Pełna nazwa tego kremu jest długa i wychuchana niesamowicie: DayWear Advanced Multi-Protection Anti-Oxidant Creme SPF 15. 
Nie ma co robić specjalnie tajemnicy z faktu, że w ramach praktyk pracowałam na rzecz Estee Lauder i poznałam bardzo dobrze pielęgnację i kolorówkę tej firmy. Są produkty, które podbiły moje twarde jak kamień serduszko, jak i takie, które nie wzbudziły większych zachwytów (zdecydowanie negatywnych opinii mimo wszystko brak). 

DayWear występuje w wersji dla cery normalnej/suchej i mieszanej/tłustej, tą drugą testuję z wielkim zapałem od marca, więc szczęśliwie mogę się wypowiedzieć, jak krem się zachowuje w rozmaitych warunkach pogodowych :)
Zasadniczo krem ten ma przeciwdziałać oznakom starzenia się skóry na kilku poziomach: zawiera kompleks anty-utleniaczy, filtr SPF, nawilża skórę, pomaga zredukować ziemistość cery i widoczność pierwszych drobnych linii. 
Dużo obietnic jak na jeden produkt - niby do końca nie zostało to opisane, ale określiłabym go jako typowy ochronno-przeciwstarzeniowy krem miejski dla kobiet w wieku 20-35 (lubię mieć tak informacje usestymatyzowane, a co!). 

esteelauder.pl tak, znowu pożałowałam czasu na własnoręczne cyknięcie fotki

Kremidło jest dostępne w dwóch pojemnościach: 30 i 50 ml. Słoiczek jest szklany, bardziej zielonkawy niż powyższa grafika (typowo niebieski jest nawilżający Hydrationist). O higieniczności słoiczków, a raczej jej braku, napisano już tyle, że nie będę od siebie dorzucać (mimo wszystko, szklany słoik to po prostu pewien standard droższych marek - tubki nie są luksusowe. nie przypomnę sobie teraz, ale ktoś mi opowiadał true story o pewnej klientce, która po godzinie dobierania kremu zrezygnowała z nieco lepiej odpowiadającego jej potrzebom na rzecz tego, którego opakowanie bardziej jej pasowało do kafelków w łazience. chciałabym mieć takie problemy jak krem za 800 zł kłócący się kolorystycznie z wystrojem wnętrza, chlip!).

Pierwsze wrażenia organoleptyczne są miłe: smarowidło ma lekko zielonkawy kolor, lekki i orzeźwiający aromat ogórkopodobny (nie utrzymuje się na skórze po aplikacji), a konsystencja jest leciutka. Dzięki temu aplikacja jest czystą przyjemnością - wystarczy mała ilość kremu na pokrycie całej twarzy, a wchłanianie jest ekspresowe. Tutaj warto zaznaczyć, że DayWear jest bardzo wydajny - używałam go nonstop przez prawie 3 miesiące rano, dopiero w czerwcu zaczęłam go zdradzać z innymi kremami na dzień, a jeszcze nie dobiłam dna. 
Warto tu zwrócić uwagę na fakt, że DW jest zasadniczo przeznaczony do stosowania na dzień jak i w nocy. Wychodzę z założenia, że nie ma co ryja na noc niepotrzebnie katować zbędnymi substancjami - w tym wypadku filtrami (nie mam jeszcze określonego stosunku co do antyoksydantów), a jednocześnie lubię dość konkretne odżywienie - DayWear jako krem na noc jest dla mnie za lekki (cera mieszana w końcu też potrzebuje solidnego nawilżenia). 

Jedna rzecz mnie mocno rozczarowała - Estee Lauder pokusiło się o rozgraniczenie produktów dla różnych typów cer i niemal z automatu założyłam, że krem dla mieszańców będzie dawał efekt matujący. Otóż tak się nie dzieje (producent też nigdzie o tym nie pisze), matu nie ma, na pocieszenie wielkiego błysku godnego latarni morskiej też nie. 

Co natomiast wzbudziło mój dziki entuzjazm, to genialna współpraca z podkładami. DayWear tworzy idealną bazę pod makijaż - tapeta utrzymuje się dłużej w miejscu, a nawet jeden podkład, który smużył niezależnie od formy aplikacji, przestał to robić. Cuda wianki, powiadam wam. Działo się tak niezależnie od pory roku - w marcu, gdy jeszcze mieliśmy minusowe temperatury, wszystko hulało bez zarzutu, tak samo jak i teraz (zakładam przy tym, że mamy miłosierdzie dla własnej japy i powyżej 27-28 stopni nie tapetujemy się Colorstayem). 

Teraz pojawia się kwestia kontrowersyjna, czyli skład. Ja się nie znam, ale hej, od czego jest cosdna.com, gdy widzisz, że skład bardzo dobrze sprawującego się kremu jest dłuższy niż "Pan Tadeusz". Jeden samotny filterek gdzieś na końcu (więc powinnam cofnąć słowa o niepotrzebnym zasyfianiu skóry na noc), faktycznie dużo antyoksydantów, dużo emolientów. Nie wiem czy na tej stronie każdy składnik jest dobrze opisany pod względem zapychania i potencjalnego podrażniania, mi właśnie wyświetliło, że 4 składniki mają taki potencjał. Nie odnotowałam absolutnie żadnego negatywnego wpływu DayWeara na stan mojej cery - zapychanie, gule i krostki na szczęście się mnie nie trzymają (i niech tak zostanie, amen). 

Czy jestem zadowolona? Niekoniecznie nazwałabym to stanem ekstazy, który by mnie prowokował do pisania wierszy, ale jestem zauroczona faktem, że DW znakomicie nawilża buzię, jest świetną bazą pod podkład i nie generuje (przynajmniej u mnie) wysypu. Bez podkładu też daje radę, buzia jest promienna i wygląda zdrowo (a może to kwestia mojego trybu życia, diety i sportu? :D). W obietnice tyczące ochrony cery przed upływającym czasem i grawitacją muszę po prostu uwierzyć na zapas, że za kilka lat czoło będzie tak samo gładkie jak teraz ;D

Niewątpliwie podobne efekty można uzyskać kremem 5 lub 10-krotnie tańszym (tylko jakim, niech mi ktoś da cynk!). Regularna cena słoiczka 50 ml w drogeriach to 260 zł, oczywiście taniej o 50 zł da się znaleźć na Truskawie. Biorąc pod uwagę wydajność i działanie, którego się szczerze mówiąc nie spodziewałam, rozważam zakup następnego opakowania. Młodsza się nie robię, a swojej twarzy żałować odpowiedniej pielęgnacji nie zamierzam :D


Prawdopodobnie ten post miałby więcej sensu, gdybym napisała go w czwartek lub piątek, gdy dowiedziałam się o weekendowej promocji -30% na filtry w SuperPharmie. Z drugiej strony lato dopiero się zaczyna i na pewno będzie więcej podobnych okazji. 

Wstęp do filtromaniactwa: na co, po co i dlaczego. Moja krótka historia w tym zakresie zaczęła się dwa lata temu razem z retinoidami, które fotouczulają. Najpierw nastraszyły mnie moje dermatolożki, a potem sama bardzo boleśnie odkryłam, że niedostateczna ochrona przed słońcem wzmaga problem przebarwień i blizn potrądzikowych. Gdy leczenie zakończyło się sukcesem, postanowiłam sprawę kontynuować (zwłaszcza po lekturze Azjatyckiego Cukru na temat fotostarzenia i ogólnie ujmując azjatyckiej filozofii przeciwstarzeniowej). 

Muszę zastrzec przy okazji, że do noszenia filtrów nie podchodzę z religijną nabożnością przez cały rok. Owszem, wiem, że taki a taki typ promieniowania spokojnie przebija się przez chmury, szkło i szkodzi regularnie  także zimą, ale uważam, że trzeba gdzieś znaleźć zdrowy kompromis. Skóra jest w stanie przyjąć określoną dawkę rozmaitych substancji i uważam za całkowicie zbędne ładowanie na ryj dodatkowego filtra w trakcie tygodniowej śnieżycy (a takie atrakcje przecież w tym roku mieliśmy). Jeśli już zimową porą zdarzy się ładna pogoda, to ekspozycja na słońce też jest bardzo krótka - mówię tu o takiej sytuacji jak moja, gdy pracuje się (pracowało) w biurze i jedyny intensywny kontakt z promieniowaniem to było te kilkadziesiąt minut w trakcie porannej drogi do pracy (nawet mniej, jeśli jedziecie 15 stacji metrem). 
Przy normalnym funkcjonowaniu wiosną całkowicie wystarczają mi filtry zawarte w kremach na dzień, BB i podkładach (z zastrzeżeniem, że przed wyjściem z pracy najczęściej zmywałam szpachlę [pomijając oczy] i nakładałam nową warstwę filtra; nie mam większych problemów, żeby jechać do domu w takiej konfiguracji). 
Podsumowując: bitch please, bez nadgorliwości. 

Nieco większy problem pojawia się teraz, gdy słońca w końcu jest więcej. Generalnie mam w życiu poważniejsze problemy, ale pozwólmy sobie na rozkminkę: kłaść filtr, czekać aż się wchłonie i walić podkład, ryzykując bubę? Czy może BB wystarczy? A może jednak sam krem tonujący, bo coś dziś czuję się fabulous

Różnie bywa. Metodą prób i błędów odkryłam, które filtry lubią się z podkładami (nawet tymi cięższymi), a które są naprawdę przykre w użytkowaniu. Zaznaczam jednak, że z dwojga złego wolę, gdy twarz po użyciu filtra  się świeci niż gdy jest biała. Błysk po 15 minutach spokojnie można lekko zmatowić, a bielenie ciężko wybronić - nie lubię i nie stosuję kolorowych pudrów. Swoją drogą, jeśli ja mam problem z bieleniem, to 85% reszty osobników będzie miało jeszcze większy :D (dygresja: może to kwestia mojej estetyki, ale po prostu lubię być blada i ponoszę tego konsekwencje z pełną świadomością. że podkładów nie ma? ależ są, tylko w mniejszym wyborze i najczęściej pozostaje się trzymać sprawdzonych rozwiązań). 

Dwa lata temu niewiele myśląc poszłam do pierwszej lepszej apteki i zaopatrzyłam się w dwa Antheliosy z La Roche-Posay. Konkretnie to dwa lekkie fluidy w buteleczkach dedykowane do skóry normalnej i mieszanej: jeden biały, drugi barwiony. Z perspektywy czasu myślę, że mogłam trafić lepiej. Z drugiej strony dopiero co zaczęłam kurację Aknenorminem i przez pół roku wyglądałam jak kupa, a filtr niewiele zmieniał (zarówno na gorsze, jak i lepsze). Biały - jak łatwo się domyślić, bielił. Barwiony nadawał mi odcień pięknej cegiełki z Malborka. Błysk umiarkowany. Bardzo wysoka wydajność. 

Moją wielką zeszłoroczną miłością był azjatycki Natural Sun AQ Power Long-lasting Sun Cream SPF45 PA+++ z FaceShopa. Zupełnie nie wiem, czemu nie zainwestowałam w nową tubkę w tym roku. Na tyle na ile się da, podtrzymuję opinię - jest świetny solo, niewiele gorszy jako baza. Nie wiem jak by się sprawdził w tym roku, gdy moja cera nabrała już cech mieszanej i lubi się tłuścić w strefie T. 

W tym roku mój arsenał jest mocno rozszerzony i prezentuje się tak: 



Zacznijmy od lewej:

Bioderma Photoderm Max Creme SPF 50+ - link prowadzi do (chyba) nowej wersji w innym opakowaniu. Grunt, że krem jest przeznaczony głównie dla skóry normalnej i suchej, jest jeszcze fluid dla cery mieszanej i tłustej, który zamierzam capnąć. Wygodna, miękka tubka zawiera 40 ml bardzo dobrego produktu. Krem nie bieli jakoś drastycznie, ładnie się wchłania (prawie do matu) i dobrze współpracuje z podkładami. Kilka razy wymieszałam go z revlonowym Colorstayem (czas naglił :D) i uzyskałam wersję barwioną dopasowaną kolorystycznie <3 Przypadliśmy sobie do gustu i pozostaje mi tylko wzdychać, że tubka 40 ml to wydatek koło 70 zł, dlatego polecam poczekać na wspomniane wyżej promocje w stylu -30%. Olga daje na niego gwarancję ;)

Avene, Refleks słoneczny 50+ - nie mam pojęcia, kto się sili na poetyckie nazewnictwo w stylu refleks, ale niech będzie. Kupiłam go głównie ze względu na maleńkie, plastikowe opakowanie o pojemności 30 ml - tak do torebki. To mój ostatni nabytek z maja i jeszcze ciężko mi go ocenić, niemniej pierwsze testy wypadły pozytywnie - nie bieli. Ceny oscylują koło 50 zł, ale przecież nie byłabym sobą, gdybym nie dorwała go w promocji za 30, nie?

Nivea Sun Protect SPF 30 - tutaj celowo dałam link do KWC, bo mam podobne odczucia jak większość użytkowniczek wystawiających najniższą ocenę. Nigdy nie byłam fanką pomadek Nivei, na tą zdecydowałam się z powodu rzekomego wysokiego SPF i zakupu szczerze żałuję. Pachnie Niveą w ten zły, drażniący sposób, zostawia na ustach białą, średnio estetyczną warstwę. Na szczęście w moim wypadku nie wysusza ust, ale też ich specjalnie nie nawilża. Zmuszam się do używania jej gdy celowo się opalam (haha, taka jestem szalona) lub gdy wychodzę pobiegać i absolutnie mam w dupie, jak wyglądam. 

Dax Sun, Ochronny krem do twarzy na słońce SPF 50+ - ten krem znalazł się u mnie klasycznie za sprawą mamy - kupiła go dla siebie na wakacje, ale jak łatwo się domyślić, nie zużyła całego i teraz go wykańczam. Zdecydowanie nie jest to produkt do używania na co dzień w mieście, gdy chce się wyglądać normalnie. Nabłyszcza po prostu niemożebnie. Ze względu na niską cenę (16-18 zł) używałabym go regularnie pewnie na jakimś wyjeździe w tropiki, gdzie moje małe OCD kazałoby mi smarować się co godzinę :D Teraz zużywam go powoli tak samo jak pomadkę Nivei - w trakcie grzania dupy w ogródku lub przy okazji biegania. Obawiam się, że podatne na zapychanie cery go nie polubią.

Babydream, Krem dla dzieci SPF 50 - na KWC widnieją trzy wersje tego kremu, wklejam link do tej, która wydaje mi się odpowiednia. Wiadomo, produkt dla dzieci, rzecz jasna nie mogłam się powstrzymać i kupiłam go na wypadek awarii pozostałych. Nosiłam go w torebce całe zeszłe lato na wypadek bardzo ostrego słońca i używałam zarówno na twarz jak i odsłonięte partie ciała (kto raz poparzył sobie boleśnie ramiona, ten będzie rozsądnie nosił bluzki bez rękawków). Zalatuje alkoholem na kilometr, bielenie wchłania się po 30 minutach, twarze podatne też chyba mogą zostać zapchane. 


Podsumowując wyjątkowo krótko: charakterystyka ujawnia smutną prawdę, że w przypadku filtrów stosowanych na twarz nie ma co oszczędzać.

Smuteczek. 
10 dni nowego miesiąca, a ja jeszcze rozliczam się z poprzednim. Ba, rozliczam się ze wszystkim. 


polki.pl - a walnę wam zdjęcie całej kolekcji. "moje" mleczko to drugie od prawej z aloesem.
Garnier, Nawilżająca Pielęgnacja 7 Dni, Nawilżające mleczko do ciała z ekstraktem z aloesu - ogromną butlę dostałam od N., która nie przepada za mleczkami. Jak zwykle przy tego typu produktach nie wierzę w obiecanki-cacanki typu "nawilżenie utrzymujące się przez 7 dni", bo doskonale wiem, że to niewykonalne. Moja szanowna skóra na ciele nie należy do wymagających, utrzymanie jej w przyzwoitym stanie nie jest szczególnie wielkim wyzwaniem. Przy regularnym stosowaniu raz dziennie skóra była optymalnie nawilżona, wręcz wygładzona. Podobał mi się też lekki, orzeźwiający aromat, który nie utrzymywał się zbyt długo na ciele (może jestem dziwakiem, tak jak lubię ładny zapach w trakcie aplikacji, to niekoniecznie mam ochotę, żeby się potem na mnie utrzymywał, zwłaszcza w ciągu dnia). Konsystencja mleczka według mnie jest idealna na lato - łatwo je rozsmarować i szybko się wchłania. Po wykończeniu produktu rozcięłam opakowanie, żeby sprawdzić, ile zostało go w środku - raptem na dwa użycia (przypominam, to duża butla 400 ml, więc wynik całkiem niezły). Jako kompulsywny zakupoholik mam już kolejne balsamy w kolejce, ale jeśli garnierek będzie w promocji, to chętnie capnę którąś z pozostałych wersji (najszybciej tą z masłem kakaowym). 




Peeling roślinny do ciała z pudrem z pestek moreli. Prawdopodobnie największą zaletą peelingu Yves Rocher jest fakt, że rzeczony puder nie rozpuszcza się, przez co można się wymasować nieco dłużej. I niewiele więcej dobrego mogę powiedzieć - miękka tubka zawiera 150 ml dość rzadkiego produktu, który przy stosowaniu na całe ciało wystarczy na 7, może 8 użyć. Skóra jest nieco gładsza, na szczęście nie zostaje na niej żaden nieprzyjemny filtr. Wracam pokornie do cukrowych peelingów.



u Olgi jak zawsze pełna profeska, jeśli trzeba samej zrobić zdjęcie, nie
Garnier, Żel-krem oczyszczający Późną jesienią zaczęłam się rozglądać za jakimś doryjnym czyścikiem, który by odpowiadał potrzebom cery mieszanej i jednocześnie wrażliwej. Przy okazji chciałam, żeby ściągnęło trochę sebum, a koniec końców, miało być w miarę tanie. Żel-krem Garniera wpadł mi w ręce tylko i wyłącznie dlatego, bo a) był w promocji b) stał na wysokości moich oczu. Produkt faktycznie ma konsystencję, którą ciężko jednogłośnie określić, kolor biały, zapach typowy dla niskopółkowych produktów skierowanych raczej dla nastolatek (czyli dość chemiczny powiew świeżości, który można skojarzyć z ogórkiem). Nie miałam wobec tego żelu zbyt wysokich wymagań i dzięki temu nie rozczarował mnie mocno ;) a wręcz zastanawiam się, czemu zbiera same bęcki na KWC. Nie jest typowym produktem do demakijażu, więc przyjemnie mi się go używało do finalnego oczyszczenia cery po wstępnym zmyciu tapety micelem. Nie podrażnił mi buzi i nie dawał uczucia ściągnięcia. Jako że szczęśliwie wyrosłam z pryszczy (da się! score!), nie potrafię ocenić, na ile pomaga przy pielęgnacji naprawdę wymagającej, tłustej cery. Obietnice typu "oczyszczenie z zaskórników" zawsze wkładam między bajki przy okazji takich produktów jak żele do mycia, więc też nie oceniam go źle za pozostawienie moich niedoskonałości na nosie w takim stanie jak były ;) Ponownego zakupu raczej nie planuję, bo podobnych żeli są dziesiątki do wypróbowania, ale hejtu też nie żywię.





AA Wrażliwa Natura, Płyn micelarny do demakijażu oczu i twarzy - po niezbyt udanych doświadczeniach z innymi micelem AA byłam pewna obaw, czy ten gagatek też będzie takim niewypałem. Spieszę donieść, że tragedii nie ma :) Odnoszę to oczywiście do zmywania makijażu oczu i pierwszej warstwy tapety z twarzy (resztę zawsze doczyszczam żelem/pianką/whatever). Naprawdę zaskoczyła mnie skuteczność rozpuszczania nawet mocnego makijażu oczu (ciemne cienie, kredka, dwie warstwy maskary). Zaznaczam, że rozpuszczania, bo typowe zmywanie/przecieranie zakończy się pandą. Po dostaniu się do oczu nie szczypie - przynajmniej w moim przypadku (oceny na kwc i innych blogach są zgoła inne). Podobał mi się też fakt, że ten micel nie oblepia skóry i nie powoduje u mnie podrażnień. Proszę, prawie że pozytywna recenzja mi wyszła ;)


rossnet.pl

Ce Ce Med, Silk Conditioner - kolejny odrzut z łazienki mamy, nie wiem czy mogę rzetelnie ją ocenić, bo zużyłam ostatnią 1/4 opakowania. Nie żebym się znała, ale odżywka ma krótki skład, który mnie nie przeraża - cetearyl alcohol i propylene glycol robią to, czego się po nich człowiek spodziewa w kosmetyku (czyli nawilżają i nie podrażniają), a dwa parabeny na końcu... No cóż, całe to medialno-blogowe sranie żarem mnie nie rusza, skoro Komitet Naukowy ds. Produktów Konsumenckich przy Komisji Europejskiej potwierdził, że parabeny dają radę i określił maksymalną dawkę stosowania ich w kosmetykach, a w USA nawet zostały dopuszczone do konserwowania żywności. Moje włosy po tej odżywce były miękkie i lśniące. Możliwe, że kupiłabym kolejną butlę, gdybym przypadkiem nie odnalazła odżywki swojego życia, ale o tym kolejnym razem ;)


Batiste, Suchy szampon - mini-wersja Cherry 50 ml z glossyboxa. Kilka miesięcy wcześniej GB postanowiło mnie uszczęśliwić suchym szamponem Rene Furterer, który zostawiał na włosach nalot i ogólnie nie był porywający. Niby kumałam samą ideę produktu, ale nie miałam dla niego zastosowania - do czasu aż postanowiłam zapuścić grzywkę. Kto zapuszczał, ten wie, że gdy reszta włosów jeszcze wygląda dobrze, to grzywka już wygląda na nieszczęśliwą. Dodajmy do tego pogodę (bywało ostatnio ciepło albo potwornie duszno) i moje regularne treningi. Tragedia gotowa, ale Batiste jej zaradziło. Podoba mi się też efekt zwiększenia objętości ^^"
Zaopatrzyłam się już w dużą wersję Tropical i mam nadzieję, że będzie tak samo dobra jak Cherry. Plany obejmują używanie tylko na grzywkę, więc stosunek ceny do wydajności oceniam na cieszący serce i portfel sknery.


alibaba.com

Purederm - głęboko oczyszczające plastry na nos. Niech was ręka boska broni przed zakupem tego gówna. Zużyłam sumiennie całe opakowanie, żeby mieć pewność, że nie popełniłam jakiegoś błędu przy pierwszej aplikacji. Plastry zasychają bardzo szybko i mocno ściągają skórę. Nawet ultra delikatne ściąganie boli. Nie usuwają absolutnie nic, a wręcz zostawiają na nosie grubą warstwę kleju. Ewentualny efekt oczyszczenia fundujecie sobie przez zeskrobanie owego kleju paznokciami, ale gdybym miała fantazję, żeby tak się tak pozbywać zaskórników, to prędzej bym użyła kleju do tapet. Albo po co się certolić, od razu  można chlusnąć rozpuszczalnikiem w twarz.
Plastry zdybałam w Hebe, kosztowały 12 zł. Odradzam wszystkim stanowczo, ugh. 

+++

Moja pierwsza sesja z modelką była fiaskiem. Tak się zestresowałam, że nie mogłam zapanować nad symetrią kresek (osiągnęłam typowy dla siebie stan, że każda z kresek osobno wyglądała bardzo ładnie, ale nijak nie przypominała tej drugiej). Ciągle przeraża mnie malowanie rzęs drugiej osobie - najchętniej dałabym modelce maskarę, żeby sama ogarnęła temat, ale przecież muszę się tego nauczyć. Jedyne, co mi dobrze wyszło, to upięcie włosów (zrobione w dużej mierze przez przypadek), ale nie widać go, bo koniec końców zdecydowałam się na zdjęcia en face. Typowa Olga.

+++

Wypowiedzenie złożyłam w zeszłą środę. Ze stresu rozbolała mnie nieludzko głowa. Spałam 12 godzin, chociaż mogłabym więcej. Czas ucieka mi przez palce. Turlam się po lesie albo leżę na trawie w ogrodzie. Cieszę się tym chillem tak długo, jak się da.


czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia