Jestem głupią cipą. 

Dowód - totalnie zignorowałam maila od Antonia z Firmoo, gdy tak bardzo chciał mi dać darmowe okulary. Jak się zorientowałam, że te okulary to jednak real deal, to ciągle nie mogłam wybrać się do okulisty po receptę i tak akcja blogerska minęła, a ja siedzę w moich poniszczonych patrzałkach z Vision Express. Postanowiłam sobie sprawdzić, co tam na mnie czeka w dziale "free" i byłam przerażona. Maleńki wybór oprawek, z których większość wygląda jak rapist glasses - nie dziwię się, że są za darmo. Poszłam wybierać w tych normalnych, płatnych. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie wysyłka kurierska opiewająca na prawie 19$. Wiem, że istnieje stały bonus na darmową wysyłkę powyżej 55$, co kusi dokupieniem sobie drugiej pary okularów korekcyjnych przeciwsłonecznych* Ale czy byłabym sobą, gdybym nie pomyślała "hej, a może jeszcze są inne takie serwisy, gdzie uciulam jeszcze taniej?". Wiecie, ten Polaczek-Cebulaczek ze mnie wyskoczył. 
Oczywiście, że są! Głodnych wrażeń zapraszam na Zenni Optical. Najtańsze rapist glasses już za 6.95$ Strona nieco toporna w obsłudze, wysyłka za 5$, wybór okularów też wydaje się większy niż na Firmoo (na pewno na Firmoo nie ma w tej chwili designu cat-eye, który mi się marzy, a na Zenni najtańsze dostałabym już za 13$). Po  wpisaniu PD (odległość między środkami źrenic) automatycznie oddziela oprawki, które będą za duże na nasz ryjek.. Z drugiej strony nie ma opcji zaznaczania idealnie środka tychże źrenic, więc ja spędziłam 2 godziny "przymierzając" okulary na krzywym zdjęciu. Intelektualne stymulowanie na naprawdę wysokim poziomie. 
Drugi serwis, na jaki wpadłam przypadkiem, to Warby Parker. Strona absolutnie przepiękna z niemniej pięknymi prawdziwie designerskimi oprawkami - jedyna buba to stała cena 95$. Biorąc pod uwagę polskie ceny ładnych oprawek - i tak wygląda to na niezłą ofertę. Dodatkowy atut to Ryan Gosling, który już tam zrobił zakupy:




*spróbujcie sobie zrobić korekcyjne przeciwsłoneczne w salonie na własnych przyniesionych oprawkach (w moim wypadku zerówki kupione na allegro, in your face, Ray Ban). obsługa w Vision Express gardzi takimi osobnikami bardziej niż zabłąkanymi "macaczami" oprawek - bo przecież powinnam sobie kupić te gargantuiczne designerskie  okulary, najlepiej z ogromnym logo marki (fuj fuj fuj), w których wygląda się pretensjonalnie, bo przynależą do pięknych szczupłych ubranych na biało pań jeżdżących kabrioletami po Lazurowym Wybrzeżu, a nie do skromnej 24latki, która latem w Warszawie chce cokolwiek widzieć. poleciałam z tą dygresją, miało być tak - no za chuja pana nie da się w salonie sklecić ładnych i w miarę twarzowych okularów korekcyjnych na lato za mniej niż 500 zł. z drugiej strony moje skąpstwo na zerówkach z allegro wcale nie wyszło mi na dobre - po roku oprawka pękła w takim miejscu, że żaden salon optyczny nie podjął się jej naprawy, bo "trzeba by tu nagrzać plastik i połączyć, a nie wiadomo, jak to wpłynie na konstrukcję, wie pani, ten plastik pewnie i tak by się szybko pokruszył". każdy dawał mi "wizytówkę" mitycznego salonu na Pradze, gdzie podobno siedzi hardkorowy dziadek i naprawia takie usterki. pod podanym adresem na streetview widnieje zapuszczona dziupla, a rzekome godziny otwarcia pokrywają się idealnie z moimi biurowymi godzinami pracy. no same wymówki.
na pewno zaraz się znajdą głosy "za jakość trzeba niestety zapłacić". ja odmawiam płacenia 500 zł** za okulary, które w naszym klimacie są przydatne 4, maks 5 miesięcy w roku (optymistycznie rzecz ujmując), jeśli prawdopodobnie po 2 latach moja wada wzroku znowu się zmieni (wymiana szkieł - minimum 300 zł). pozostaje opcja przerzucenia się na soczewki kontaktowe w porze letniej - dla mnie niewykonalne, bo okulary to element mojej tożsamości i ostatnia bariera przed prawdziwym światem (mam na myśli "wyglądam ciut inteligentniej i wykorzystuję to na maksa"). w soczewkach wytrzymuję maks 10 godzin i to nie przed komputerem. 
tak tylko musiałam dobitnie się wyżalić, dlaczego bardzo, ale to bardzo potrzebuję korekcyjnych okularów przeciwsłonecznych, joł. 

**gwiazdka do gwiazdki, brawo. wiem, że odwołuję się tu do pewnego schematu myślowego rozpowszechnionego w Polsce - kupujemy co roku trzy razy w sezonie zimowe buty za 80 zł, zamiast kupić jedne dobre za 400 zł na kilka lat, ale jak przyjdzie co do czego i trzeba nabyć sukienkę na na wesele koleżanki za drobne 500 zł (i wiemy z góry, że to będzie jedyna okazja do założenia, bo żadna szanująca się dziunia nie pójdzie gdzieś dwa razy w tej samej kreacji), to żadna się nie zawaha (tzn ja się zawaham, bo żadnej z moich koleżanek nie grozi wyjście za mąż w najbliższym stuleciu. czekam na okazje, żeby sprawdzić, czy ten mechanizm u mnie działa). 

Ja tu pitu-pitu, a może jest jakiś patent na Firmoo, o którym nie wiem? :)

Intensywnie regenerujący szampon Biovaxu z proteinami mlecznymi pojawił się w mojej łazience (pojawił! jakby którejś nocy przyniosły go krasnoludki) naprawdę dawno temu i to w dodatku przed moim odkryciem, że w sumie moje włosy aż tak bardzo w proteinach (jakichkolwiek) się nie lubują. Myślę, że mogły to być wakacje zeszłego roku ;)
Ale od początku.


biovax.pl

Szampon dostajemy w pudełeczku z piardyliardem literek upewniających nas w przekonaniu, że dobrze wydałyśmy swoje (lub nie) ciężko zarobione miliony monet. Te same informacje znajdą się później na butelce, włącznie z informacją w jakiej temperaturze należy produkt przechowywać (takie cuda!).

Dziś nie wiem dokładnie, czemu wybrałam akurat ten szampon Biovaxu - podejrzewam, że skusiły mnie obietnice producenta dotyczące zarówno regeneracji włosów jak i ochrony skóry głowy, co by w sumie pasowało do logiki moich ówczesnych działań post-retinoidowych związanych z włosami (no nie, a ta cała czasy o tym samym, Olga, ile można!). W wielkim skrócie - skóra mojej głowy do września w zasadzie nie produkowała żadnego sebum. Ledwo się wyrabiała z tą minimalną ilością potrzebną dla ochrony, żeby mój skalp jakimś cudem się nie wysuszył i skurczył, a w konsekwencji niechybnie odpadł z mojej głowy (tak, groteska, tego mi trzeba). 

Wszystkie szampony tej marki mają prosty, miły w użyciu design. Zatrzask klapki jest w sam raz - nie rozwali paznokci pod prysznicem, a myślę, że nie otworzyłby się też przypadkiem w podróży (to zawsze był mój wyjazdowy poker - czy ten żel/szampon się otworzy i upieprzy wszystko w kosmetyczce?). 
Dziurka należy do tych mniejszych, a i sam produkt jest na tyle gęsty, że nie ma mowy, żeby przypadkowo wylać go za dużo - co okaże się bardzo przydatne.

Omawiany szampon intensywnie regenerujący ma bardzo gęstą, kremową konsystencję i upojny zapach... Hm, budyniu śmietankowego. Jeśli lubicie takie klimaty smakowo-zapachowe, to będziecie w niebie. Ja byłam ;) Ale do rzeczy Olga, do rzeczy! Szampon nie pieni się zbyt dobrze na brudnych włosach przy pierwszym myciu - wiadomo, jakoś te brudy trzeba zmyć, niestety miałam wrażenie, że radzi sobie z tym średnio właśnie przez bogatą konsystencję. Jakby nie było, szampon jest przeznaczony do włosów zniszczonych - moje do takich nie należą (i nie należały też te kilka miesięcy wcześniej). Myślę, że przez to niedopasowanie produktu do moich potrzeb nie mogę go w pełni docenić.
Jakoś wczesną jesienią wzięłam się za eksperymenty z keratyną, które doprowadziły do konkluzji o nie, z tą panią i resztą jej koleżanek to się nie lubimy. Całkiem możliwe, że dodawałam za dużo półproduktów do masek (i teraz się dziwię, lol), ale gdy pozostałam przy proteinach w gotowych produktach, to już było spoko. Rzeczony szampon dawał u mnie optymalne rezultaty przy użyciu go dopiero w drugim myciu i nałożeniu lekkiej odżywki - zaznaczam lekkiej, bo przy cięższej zaczyna się hazard o oklap (gwarantowany przy połączeniu z maską). Z tego powodu Biovax wystarczył mi na dobre pół roku regularnego używania te 2-3 razy w tygodniu.
Nie mogę niestety ocenić, czy bardzo pomógł skórze głowy - moje łojotokowe zapalenie skóry robi co chce w czasie sezonu czapkowo-grzewczego. Przy ograniczonym stosowaniu włosy były ekstremalnie nawilżone, nie puszyły się i ładnie układały (co jest sporym osiągnięciem jak na moje wymagania).

Odnoszę wrażenie, że szampon sprawi się o wiele lepiej na włosach przesuszonych lub zniszczonych farbowaniem (w mojej wyobraźni widzę te wszystkie spalone na blond kłaki). Dla mnie przesadzenie z ilością użytego na raz szamponu okazała się być zbyt przytłaczające - a to proteiny, a to jakieś emolienty, no cuda wianki. Zapraszam na oficjalną stronę producenta, gdzie możecie zobaczyć skład jak i te wszystkie obietnice ;)

Produkty tego producenta widziałam chyba tylko w SuperPharmie - często są w miłych dla portfela promocjach, ja za ten szampon zapłaciłam bodajże 12 zł.

+++

Mój organizm zastrajkował. Dokładnie tak:



Od 11 miesięcy ciągnę pracę bez urlopu, od grudnia niedoleczone zapalenie zatok, od stycznia kurs. Do zapalenia zatok dołączyła bliżej nieokreślona infekcja. Mimo wszystko udaję, że jestem niezniszczalna i chodzę do pracy jak gdyby nigdy nic.

Wspólnym doświadczeniem całej ludzkości jest (bardzo szeroko rozumiane) dążenie do szczęścia. Zależnie od osobistych naszych predyspozycji/czasów/gospodarki/wstaw-cokolwiek-co-uznasz-za-stosowne dążymy chociażby do stanu względnej równowagi, gdy nie ma ochoty walić się ciągle głową w ścianę szepcząc cichutko "ja pierdolę". 
Pojawia się pytanie - czym jest szczęście. Wszystkie tęgie umysły zebrane razem nie stworzą dobrej definicji, a koniec końców i tak mimowolnie podporządkowujemy się utopistycznej wizji splecionej ze skrawków Disneya, reklam podpasek, kiepskiej kobiecej literatury, etosu rycerskiego i marzeń o podbiciu kosmosu.

I tu jest ten moment, gdy wszystko się wycisza, a z nieba spada snop promienistej zajebistości i oświeca mnie (a ja szybciutko dzielę się tym odkryciem, bo nie zdołałabym unieść sama tej wiedzy).

Konkluzja jest następująca: każdy z nas byłby od dawna przeszczęśliwy niczym żółwie wpierdalające sałatę, gdyby jego ogólne oczekiwania wobec rzeczywistości były niższe.
Nie mówię "niskie", nie mówię o pesymiźmie, nie mówię o przekreślaniu wszelkich marzeń. Nie nawiązuję do żadnego niemieckiego filozofa z XVIII lub XIX wieku. 

Moja konstatacja jest całkiem prosta - średnie oczekiwania wobec rzeczywistości wbrew pozorom dają więcej ogólnej, codziennej radości. Z jednej strony mniej rzeczy nas frustruje i rozczarowuje, z drugiej o wiele łatwiej jest o pozytywne zaskoczenie. 

Przemówiłam. 




Pamiętacie moją spowiedź wieloryba? I powrót wieloryba, który nastąpił kilka miesięcy później na skutek wielu pomyłek i obrzydliwego lenistwa? 
Obecnie spotkanie z lustrem w najlepszym wypadku wywołuje u mnie taką reakcję:




(jako zakompleksiony paranoik jestem pewna, że reszta ludzkości też tak reaguje)

Znalazłam się w sytuacji, gdy przy moim metaboliźmie sama dieta nie mogła mi wiele pomóc - katorżnicza dieta 1200 kcal nie przyniosłaby skutku przy 8-godzinnym siedzeniu na dupsku w biurze. A na pewno nie stałoby się to prędko. Był październik, mój jedyny i ulubiony sport czyli jazda na rowerze nie wchodził już w rachubę. Mam w domu rower stacjonarny, ale na bogów, samo kręcenie pedałami przez 45 minut w 4 ścianach to żadna przyjemność, a przy włączaniu serialu zaraz przestawałam się skupiać na kręceniu i tyle było z wysiłku.
Włączenie sportu do codziennej rutyny pojawiło się też z innego powodu - od niemal roku intensywnie się biurwię. Moje obowiązki w pracy wymagają trwałego przyspawania dupy do fotela - po kilku miesiącach takich "atrakcji" mięśnie same zaczęły się domagać ruchu, bo te krótkie spacery między poszczególnymi przystankami komunikacji miejskiej to było po prostu za mało (jestem przyzwyczajona do chodzenia zamiast podjeżdżania, zanim zamknięto Świętokrzyską, to dziwiłam się moim znajomym ze studiów, którzy podjeżdżali autobusem z metra na uniwersytet. jeden przystanek, seriously?).

Pojawił się problem - co tu by wybrać?

Drogą eliminacji odrzuciłam basen (nie wiem co bardziej tu zaważyło, kompleksy czy włosy, które musiałabym traktować do suchości suszarką - aż tak bardzo nie jestem przewrażliwiona w tej kwestii pielęgnacji, bardziej chodzi mi o szlag, jaki by mnie trafiał za każdym razem od noszenia własnej suszarki o mocy silnika jumbo jeta). W sumie to z miejsca odpadły wszystkie sporty, których uprawianie wymagałoby płacenia - siłownia, wszelkiego rodzaju fitnessy i aerobiki. Jak jestem zdeterminowana, żeby się ruszać, to niestety mój portfel zastękał złowrogo i powiedział "nie ma szans". Było to niezwykle smutne i brzmiało tak:


Tak tylko gwoli ścisłości przypominam, że mieszkam w stolicy. Najtańsze karnety open z siłowni, jakie mi odpowiadały, kosztują 180 zł. Nie widziałam też sensu w zapisywaniu się na zajęcia raz w tygodniu - od takiej ilości przecież nie schudnę. 
Przypomniałam sobie o Urbanku i Jillian Michaels, a konkretnie o Shredzie. Mój konkretny problem ze Shredem był taki, że absolutnie nie miałam ochoty wykonywać tego samego zestawu 10 dni z kolei, ale sama idea ćwiczenia z monitorem, a nie żywym człowiekiem bardzo mi się spodobała ;D Na całe szczęście USA obfituje w dzikie ilości celebrytów-trenerów wydających swoje programy na dvd, zaczęłam gadać o tym z B. i tak w moim życiu pojawił się... Shaun T. 
Shaun T to wyrzeźbiony do granic absurdu przystojniak o nieziemskim uśmiechu. Same popatrzcie:

ginmillerfitness.com 
Shaun zaczynał jako tancerz, można zobaczyć go między innymi w teledyskach Mariah Carey. Wypuścił kilka programów ćwiczeniowych - warto dodać, że jeden z nich jest przeznaczony stricte dla nastolatków (w sumie fajna opcja dla dzieci, które bałyby się zabrać za coś "poważniejszego"). 

(w tym momencie otwieram ogromny nawias, aby podzielić się z wami pewnym wyznaniem...



koniec nawiasu, wracamy do tematu).

Lajtowe programy Shauna opierają się na tańcu i w sumie przypominają aerobik - ale w fajniejszych ciuchach i przy lepszej muzyce ;) Jeden z takich programów to Rockin Body - do wyboru mamy kilka workoutów o różnej długości i natężeniu. Przetańczyłam wszystko, ale pojawiło się pytanie - co dalej? Nie odważyłam się na 60-dniowy program Insanity, bo, hm, jak sama nazwa wskazuje, wymaga pewnej dozy szaleństwa, której jeszcze w sobie nie mam (godzina intensywnych ćwiczeń dziennie? ojć!).
Zdecydowałam się na Hip Hop Abs, 4-tygodniowy plan ćwiczeniowy, na który składają się 4 workouty, które sobie wykonujemy w odpowiedniej kolejności 6 razy w tygodniu (niedziela wolna). Ja od samego początku wiedziałam, że 6 razy w tygodniu mi się nie uda (bo ciągle gdzieś się szwendam), więc przygotowałam sobie tabelkę na 5 tygodni z założeniem, że dwa dni w tygodniu robię sobie wolne od ćwiczeń. Mój realistyczny plan założył, że dniem wolnym na pewno będzie piątek, bo na ogół po pracy od razu gdzieś idę i inny dzień roboczy - zdecydowanie łatwiej znaleźć mi czas na ćwiczenia w weekend. 

Oryginalny plan Hip Hop Abs wygląda mniej więcej tak:



Jak widać, pierwszy tydzień jest lajtowy. Fat Burning Cardio trwa 30 minut (z rozgrzewką i rozciąganiem). Ab Sculpt to 24 minuty. W drugim tygodniu już się łączą - wiadomo, odpuszcza się wtedy rozciąganie z pierwszego zestawu i rozgrzewkę z drugiego. W trzecim tygodniu pojawia się Total Body Burn, który trwa 42 minuty. Ostatni Hips, Buns & Thighs to 25 minut. 
Fat Burning Cardio (zwane dalej po prostu Fatem) to bardzo przyjemny zestawy ćwiczeń, który pod względem intensywności umieściłabym gdzieś między 1 a 2 poziomem Shreda. Czyli można się fajnie spocić, ale raczej nie zaczniecie stękać z wściekłości i wyklinać przodków - no chyba że absolutnie nie macie kondycji i wejście na pierwsze piętro powoduje u was zadyszkę. 
Total Body Burn jest już nieco gorszy - Shaun ani na chwilę nie zwalnia (jak już się nawyknie do wysiłku, to nawet się człowiek nie orientuje, że 40 minut minęło). 
Schody pojawiają się przy krótszych programach. Cały program, jak sama nazwa wskazuje, skupia się na ćwiczeniach mięśni brzucha. Sęk w tym, że Shaun nie wierzy w brzuszki i katuje nas w zupełnie inny sposób za pomocą trzech literek T: tilt, tuck and tighten. 

O co chodzi? Zachęcam do obejrzenia fragmentu występu u Ellen (tak, każdy moment, gdy Shaun podnosi koszulkę, jest moim ulubionym :D). 



Cały workout to wariacje na temat zaciskania mięśni i zmuszania ich do pracowania całym ciałem. Ja przyznaję się od razu, że gdy robiłam Ab Sculpt po raz pierwszy i próbowałam dotrzymać tempa ludkom z monitora, wymiękłam po 15 minutach. 
Hips, Buns & Thighs też jest bardzo intensywny, ale jak łatwo się domyślić, skupia się już na innych częściach ciała i był to chyba jedyny przypadek, gdy obudziłam się następnego dnia z zakwasami w udach od tych wszystkich przysiadów w rozmaitych kombinacjach. 

Ku własnemu ogromnemu zdziwieniu udało mi się wytrwać w postanowieniu regularnych ćwiczeń przez 5 tygodni. Jeśli zdarzyła mi się obsuwa, po prostu kontynuowałam dalej wg planu, ale ani razu nie miałam przerwy dłuższej niż 3 dni. Na pewno duża w tym zasługa Shauna - wiem, wiem, to dziwnie brzmi, że jakiś mięśniak z monitora mnie motywuje i czaruje swoim cudownym uśmiechem*, ale krzyki you can do it, give me 5 more! naprawdę pomagają. 

*Shaun ma męża. ja to mam farta, nooo.

Teraz pojawia się pytanie - czy program działa i czy są jakieś efekty?

W trakcie programu, czyli w październiku, nie stosowałam żadnej specjalnej diety redukcyjnej, bardziej trzymałam się zasad Nie Żryj Tyle oraz No Serio, Ta Czekoladka Nie Poprawi Ci Humoru (można by oczywiście polemizować, że sałatki też nas nie uszczęśliwiają, ale zasadniczo łapiecie, o co mi chodzi). Spadek wagi odnotowałam na poziomie 2,5 kg ale nie przywiązałam się do niego za bardzo, bo w listopadzie pochorowałam się i wszelkie ćwiczenia szlag trafił. A potem był grudzień (i resztę możecie sobie same dopowiedzieć). 
Niewątpliwie moje mięśnie brzucha zaczęły się kształtować i gdzieś głęboko pod zwałami tłuszczu czekają cierpliwie na wyjście na wierzch (gorzej tego nie dało się ubrać w słowa, nie?). Wiem to, bo w listopadzie chodziłam jeszcze krótko na taniec brzucha (trololo, od dawna chciałam to zrobić, ale nigdy nie mogłam się przemóc, bo rzeczonego brzucha było zawsze za dużo) i w czasie rozgrzewki zorientowałam się, że ćwiczenia takie jak brzuszki sprawiają mi o wiele mniej problemów. W styczniu zaczęłam nowy program (o którym jeszcze będę pisać) i nauczyłam się w końcu robić pompki. Damskie to damskie, ale mimo wszystko pompki. Zawsze myślałam, że to ćwiczenie zależy w całości od silnych ramion - nie macie nawet pojęcia, w jakim byłam szoku, gdy w wieku 23 lat odkryłam, że 3/4 sukcesu leży właśnie w mięśniach brzucha. 

Co jednak jest zdecydowanie ważniejsze, większa zmiana dokonała się w mojej głowie. Szczerze polubiłam wysiłek fizyczny rozumiany nie jako środek do celu (jakim jest schudnięcie), ale jako cel sam w sobie. Moje wcześniejsze podejście rozumieją te osoby, które w szkole zawsze unikały wfu i uważały, że mają lepsze rzeczy do roboty niż jakieś tam bieganie. 
Nie mówię, że nagle zostałam maniaczką i ćwiczę 3 razy dziennie. Zmieniło się całkowicie moje podejście do sportu - nigdy bym nie podejrzewała, że to równie dobry sposób na spędzanie wolnego czasu jak chodzenie do kina czy czytanie książek. Nie wierzyłam w to, że wysiłek wyzwala endorfiny i dodaje energii (bo niby jak mam mieć energię po aerobiku, powiedziałaby 18-letnia Olga). Rok temu wyśmiałabym też każdego, kto by mi mówił, że sport jest dobry na bóle menstruacyjne czy bóle głowy - dobra, nadal w pierwszej kolejności biorę tabletkę, ale przenosząc to w klimaty gimnazjalno-licealne, nie prosiłabym teraz rodziców o zwolnienie z wfu z powodu "niedyspozycji".

/nazwijcie mnie nieczułą suką, ale szlag mnie trafia, jak słyszę teksty "o rety, od tygodnia mam pms i jestem taka napuchnięta, tak mi źle i niedobrze, zjadłam kompulsywnie 3 tabliczki czekolady, niech mnie ktoś przytuli" - to weź się kurwa ogarnij i znajdź sobie konstruktywne zajęcie, które odciągnie uwagę od pmsu, bo od narzekania jakoś nikomu nie poprawiła się jakość życia/


Wiosna idzie, za dwa lub trzy tygodnie wrócę pewnie na rower. Cały czas śmigam też do workoutów i mam nowy cel: 30 minut nieprzerwanego biegu. Trochę mi wstyd, że potrafię zrobić dziennie 50 km na rowerze, ale wymiękam po przebiegnięciu 100 metrów. Jak budować kondycję, to na całego!

Laski, a jak to jest u was? Boicie się potu czy wprost przeciwnie? Jakieś doświadczenia z Jillian lub innymi wideo-trenerami? 

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia