjacielskie mydło" - że niby takie z więzienia...? Nic innego mi nie przychodzi do głowy x__X




Kategoria wyznania też jest godna uwagi.
"mam plamy po pryszczach" - bitch please, kto nie ma?
"mam 16 lat i opadające powieki" - wczuwacie się w dramat podmiotu? bo ja bardzo. high five od zaginionej córki Sylvestra Stallone'a.




Dalej mamy pytania.
"co zrobic z obtartym pieprzykiem " - 
"paznokiec lamie sie z boku od czego" - też bym w sumie chciała wiedzieć, moje paznokcie na kciukach zawsze marnie kończą właśnie od boku. 
"o co chodzi z omnomnom" - CO ZA IGNORANCJA. 



jakby ktoś nadal nie wiedział...


(tak wyglądam w ciężkich chwilach, przyznaję się)


Reszta już jest mniej lub bardziej randomowa. 
"spirulina śmierdzi" - zgadzam się
"nie spamujcie bitch please" - też się zgadzam
"żarciki z okazji dnia kobiet" - nie znam takich, sorki. 
"ebay-olejki dla yorków" - nigdy nie miałam psa, więc w sumie nie wiem, czy skubańce potrzebują specjalnej pielęgnacji... ale ostatnio na gruponie była zniżka na fruzjera dla yorków, więc chyba tak.
"panny młode z pieprzykami" - różne fetysze bywają..
"jackie chan zdziwiony" - mój avatar wcale nie jest zdziwiony, tylko zszokowany

"plyny do plukania na suchoty w jamie ustnej" - na suchoty to się umierało w XVIII wieku, ale wiem, o co kaman. po niektórych antybiotykach też mam strasznie sucho.
"maska bajka" - jeśli do włosów/twarzy, to sama chętnie taką poznam
"hipsterskie włosy" - uznam to za komplement, lol ^^"

A tutaj już kompletny wtf, którego komentować się nie podejmę.
"ahri tapety lol"
"pieprz godzilla"
"dużo atrakcji muszelka w łasku 2012 r. "

Pochwalcie się swoimi słowami kluczowymi! :D
Mam słabość do małych, pękatych lakierów Miss Sporty. Śmieszna cena, jakość jak na moje wymagania całkiem spoko... Kilka missek już się przez moje pazury przewinęło. Dziś pokazuję wam dwie. Skąd taki tytuł?
Na poniższym zdjęciu wyraźnie widać, że mój palec serdeczny pomalowany jest na kurczakową żółć... Ale reszta?
Lakier o numerze 346 na rossmanowej półce w świetle ichniejszych halogenów wyglądał na zieleń. Taką fikuśną zieleń.

uu, nie ma jak zaklajstrowany odprysk

Ale przy fleszu wyłazi z niego... Szafir? Lazur? Może nawet szmaragd? Nie trzeba być wybitnym fizykiem, żeby się domyślić, że w zależności od źródła światła ten lakier inaczej wygląda. W mojej kuchni jest taka chamska żarówka dająca żółte światło, wtedy lakier robi się niebieski jak na tym zdjęciu powyżej. W słońcu wyłazi z niego jeszcze więcej błękitu. A tutaj efekt przy świetle dzienno-pochmurnym.


Znowu cyjan! Teraz jest jest jeszcze bardziej pochmurno i misska zrobiła się zielona i pomimo wielu prób nie udało mi się tej zieleni uchwycić. Musicie mi uwierzyć ;) 
Brakowało mi takiego radosnego koloru na wiosnę, ale i tak mam chęć na odcień, który nie będzie wzbudzał podejrzeń i będzie trawiasto-zielony od początku do końca. Możecie mi coś polecić w rozsądnej cenie?
Żółtek to kolor 301. Niestety potwornie smuży i bąbelkuje - jest to pierwsza tak źle zachowująca misska w mojej historii, więc podejrzewam, że po prostu trafiłam na felerny egzemplarz. Obydwa lakiery na pierwszy rzut oka wyglądają na kremowe, po dokładniejszym oglądzie jednak widać, że mają drobniuteńki shimmerek. 
ja jestem na tak.

Przy okazji pochwalę się - dziś jest mój 61. dzień z Nail Tekiem. Odżywkę podkładową zrobiłam do połowy - ale ja zawsze kładę dwie warstwy i nie trzymam się malowania co tydzień, więc pewnie powinnam zużyć do dzisiaj 1/4 buteleczki ;) Właściwego Teka na lakier wykańczam od 2 tygodni. Ostatnia 1/4 zawartości zgluciła się potwornie, ale wiadomo, ja nic nie marnuję :D (kolejna butelka już grzecznie czeka)
Jak tam się miewają moje paznokcie? Nowa płytka rośnie zdrowiutka i ładna. Pewnie po wykończeniu Foundation II przejdę na I, bo żadne inne preparaty nie chronią mi paznokci. 
Param tadam. 


Na samym początku ostrzegam - jeśli nie jesteście dziś w nastroju na:
- wysłuchiwanie czyichś żali
- drastyczne opisy
lub po prostu nie przepadacie za nadmiernym ekshibicjonizmem, to nie polecam tego wpisu. Będzie brutalnie, srogo i szczerze. Skąd w ogóle pomysł, by napisać tu o wszystkich moich problemach z nadwagą? Cóż, potrzebuję czegoś, co dałoby mi mieszankę katharsis (wiem, wyświechtane słowo) z czymś, co Anglicy nazywają "closure".

Druga sprawa: nie piszę tego, by wzbudzić litość. Nie chciałabym też wzbudzić niechęci.
Reakcje mogą być różne - pewnie część z was stwierdzi, że wyolbrzymiam swoje problemy etc. No jasne, że wyolbrzymiam, bo to moje problemy. I bardzo poważnie wpływają na moje życie, więc kaman.

No to zacznijmy.

Jestem duża. Zawsze byłam. Rosłam bardzo szybko w porównaniu do innych dzieci. Na zdjęciach klasowych zawsze jestem z tyłu i szczerze się jak jakiś freak. W 12. roku życia urosłam 15 cm, dobiłam do poziomu 172 cm nad podłogą i tak mi zostało do dziś. Nie mogę dziś o sobie powiedzieć, że jestem bardzo wysoka, niemniej karłem też nie jestem, ale w podstawówce i gimnazjum bardzo mi to przeszkadzało. Z tamtego okresu szybkiego wzrostu do dziś mam pamiątkę w postaci rozstępów na plecach i biodrach.
Mam konkretną budowę - jestem modelowym przykładem "grubych kości". Niektórzy się śmieją, że to mit, ale do tego jeszcze wrócę później. Cóż, jako dziecko nie byłam specjalnie tłusta, ale po tym, jak przestałam rosnąć w górę, zaczęłam rosnąć wszerz. Moja mama dbała, by rodzina była zdrowo i dobrze odżywiona, nie kupowałam czipsów i nie obżerałam się słodyczami na boku - naprawdę nie wiem, jakie były przyczyny tego tycia. Może lepiej, żebym tego nie rozwlekała? Uprzedzam - badałam sobie hormony, wszystko w porządku.
W drugiej klasie gimnazjum ważyłam 74 kg. Lekarka na przeglądzie 14latka zaleciła już dietę, moja mama stwierdziła, że nie ma co podejmować drastycznych kroków, bo przecież jeszcze się rozwijam. 
I tak się rozwijałam, że osiągnęłam wagę i rozmiary małego kaszalota. To jest moja opinia - jeśli któraś z was. jest grubsza, to pewnie zaraz stwierdzi "e tam, przesadza". W dniu studniówki ważyłam 83 kg. Do dziś nie mam pojęcia, jak się wtedy wbiłam w małą czarną w rozmiarze 42 - chyba siłą woli.
Muszę przyznać, że stres związany z maturą i rekrutacją na studia po prostu zażerałam. Lubię słodycze, ale to było bardziej zażeranie "standardowym" jedzeniem - dokładałam sobie więcej makaronu lub mięsa niż potrzebowałam. W ten oto sposób we wrześniu 2008, tuż przed rozpoczęciem studiów, ważyłam 87 kg stając na granicy otyłości (przynajmniej licząc zgodnie z wytycznymi BMI).
Od gimnazjum nosiłam ciuchy w rozmiarze 44, L albo XL. Znam doskonale sklepy, gdzie jest rozsądna rozmiarówka i mieszczę się w ichniejsze L, są też miejsca, gdzie XL przypomina M-ki z tych "dobrych" dla mnie sklepów. Pocieszający jest fakt, że jeszcze mieszczę się w ciuchy z popularnych sieciówek, ale dam pokojowego Nobla temu, kto zapewni mi regularne dostawy elek i ikselek. Jakąś potworną fashionistką nie jestem, ale chciałabym się ubrać czasem w coś, co chociaż nawiązuje do popularniejszych trendów XD Tymczasem na wieszakach obowiązuje chyba zasada, że te duże rozmiary mogą stanowić 5% wystawionego rozmiaru.
(uwaga, wstydliwe zwierzenie: wiecie jak zdarzało mi się poprawiać humor? kupowałam tshirty z nadrukami na dziale męskim. eska była w sam raz. eliminowałam ze świadomości, że to męska rozmiarówka)
No dobra, problemy z ciuchami to jedna, problemy z psychiką to drugie. Jak łatwo się domyślić, nie byłam szczególnie dumna ze swojej nadwagi. A jak wiemy, grubi ludzie są zabawni, więc pozostała mi ucieczka w sarkazm, autoironię i w ogóle dystans do wszystkiego. Flirtowanie z facetami? Cóż, byłam przekonana, że jeżeli ktoś by ze mną flirtował, to robiłby to tylko po to, żeby sobie porobić ze mnie jaja. I tak zresztą flirtu bym nie zauważyła, no bo kamą, patrzcie wyżej.

W październiku 2009 odkryłam, że ważę więcej niż mój ojciec. To był taki punkt zwrotny - zaczęłam wtedy drugie studia i tak, jak łatwo się domyślić, byłam ostatnią dziewicą w towarzystwie (nie mam większych oporów, żeby o tym pisać, ale jeśli wy się rumienicie, to hmmm... nie mój problem).
Zapisałam się do dietetyczki w Naturhouse. Konsultacje dietetyczne były darmowe, ale trzeba było kupować w ichniejszym sklepiku suplementy diety, których koszt wynosił mniej więcej 100 zł za tydzień. Wytrzymałam tam 4 miesiące, same sobie przeliczcie koszty... Zaczęłam tam chodzić ważąc 84 kg, po tych 4 miesiącach było już 77 kg. Z dietetyczką ustawiłam sobie cel na 65 kg. Miałam być szczupła i zdrowa, yeah. Był to też cel odpowiedni dla mojej budowy ciała - i tu wracam do "grubych kości". Mam przyjaciółkę, która jest mojego wzrostu, a waży około 50 kg (różnie to u niej bywa, czasem 48, w porywach do 53). Jest przejmująco drobna i po prostu wiem, że nawet gdybym jakimś cudem zeszła poniżej 60 kg, to i tak nie miałabym jej figury (ach ten mój kościec). O figurze mojej będę też pisać dalej, ale ze mnie dziś skoczek tematyczny.
Suplementy nic mi nie dały, ale dzienniczek z zanotowanym każdym zjedzonym ziarnkiem ryżu pomógł mi się ogarnąć. Sportu prawie nie uprawiałam - raz w tygodniu siłownia w ramach wfu na uniwersytecie, na nic innego nie miałam czasu ani tym bardziej chęci (nadal uważam, że na siłownię chodzą tylko i wyłącznie piękne i wysportowane mutanty, które po prostu już się urodziły z sześciopakiem).
Co było później? Wagę utrzymałam przez kilka miesięcy, nabrałam pewności siebie, zaczęłam regularnie jeździć na rowerze (o, to chyba jedyny sport, który szczerze lubię i do którego się nie zmuszam). W międzyczasie zaczęli pojawiać się mężczyźni (nadal miałam nadwagę, więc uwaga, oślepię was teraz jakże odkrywczym tekstem, że atrakcyjność to nie tylko wygląd, a wy z wrażenia gubicie kapcie i zbieracie szczęki z podłogi). W listopadzie 2010 wzięłam się za dietę Dukana. Dziś odsądzana od czci za niszczenie organizmu, dla mnie była wówczas objawieniem. Odstawienie owoców nie było trudne, bo nadciągała zima. Zrobiłam sobie wszystkie badania, przeczytałam książkę 3 razy i ruszyłam. W marcu 2011, czyli rok temu, zapadła decyzja o retinoidach, które strasznie obciążają wątrobę, więc zrezygnowałam z II fazy Dukana ważąc 69 kg. 8 kg w 5 miesięcy to nie jest jakiś mega rewelacyjny wynik, ale zaznaczam - sportu nie było u mnie wówczas żadnego. Zobaczenie po raz pierwszy od dobrych 10 lat cyferki "6" na początku wagi oblewałam na 3dniowej imprezie. Od 72 kg zaczęłam mieć problemy z ciuchami - były już na mnie za duże, zwłaszcza spodnie.
W kwietniu zaczęły się retinoidy, a ja zmodyfikowałam sobie Dukana - generalnie do dziś trzymam się jego głównych zasad, ale doszedł jeszcze rower. A generalnie to zaanektowałam rower mojej mamie i naprawdę pokochałam jazdę. Niedaleko mnie jest lasek, a w nim ścieżka w kształcie pętli. Dojazd do lasku, dwie pętle i powrót do domu to 10 km. Na początku nie wyrabiałam nawet jednej pętli, po miesiącu wyrobiłam sobie taką kondycję, że owszem, wracałam do domu spocona, ale absolutnie niezmęczona. Zaczęłam robić coraz dłuższe wypady, także do Warszawy (do stacji metra mam 7 km) i 20 km przestało robić na mnie wrażenie. I tak mi upłynęły zeszłe wakacje - waga ustabilizowała się na poziomie 68 kg, rozmiar spodni na 42, a raz nawet wcisnęłam się na wdechu w 40. Bluzki regularnie już brałam w rozmiarze M, czasem przymierzałam tuniki S - no ale to się nie liczy, bo tunika to z zasady obszerny namiot ;)
Od roweru ukształtowały mi się całkiem fajne uda. Może nie jakieś piękne i umięśnione, ale nie są sflaczałe. Tyłek zawsze miałam ogromny, zaakceptowałam go po prostu i przestałam z nim walczyć. Mam farta co do górnej częściej mojego ciała - mam pociągłą twarz, normalne barki, szczupłe ramiona i proporcjonalny do reszty ciała biust. Sadło utrzymało mi się niczym u faceta - głównie na brzuchu.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie nadeszła jesień, a wraz z nią kłopoty ze zdrowiem. Hormony mi się rozszalały, potem poszłam do pracy - i pomimo zapieprzania w tym cholernym sklepie po 8 godzin dziennie nie było ze mną lepiej. Spodnie robiły się coraz ciaśniejsze, co na początku ignorowałam.
Aż w zeszłym tygodniu wturlałam się na wagę. I krzyknęłam typowo po polsku "o kurwa mać!" na widok liczby 75. Tak, przytyłam 7 tak ciężko straconych kg w 5 miesięcy.
Dobra, tragedii nie ma, mój endokrynolog wieszczy mi rychłe ustabilizowanie hormonów, więc tyć dalej nie powinnam. Przy okazji Dukana odkryłam, że mam megawolny metabolizm, a jedyny sposób na schudnięcie to megadużo ruchu. Rower już na mnie czeka, a ja znowu ustawiam sobie cel na 65 kg. 10 kilogramów, co to dla mnie po tej całej epopei?

Przy okazji chciałam się pochwalić, że wracam do żywych. Przez ostatnie dni sypiałam po 3-4 godziny na dobę - dziękuję profesorowi z przerostem ego za zmuszenie mnie do poprawiania projektu po tysiąc razy.
Tak wyglądałam dziś po wyjściu z dziekanatu o godzinie 12...

...i szczerze mówiąc, 12 godzin później niewiele się zmieniło. To wielki ból, studiować mało artystyczny kierunek w szkole artystycznej pełnej egzaltowanych wykładowców. Ostatni semestr, I can do it!



To nie jest recenzja. To tylko szybki czekierałt dla was.
Pisałam tutaj o zestawie organicznych kosmetyków CHI, szampon już wam przedstawiłam. Niedługo będzie odżywka, a teraz kilka słów o tym dziwaku.

Z angielska "glaze" to glazura tudzież polewa, więc dziwnym nie jest, że to coś ma dodawać włosom połysku. Ale na stronie Ambasady Piękna możemy jeszcze przeczytać, że daje "elastyczne utrwalenie przy modelowaniu fryzur", więc potraktowałam ten produkt jak każdy inny specyfik do stylizacji.
Wtarłam we włosy tyle, ile nakazał mi zdrowy rozsądek, a potem dokonałam ewolucji z zakręceniem papilotów. Po 3 godzinach efekty były takie:


Tutaj prawa część mojej głowy, gdzie włosów mam więcej ze względu na przedziałek...


A tutaj lewa.


Cóż - zachwycona nie jestem. Ba, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie choćby najmniejszej iskierki entuzjazmu. "Lewa" strona wygląda jakbym trzymała włosy związane w kiepski koczek, prawa ciut lepiej. Nie zawinęłam też dużo tych papilotów, pewnie efekt byłby lepszy, gdybym użyła ich więcej i przetrzymała je całą noc, a nie zaledwie 3 godziny. Cóż, królową modelowania tak czy siak nigdy nie zostanę XDD

-----

Chyba właśnie pokazałam wam największy kawałek mojej japy w historii tego bloga ever. Więcej was nie będę molestować, obiecuję.

-----

Dziś było tylko 15 minut hula-hop, ale za to z pasem neoprenowym. Spociłam się zacnie, a siniaki przechodzą w fazę zieloności, więc dziś ich chyba nie "poprawiłam".

Bohaterem dzisiejszego posta znowu będzie produkt, którego zdjęć nie posiadam ;) Szampon przelałam do innej butelki z pompką, stare opakowanie wyrzuciłam - działo się to w zamierzchłych czasach zanim zaczęłam pisać bloga (czyli w listopadzie).
No to co my tutaj mamy - Intensywnie regenerujący szampon do włosów suchych i zniszczonych ze znanego i lubianego Biovaxu. Aż wam zarzucę zdjęciem od producenta - szampon dostajemy na bogato w pudełku ;)


biovax.pl

Pudełko jest pełne informacji o tym, jaki to genialny produkt wpadł nam w łapska. Są potem powtórzone na butelce, która jest biała, dość elastyczna i zawiera tylko 200 ml produktu - czyli o 50 ml mniej niż standardowe szampony. 
Szampon kupiłam w promocji w SuperPharmie za jakieś 12-13 zł, normalnie kosztuje koło 20. Wybór tego produktu był podyktowany naprawdę złą kondycją moich włosów - w listopadzie miałam za sobą co prawda 2 miesiące olejowania, ale jakoś do tego czasu nie wpadłam na to, żeby całościowo zaplanować pielęgnację włosów. A jak mnie w końcu olśniło, to poleciałam właśnie po tego biovaxa. Co się działo z moimi włosami? Tak, będę się powtarzać - retinoidy tak mnie wysuszyły, że włosy mogłam myć co 4 dni (dobra, nadal mogę). I chociaż kudły zawsze były grube i mocne, to końce zaczęły się przesuszać (nie stosuję prostownicy, suszarki z zimnym nawiewem potrzebuję do wymodelowania włosów, inaczej każdy sterczy jak chce - tylko dosuszam je). Odżywki i oleje nie ratowały sytuacji, musiałam uderzyć z grubej rury po całości. 

Czy moje włosy się zregenerowały? Cóż, myślę, że ten szampon bardzo pomógł w tym procesie. 
Jak się ma z wydajnością? Jest bardzo kremowy i średnio gęsty, a ze względu na skład pozbawiony sls nakładałam duże ilości na łeb, bo po prostu muszę mieć pianę, inaczej się źle czuję. Używałam w międzyczasie od listopada innych szamponów, a i tak została mi ilość na jeszcze 2 mycia. Ale przypominam - ja myję włosy rzadko (obecnie z przyzwoitości dla czapek co 3 dni), więc moja opinia na temat wydajności po prostu nie jest miarodajna ;) 
I najważniejsze - co z działaniem? Po drugim myciu moje włosy są śliskie - co prawda nie jak od odżywki, ale kto wie, jakie cuda by się zadziały, gdybym kiedyś zaczęła igrać z ogniem i np. nie użyła odżywki. Uwaga, zaczynam wieszczyć - włosy nie byłyby splątane. Rzeczona śliskość nie wynika też z obecności oleju - ze zmywaniem radzi sobie bardzo dobrze (mieszanka kokosa z arganem, makadamią; amla, vatika i Bóg raczy wiedzieć co ja tam jeszcze mam i beztrosko pacam sobie na czuprynę). To jest śliskość typowa dla nawilżonych/odżywionych włosów - alleluja! 
Mogę się wręcz pokusić o hipotezę, że to właśnie ten szampon jest odpowiedzialny za zgrubnięcie moich włosów (chyba że wzięły przykład ze mnie, taki tam żart suchar, trololo). Skąd takie wnioski? Różne specyfiki stosuję na zasadzie entliczek-pentliczek, a biovax jest jedynym stałym i w miarę regularnym elementem pielęgnacji od ponad 4 miesięcy.

Czy polecam? Tak, choć wiem, że normalna cena odstrasza. Stosunek cena/wydajność też nie będzie zachęcający dla tych, co myją włosy bardzo często. Ale jeśli potrzebujecie szamponu, który faktycznie wspomaga działanie odżywek, masek, olejów, wcierek etc i będzie używany wymiennie z czymś innym, a w dodatku będzie w promocji - bierzcie bez zastanowienia!

Purystki składowe zapraszam tutaj na lekturę składu, ja się co prawda nie znam, ale tym razem wyjątkowo się nie wypowiem ;)

--------

Potrafię już kręcić moim morderczym hula-hop, ale tylko w lewo. I na lewym biodrze mam właśnie fioletową siniakową masakrę długą na 10, a szeroką na 4 centymetry. Takie bydlę! Do tego dochodzą mniejsze siniaczki od wypustek masujących już wyżej, nawet na żebrach (taka ze mnie akrobatka cyrkowa, na łydkach też mam, ale to od upadków hula). Chciałam dziś poćwiczyć, założyłam trzy warstwy, w tym sweter, ale boli. Zaczynam znowu od jutra, lecz w mniejszej dawce.

---------

Ta piosenka zdecydowała, że jednak jadę na Openera. Taka już ze mnie koncertowa wyjadaczka, że największe gwiazdy line-upu mnie nie kręcą, a od 2 lat jeżdżę głównie dla artystów "namiotowych". Dry The River w Polsce na pewno nie przepuszczę (na pewno nie przepuszczę tego perkusisty, jest absolutnie słodki!)



Tak bardzo prawda :D

Bohaterem poniedziałku jest mój ukochany korektor Boi-ing marki Benefit. Pisałam o nim tyle razy, to w końcu muszę skubańca pokazać, nie?
Boi występuje w 3 odcieniach, ja mam oczywiście najjaśniejszy. Jest przeznaczony do wszelkich niespodzianek - cóż, ja pryszczy, wyprysków ani nawet zaskórników nie mam (sesese), więc mogę tylko pokazać jego działanie na moich sińcach pod oczami (z którymi dogłębnie zapoznałyście się w zeszłym tygodniu). Zdjęcia zrobione moim bliznom wyszły średnio, ale i tak wam je pokażę :)

Opakowanie: płaski słoiczek. Jedyna słuszna forma opakowania dla tej formuły - Boi jest wręcz twardy, trzeba pogmerać palcem w słoiczku, żeby go rozgrzać i zaaplikować (jak z niektórymi błyszczykami w puszce), do tubki po prostu się nie nadaje. Wiem, że są przeciwniczki takich rozwiązań - mnie to akurat nie robi większej różnicy. Przez tą gęstość korektor jest nieziemsko wydajny - używam go od listopada kilka razy w tygodniu, a zużycie to lekkie zagłębienie, którego nawet nie widać, bo źle ustawiłam aparat ;D


Opakowanie mieści 3 gramy kosmetyku. Mój wspomniany najjaśniejszy odcień to 01.


No dobra, słoiczek ma jeden feler - korektor zbiera różne farfocle z powietrza. 


Jak wspomniałam, korektor jest twardy. Trzeba go dobrze zmiziać palcem, ja czasem kładę go na grzejniku. 


Żeby szybko sobie przypomnieć, jak normalnie wyglądają moje sińce, zapraszam do tutaj. A teraz patrzcie i podziwiajcie.


Troszkę inny kąt.


Cytując pokemony, it's super effective.
Tutaj chlasnęłam trochę rozświetlacza na korektor w kąciku. Bo sam z siebie Boi-ing nie rozświetla, nie łudźcie się.


Ostatnie zdjęcie to drastyczny close-up mojego czoła (widzicie ile mam baby hair? czasem trudno z nimi wytrzymać). W 3 kółkach zaznaczyłam (jakże zgrabnie) swoje pieprzyki. W środkowym kółku jest pieprzyk zaszpachlowany Boi-ingiem. 



Myślę, że zdjęcia mówią same za siebie - bardzo dobra szpachla, milordzie. Jakieś uwagi? Owszem, z Boiem trzeba się nauczyć żyć.
Primo, jeśli ma być użyty pod oczy, to skórę trzeba baaardzo dobrze nawilżyć. Secundo, Boia trzeba rozgrzać w palcach, a potem delikatnie, wręcz z matczyną czułością, uklepać. Tertio, wystarczy mała (nie piszę minimalna, po prostu mała) ilość. Przy zachowaniu tych trzech kroków Boi-ing nie wejdzie szpetnie w zmarchy (jest tak gęsty, że ma do tego predyspozycje). Pewnie sobie myślicie "ale buba, trzeba skubańca rozgrzewać, za dużo tego cackania się jak dla mnie". Faktycznie nie jest najprostszy w obsłudze, ale cóż - u mnie pokryty pudrem trzyma się cały dzień i naprawdę tuszuje sińce. A jak walnę na niego benefitowy Watt's Up, to w ogóle jestem szczęśliwa. 

O, dla przykładu patrzcie tutaj.


Dobra, wiem, że świecę się jak spocona świnia (o ile świnie się pocą), ale niestety rzeczony Watt's Up tak się zachowuje w blasku fleszy (trololo). Bez flesza mam rozświetlone spojrzenie. Omg, zaczynam popadać w chory, bezkrytyczny narcyzm :D

Jak to z Benefitem bywa, za przyjemność trzeba zapłacić. I to aż 95 zł. Nie wiem, czy sama tyle bym dała - za korektor zapłacił mój ojciec (pewnego razu czekaliśmy na seans w kinie, pod pozorem szukania perfum dla mojej mamy weszliśmy do Sephory, a ten zdrajca wepchnął mnie w ręce konsultantki i wskazując na moje sińce wyszeptał "niech pani coś z TYM zrobi"). Hm, jeśli kiedykolwiek mi się skończy (w co wątpię, bo przecież usuwam sińce laserem, lol XDDD), pewnie karnie podrepczę po następne opakowanie. Nawet MAC ma tańsze korektory, ale znowu szukać, przyzwyczajać się, opracowywać najlepszy sposób współpracy? Nieeee, nie chcę tego przechodzić drugi raz. Wzorem amerykańskich spotów wyborczych zakończę mój wywód o Boi-ingu kwestią My name is Olga and I approve this message. 

+++

Dzielnie kręciłam wczoraj moim nowym fitnesowym hula-hop. Kuleczki masujące zrobiły mi na lewym biodrze siniakowy Argamedon, na prawym obyło się bez ofiar. Zrobię zaraz pomiary mojego cielska, będę się z wami dzieliła spadkami - jeśli nastąpią ;)

Próbka tego bebika trafiła do mnie jako gratis do zakupów z Ebaya. Zrobiłam nawet zdjęcia, ale było szaro-buro-ponuro i wyszły dość słabe, więc będę się posiłkować tym, co znalazłam w necie. 
Pełna nazwa jak zwykle "cieszy" każdego, która stara się ją zapamiętać - Etude House Precious Mineral BB Cream SPF30/PA++. Występuje w dwóch odcieniach, mnie trafił się (chyba) ciemniejszy o nazwie Sheer Glowing Skin z numerkiem 2. Ma bardzo ładne, dziewczęce opakowanie, a pełnowymiarowa tuba zawiera aż 60 g produktu. W dodatku jest względnie tani, koło 15$. 
Co tam jednak tubka, co tam cena, gdy zawartość jest... Słaba. Ten bb zrobił mi naprawdę niezłą maskę i żeby było śmieszniej, podkreślił mi włoski na twarzy. Ja rozumiem, żeby coś takiego działo się po pudrze, ale po bardzo płynnym podkładzie?! No kaman. Rozumiem, że wykończenie miało być satynowe, ale ten bebik jest bardzo... Mokry. Nie wiem jak to dokładnie opisać - nawet po dokładnym wklepaniu go w twarz podsuszonym* jajcem miałam wrażenie, że jestem mokra (jak po spryskaniu mgiełką, która nie chce wyschnąć). Jakieś zalety? Znalazłam nawet dwie - po pierwsze, kolor mi się dobrze dopasował do cery, a po drugie, chociaż nie byłam zachwycona efektem maski, to dzielnie trzymałam ją na twarzy żeby sprawdzić trwałość. I jest ona zacna, zmyłam mleczkiem to mokre dziwo po 8 godzinach, potrzebowałam dwóch płatków, żeby pozbyć się resztek. 
Znalazłam recenzje Precious Mineral u dwóch popularnych polskich blogerek - ja przychylam się do opinii Sroki. Natomiast Kasia była z niego bardzo zadowolona (chyba dobrze pamiętam imię, jeśli nie, to przepraszam najmocniej!). Jeśli chcecie pooglądać swatche, to zapraszam was tutaj. Na drugim zdjęciu, gdzie krem jest rozsmarowany na ręce, będzie dobrze widać tą "mokrość", o której pisałam. 

(żeby nie było - nie wysługuję się pracą innych, nie kradnę zdjęć. nie jestem leniwa, ale uważam, że jeśli ktoś zrobił lepsze zdjęcia niż ja, to lepiej jest je pokazać, żebyście mogły sobie wyrobić zdanie. i dlatego zamieszczam tylko linki)






*ja zawsze moczę swojego blendera, wyciskam jak najmocniej i odstawiam na 10 minut, takim świeżo wyciśniętym kiepsko mi się pracuje
Moje urodziny są w połowie lutego, więc przez prawie całą szkołę wypadały w ferie, a na studiach w sesji. Dlatego jakiekolwiek świętowanie przesuwam na marzec. Wczoraj wypadł termin pijackich szaleństw z moimi przyjaciółmi - obyło się bez kaca, a w prezencie dostałam puchar :D Ale nie zdradzę wam w jakiej konkurencji króluję ;)
Dziś z kolei nawiedziła mnie rodzina. Moi małoletni bracia cioteczni roznieśli mi pokój w 10 minut i nie wiem, kiedy wszystko poskładam do kupy, ale matka tychże szkodników sprawiła mi genialny prezent.
Dostałam mianowicie hula-hop. Takie profesjonalne.
Jest ogromne - ma 110cm średnicy (więc trzeba mieć sporo miejsca na kręcenie). Ma wypustki masujące (podobno robią coś fajnego z jonami powietrza). Składa się z 8 składanych elementów i jest dość szerokie.
Generalnie - jest to killerskie hula-hop. Moje pierwsze próby kręcenia były fatalne, jak to diabelskie koło mi spada na stopy albo obija się o kolana, to boli XD Poszukałam o nim więcej w sieci i w sumie odkryłam, że to takie hula dla nieco bardziej zaawansowanych. Spoko, że zaczynam tak z grubej rury - i to dosłownie. Z pewnością je wam pokażę.

Z innych plotek - zamarzyło mi się noszenie warkocza. Oczywiście już pojawiło się kilka problemów - moje włosy są zbyt grube, zbyt śliskie, a na dodatek z tyłu są krótsze niż z przodu (pozostałość po moim ekstremalnie podgolonym bobie sprzed 1,5 roku). Namówiłam moją mamę, żeby jednak coś tam pogmerała przy moich włosach i po kilku minutach narzekania mam warkocz - równo 4 razy przełożony :D (jeśli wiecie, o co mi chodzi).
Ale i tak jestem dumna.

Z warkoczem i morderczym hula podbiję świat. Ha!
Kojarzycie markę Choisee? Pewnie większość z was nie.
Ja poznałam przy okazji zakupów, a jakże, grupowych. Jak tylko zobaczyłam ofertę "38 zł za kupon wart 100 zł" to tak jakoś mi się kliknęło.
Z tego co się doczytałam, jest to polska firma, niemniej produkcja jest ulokowana w Indiach.
Napaliłam się jak szczerbaty na suchary, wlazłam na stronę internetową Choisee i zaczęłam buszować. Okazało się, że jest dużo promocji. Mina mi nieco zrzedła, gdy okazało się, że powodem ówże promocji jest koniec ważności kosmetyków, który przypada na... kwiecień 2012. No ale dobra, kupon kupiony, nie chciało mi się go zwracać, więc kupiłam kilka przecenionych jak i świeższych kosmetyków :)
Patrzcie jak są słodko zapakowane!



Słoik na górze po lewej to maseczka, której o dziwo nie mogę teraz znaleźć w sklepie. Pierwsze testy już za mną i na pewno jeszcze o niej usłyszycie. Reszta ze zdjęcia to oczywiście mydła - żeby było śmieszniej, jedno z kupionych mydeł teoretycznie jest męskie. Srutu-tutu, mydło z cynamonem, paczuli i pomarańczą wcale nie pachnie męsko. A jest cudnie kremowe i coś czuję, że się bardzo zaprzyjaźnimy. Na zdjęciu nie uwieczniłam innych mazideł, między innymi tego żelu do twarzy. Składomaniaczki będą przerażone - na drugim miejscu SLS, ale dalej są już nieco lepsze rzeczy ;) Póki co żel mnie nie podrażnił i na to się nie zanosi - co jak co, ale moje lico jest bardzo wybredne, a na dodatek przez ostatni rok przyzwyczaiłam je do mycia Cetaphilem i naturalnymi mydłami. 

Pisałam już kiedyś, że jak tylko widzę napis "promocja", to tracę rozum. Nie inaczej było ostatnio, gdy helfy.pl miało promocję z okazji Dnia Kobiet...Od pół roku czaiłam się na jeden szampon oczyszczający, ale jakoś nigdy go nie było w magazynie. A tu proszę, niespodzianka - nie dość, że w końcu dotarł z daleka do Polszy, to jeszcze był w promocji. Sirjusli, nie patrzcie tak na mnie, to nie moja wina, że naprawdę potrzebowałam szamponu oczyszczającego XDD I żeby nie było mu tak samemu smutno w kartonie, to dorzuciłam dużą klasyczną Amlę (promocja, a jak!). Nie mam pojęcia, kiedy zużyję te wszystkie oleje XDD
*wywraca oczami, że niby ma wyrzuty sumienia, a tak naprawdę szczerzy się jak debil i cieszy*

----

Już chyba mi stuknęło 5 tygodni bez Aknenorminu (tudzież Izoteku). Moja twarz nadal jest w rewelacyjnym stanie, żadnego pryszcza nie ma, pudru używam tylko rano. Na szczęście zaczęły mi przemijać skutki uboczne - już nie muszę smarować ust co godzinę, teraz wystarczy raz na 3 i mogę znowu używać szminek (nie żebym była maniaczką, w sumie to się ich boję, ale skoro mam jakieś niedobitki, to muszę je zużyć). Mogę też już spokojnie używać soczewek. Co do włosów - nadal wytrzymują 4 dni, ale mam tyle zapasów, że zaszalałam i myję je teraz co 3 dni. Może w rok się pozbędę tych butli zalegających w komodzie XD
Oto i wyniki konkursu urodzinowego, jaki ogłosiłam z okazji swoich 23. urodzin (odkrywcze, nie?).
Zgłoszeń było mało - najwidoczniej macie takie szczęście, że dostajecie dobre prezenty ;) Za wszystkie zgłoszenia serdecznie dziękuję!

Te z was, które czytają mnie regularnie od dłuższego czasu już pewnie wyrobiły sobie zdanie o moim... poczuciu humoru. Jeśli jakiekolwiek oczywiście według Was mam :D

Uderzył mnie fakt, że niekochający dziadkowie to aż tak powszechny problem. Moi aż tacy srodzy nie są, ale jeden z nich, nauczyciel matematyki z 30letnim stażem, nie miał kiedyś żadnych skrupułów, żeby przy Wigilii wytknąć mi dwóję z matematyki na maturalnym świadectwie. Ach kochająca rodzinka <3

Nie ma co przeciągać. Wyłoniłam zwyciężczynię i jest nią Izabela.
Złota historia, naprawdę.



Do Izabeli leci mail o wygranej z prośbą o podanie adresu, czekam 48 godzin na odpowiedź :)

Pisałam już, że niektórzy trafiają do mnie po wpisaniu w gugla "obleśne paznokcie"? No to teraz będą mieć powód ;) Oto moje paznokcie 50. dniu używania Nail Teka.
Trochę mnie to wkurza, że dopiero na takim powiększeniu odkrywam, że nie zmyłam dokładnie lakieru.
Górna, młodsza połowa paznokcia już jest zdrowa. Reszta - wiem, dramat.
Ale co tam, dokumentacja musi być.

A zaraz będą wyniki konkursu :>



Zanim zacznę cokolwiek pisać na temat, to podzielę się moim dzisiejszym hukiem. Dostałam newsletter od ciao.pl (nigdy nic tam nie kupiłam, ale co tam) o promocjach z okazji Dnia Kobiet. I uwaga - za zakupy powyżej 100 zł dostajemy "sexy kajdanki". Nie mam pojęcia, co się dzieje w głowie marketingowca ciao, ale w życiu nie chciałabym dostać kajdanek jako gratis do zakupów! Dobra, pohuczałam troszkę (huczeć = śmiać się; mieć huk = mieć ubaw, przepraszam za moją uniwersytecką gwarę), a teraz przejdę od laserowego usuwania sińców.

Jestem uzależniona od grupowych zakupów, przyznaję się. Dlatego nawet się nie zastanawiałam, kiedy na jednym z portali dorwałam ofertę "32 zł zamiast 180 zł" za rzeczony zabieg. Kaman, kto by się nie skusił?
Oto i opis zabiegu ze strony portalu, skopiowałam go w całości.

"Każdej kobiecie zdarza się nieprzespana lub zarwana noc, która skutkuje zapuchniętymi oczami. Tona korektora, zaprawiona podkładem to pewne pogotowie ratunkowe w takiej sytuacji. Jednak niektóre z nas natura obdarzyła już taką urodą – worki i nieapetycznie cienie to standard niezależnie od pory dnia i stanu ducha. Jeśli borykasz się z tym problemem od dzieciństwa i od zawsze uważasz to za mankament i skazę na Twojej urodzie – no cóż, czas najwyższy pozbyć się kompleksów! Jest to przypadłość genetyczna i im wcześniej o nie zadbasz tym lepiej! Nasza dzisiejsza oferta to nowy, innowacyjny zabieg z zakresu kosmetyki estetycznej. Laserowe usuwanie sińców i worków pod oczami za jedyne 32 zł! Może opóźnić proces starzenia nawet o 5 – 6 lat!Przebieg zabiegu: 
Peeling kawitacyjny pod oczami  
Rozświetlanie laserowe okolic oczu 
Zaaplikowanie kwasu hialuronowego (5-10% w zależności od indywidualnych potrzeb) 
Nałożenie witaminy C ( stężenie 15%) 
Nałożenie maski algowej 
Rozprowadzenie kremu z witaminą F (nienasycone kwasy tłuszczowe Omega 3 i 6)

Zabieg trwa około 30 minut, można go stosować już od 14 roku życia!"
No i tyle dobrego.
Salon Kosmetyczny "Naturalne Piękno" mieści się na ostatnim piętrze bloku mieszkalnego na ulicy Żelaznej w Warszawie. Czyli Wola, blisko centrum, ale jednocześnie jest to teren getta i stare rozpadające się kamienice sąsiadują z blokami z lat 80tych jak i nowoczesnymi biurowcami. Salon kosmetyczny to tylko część większego, hm, kompleksu? Jest tam też gabinet fizjoterapeuty i chirurga. Na ścianach siding, poczekalnia jeszcze na korytarzu (!) z ratanowymi meblami - wypisz wymaluj złote lata 90te. W recepcji dziunia po 40tce z intensywną solarą, tipsami. Dość opryskliwa, przez 10 minut czekania na zabieg słuchałam, jak obdzwania swoje koleżanki i proponuje im darmowe "zrobienie ust", bo "firma daje w gratisie, a ona chce sobie tylko zrobić kreski".
Zostałam zaproszona do gabinetu przez podejrzanie młodą kosmetyczkę i jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że na łóżku już leży jedna babeczka. Wiecie co, nie włóczyłam się po wielu salonach kosmetycznych w życiu (bana dostałam 3 lata temu od dermatologa, gdy jedna kosmetyczka źle mi oczyściła twarz i rozsiała trądzik na całą twarz, co doprowadziło później do retinoidów - ale o tym już pisałam kiedyś), ale dla mnie gabinet to pomieszczenie z jednym łóżkiem. I ma być nastrojowo, odprężająca muzyka i inne takie bzdety (lol, kiedyś nawet zahaczyłam o spa, o jezusku, ale to był komfort).
Ok, babeczka leży na łóżku po prawej. Kosmetyczka wskazuje mi łóżko po lewej stronie, za parawanem. 
A że to było ostatnie piętro, to zauważyłam jeszcze, że balkon został oszklony i znajduje się tam trzecie łóżko.
Ogarnijcie to, zero prywatności. Miałam robiony zabieg na gębie, ale przecież inne części ciała też podlegają torturom i ten teges... Nie chciałabym być oddzielona od innych tylko parawanem. Albo szkłem.
Położyłam się na wyrku, dziunia zmyła mi makijaż i zaaplikowała pod oczy maskę algową. Żadnego peelingu kawitacyjnego nie miałam. Leżę sobie tak 10 minut i czekam, moja dziunia obrabia klientkę z drugiego łóżka. Skończyła, wraca do mnie, nakłada mi kwas hialuronowy pod oczy, zasłania gałki okularkami i włącza laser. Coś tam buczy, pomimo zamkniętych oczu i okularów laser razi mnie w oczy. Potem znowu kwas i znowu laser, w sumie operacja ta była powtarzana 3 razy. O, zapomniałam, w międzyczasie przyszła koleżanka, dziunia #2 i zaczęły sobie gadać o grafiku na przyszły tydzień. No kurde...
Potem aplikacja witaminy C na te moje wory (jedyna fajna rzecz - dziunia zrobiła mi masaż twarzy, mmm, please, don't stop) i krem z witaminą F na całą twarz.

Materiał poglądowy w postaci zdjęć zobaczycie dalej przy brwiach, bo to te same zdjęcia, a chcę was trochę potrzymać w niepewności :P

Czy zauważyłam jakieś efekty po jednym zabiegu? Chociaż byłam zła na obsługę, to odniosłam wrażenie, że ta krecha, która odchodzi od kącika oka (w moim przypadku dochodzi bardzo daleko na policzki) skróciła się. A ponieważ wykupiłam sobie dwa kupony, to za tydzień idę na kolejny zabieg... Może zmiany będą większe :]

Uwaga uwaga, teraz kolejny akcent humorystyczny. Po zabiegu poszłam do centrum handlowego i zostałam zgarnięta przez ekspedientkę ze stoiska Seacret. Firma ta robi obrzydliwie drogie kosmetyki z minerałami z Morza Martwego (jest jeszcze druga podobna firma, nazywa się Premier, jest ciut tańsza i w sumie dopiero wczoraj zauważyłam, że to dwie różne rzeczy, lol). Zasiadłam sobie na krzesełku, wyżaliłam się lasce, że byłam właśnie na usuwaniu worków spod oczu, to ona zaczęła mnie pocieszać i zaproponowała zaaplikowanie ich kremu pod oczy. Ja tam darmowych kosmetyków nie odmawiam ;) więc się zgodziłam. I dalej nastąpiła taka oto wymiana zdań:
ja: wysypiam się po 8 godzin dziennie, a jak wstaję, to te worki i tak są. Niech pani zobaczy, ja mam nawet już zmarszczki pod oczami.
laska: jakie zmarszczki, o czym pani mówi, przecież pani ma najwyżej 28 lat, jest pani za młoda.

W lutym skończyłam 23 lata. Dziękuję bardzo za postarzenie mnie, od razu mam lepszy humor :P
A potem dowiedziałam się, że ten krem, który mi dała pod oczy, kosztuje 360 zł ("ale słoiczek ma 50 ml"). Uciekłam czym prędzej z tego siedliska zła

Prosto do Sephory.

W sumie planowałam brwi zrobić sobie dopiero za tydzień-dwa, ale okazało się, że cena 45 zł jest promocyjna, a promocja kończy się jutro, czyli dzisiaj. W popłochu podbiegłam do Brow Baru i pytam laskę, czy dałoby się mnie wcisnąć bez zapisów. Ok, tylko musiałam poczekać 10 minut.

Znowu zasiadłam na krzesełku, specjalistka metodą 3 patyczków "zaprojektowała" mi nowy kształt brwi i się zaczęło.
Wosk nie był bardzo gorący, co doceniam. Ruchy były szybkie, acz delikatne, więc specjalnie mnie nie bolało. Był tylko problem z jasnymi włoskami pod brwiami - no, każdy jakieś tam włoski ma, a że u mnie są jasne i nie stanowią integralnej części z brwiami, to zostawiałam je własnemu losowi, co zresztą zobaczycie na zdjęciach. Woskowanie tej części - już bardzo blisko powieki, do najprzyjemniejszych nie należało.
Po wosku było jeszcze dopieszczenie szczegółów pęsetą (dla mnie nie istnieje "pinceta", co to w ogóle za słowo), zgumkowanie resztek wosku i pokrycie brwi jakimś specyfikiem, którego nie potrafię niestety sklasyfikować. I wyszłam dalej do ludzi pomimo czerwonego obramowania wokół oczu ;)
Jak wspominałam, przyjemność to kosztowała 45 zł. Normalnie kosztuje chyba 65. Drugi raz za taką ceną na pewno się nie wybiorę, będę teraz w domu próbowała odtworzyć ten kształt ;) Bo na nim najbardziej mi zależało - chciałam mieć bardziej wyraziste brwi, a sama zawsze robiłam sobie taki beznadziejny łuk.

Przebrnęłyście przez pisaninę? To zapraszam na zdjęcia!
Oto moje małe kaprawe oczko tuż po obudzeniu się (8 godzin snu). Nie wymyśliłam sobie tych sińców, nie? Nawet kącik oka mam siny. Możecie też popodziwiać moje przerzedzone dolne rzęsy - nie wiem, o co chodzi, że mam ich tak mało.



A to dzisiaj rano. Nie popisałam się wczoraj przy demakijażu i resztki tuszu mi zostały - shame on me. 

widzicie maleńki pieprzyk na linii dolnych rzęs na prawym oku? ale czad :D

Odnoszę wrażenie, że dziś moje sińce zmieniły kolor z fioletowych na różowe. I nie są takie "długie" - jeśli ktokolwiek wie, co mam na myśli.
A brwi? Mniam! O coś takiego mi chodziło.

Podsumowując: laserowe usuwanie sińców to jakiś żarcik, ale benefitowy Brow Bar w Sephorze polecam.

Blog Archive

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia