Opowiadanie obrazami dawno przestało być zarezerwowane dla filmowców. Więc oto moje krótkie podsumowanie ostatnich tygodni. 

Historia #1







Historia #2, jak to pracowałam na planie teledysku Divines.






Piękny sweter w jelenie!


Taka ze mnie wizażystka, ehe. 



Historia #3 Jak z Martą robiłyśmy mi zdjęcia.



Efekty wkrótce będą opublikowane.

#4 w sumie bez historii, same randomowe obrazki





Jest jeszcze kilka ulic w Warszawie z gazowym oświetleniem.


Pies mojej szefowej przestał na mnie warczeć.



Bez samojebki w lustrze się nie liczy.


Hasło roku.
Z września i października, razem trochę się tego uzbierało i wymagało podzielenia na kategorie. Zapraszam :)

Ryj:
kwc.wizaz.pl
Avon, Clearskin Głęboko oczyszczająca maseczka przeciw wągrom - jestem fanką maseczek w tubkach i nie za bardzo rozumiem, skąd trend na niby jednorazowe saszetki. Wychodzi drożej, a jedyny sens stosowania maseczek wynika z konsekwencji i regularności. No trudno, ja tu nie rządzę.
Wychodzę z założenia, że sama maska bez żadnego wspomagania nic nie wskóra przy mocno zanieczyszczonej cerze, więc nie oczekuję, że po jednym zastosowaniu wągry zrobią "adios" i się ulotnią. To jest grubsza robota, więc bardziej realne oczekiwania moim zdaniem należy ograniczyć do oczyszczenia i wygładzenia skóry z bieżących problemów. Z tym maseczka radzi sobie jak na mój gust całkiem nieźle. Nie aż tak, żebym była zszokowana efektami i nie poznawała się w lustrze, ale i tak jest fajnie.


Hydrolat z zielonej herbaty, ZSK - obecnie nie ma go w ofercie Zrób Sobie Krem, więc wesprę się opisem z Biochemii Urody: działa działa antybakteryjnie, lekko ściągająco, antyoksydacyjnie, walczy z wolnymi rodnikami i wspomaga ochronę skóry przeciw promieniowaniu UVB/UVA; chroni komórki skóry przed zniszczeniami powodowanymi przez promieniowanie UV. Posiada własności antyzapalne i łagodzące; zmniejsza podrażnienie, łuszczenie i zaczerwienienie.
Na początku używałam go tylko do rozrabiania glinek, potem postanowiłam ograniczyć swoje zasoby kosmetyczne i poleciał na pysk również jako tonik. Nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia, sprawował się w tej roli poprawnie i dobrze łagodził zaczerwieniania i podrażnienia związane z codziennym myciem i/lub okresem. 


Krem nawilżający z dynią Organique - próbka 2 ml. Wszyscy się zarzekają, że maleńka próbka nie daje możliwości poznania produktu, ale po tej konkretnej wiem jedno - z dyniowym kremem to ja zdecydowanie nie chcę się dalej zapoznawać. Podobno nawilżający, a ściąga pysk jak szare mydło i twarda woda (może to był zapowiadany efekt poprawy napięcia skóry?). Podobno chroni przed odparowaniem wody i tworzy aksamitny film - ja bym to nazwała maską, przez którą dosłownie ciężko mi było ruszać twarzą (taka wersja soft zaschniętej glinki). Miało być tak pięknie, a teraz aż nie chce mi się wierzyć, że zmusiłam się do użycia tego 3 razy. 



tolpa.pl

Nawilżający krem-żel odprężający pod oczy - odkupiony na jakiejś wymiance. Bardzo chciałabym napisać o nim coś więcej, ale wzbudził mnie we ledwo-ledwo letnie uczucia. Z drugiej strony ja i wszelkie kosmetyki pod oczy przechodzimy ze sobą ciężkie romanse, więc może nie powinnam być tak sroga w ocenie. Z zalet: lekka konsystencja, szybko się wchłania i tworzy ładną bazę pod korektor. Psychopatycznie pilnuję aplikacji, żeby takie kremy nie dostały się do oczu (ach ta migracja w czasie snu), ale nigdy nic nie wiadomo - produkt Tołpy niczego nie podrażnił i chwała mu za to (wyglądam dostatecznie koszmarnie bez korektora, ostatnie czego mi do szczęścia potrzeba to opuchlizna).
Odczucia nawilżenia opisałabym jako wystarczające, ale w moim wypadku to za mało. Obietnice tyczące się rozjaśnienia cieni moim zdaniem nie zostały spełnione - cóż, tej genetycznej fuszerki prawdopodobnie już nic nie ruszy, więc równie dobrze mogłabym oczekiwać, że krem rozwiąże problem wojen i głodu.
Dla Tołpy jak zawsze plus za opakowanie, fajny skład i całkiem przyjazną regularną cenę (przyjazne, bo młodsza się nie robię i poważnie myślę o tym, że w przypadku oczu czas sięgnąć po marki selektywne). 




Cielsko:
avonshop.co.uk
Avon Naturals, Truskawkowy scrub do ciała - Avon ma w swoich katalogach wiele kuriozów (przyznajcie się, uwielbiacie je przeglądać!), ale w serii Naturals jest ich chyba najwięcej. Potrzebowałam kiedyś peelingu i scedowałam obowiązek zakupu na mamę. Tubka o pojemności 200 ml zawiera coś, co może peelingiem było w poprzednim wcieleniu. Albo to ja jednak jestem tępa i jednak "body scrub" to nie to samo co "peeling"? Niech mnie ktoś oświeci!
Jedyną zaletą tego produktu jest przepiękny, mało chemiczny zapach chupa-chupsa o smaku mleczno-truskawkowym. Taki shake, lubię te klimaty. I to by było na tyle. Konsystencja gęstego kremu jest dość upierdliwa w wyciśnięciu z (całkiem miękkiej) tubki już na początku użytkowania (pod koniec klasyka, czyli wszechstronne bicepsa pod prysznicem). Drobinki malutkie i dość delikatne - już moje zdzieraki do twarzy są ostrzejsze, a wobec tych do ciała dopiero mam wygórowane wymagania. Jeśli mam na siłę jeszcze czegoś się dopatrywać, to dzięki obecności parafiny (oh yeah), całego szeregu silikonów (mmm), odrobiny masła shea i protein mleka skóra jest po użyciu "nawilżona". Nie korzystałam z tych balsamów pod prysznic Nivei, które ostatnio zalały blogostrefę, ale podejrzewam, że dają podobne odczucia. Nieszczęśliwy avonowy wyrób najlepiej podsumuje jedno z ulubionych powiedzonek S., - o chuj ci chodzi. Ani to zdziera, ani nawilża w zdrowy sposób. Polecam unikać.


Gillette, Satin Care, Żel do golenia do skóry wrażliwej z aloesem - gdybym była copywriterem piszącym teksty żeli do golenia, prawdopodobnie już po 3 dniach przeżyłabym ciężkie załamanie nerwowe. "Zmień golenie w przyjemny i odprężający zabieg pielęgnacyjny" - taa, jasne. Nic tak nie relaksuje jak każdorazowe postanowienie, że następnym razem tak nie zarosnę i nie zamienię się w Sasquatcha. Yhym, taaa.
Bardzo lubię wszelkie męskie kosmetyki do golenia, bo tworzą sztywną i długo utrzymującą się pianę (czy tylko w mojej głowie zabrzmiało to tak zbereźnie?!). Damskie sprawiają wrażenie, jakby wstydziły się przed samymi sobą, że zaraz dotkną owłosienia. Na całe szczęście żele Satin Care, w tym wypadku do skóry wrażliwej, do tej kategorii nie należą. Dobrze się pienią i spełniają swoje zadanie (które w końcu nie jest nie wiadomo bóg wie jak skomplikowane). Cena odstrasza, bo to chyba najdroższe na rynku (jeśli mnie pamięć nie myli), ale jeśli tak jak ja zasilacie Sasquatche ("hmm, goliłam się w tym miesiącu czy poprzednim?"), to trochę mniej boli.



Kudły:

Shock Waves, Pianka Superskręt z termo-ochroną nie za bardzo wiem, gdzie miałam głowę, gdy nabywałam ten produkt - podejrzewam, że w głębokiej, ignoranckiej dupie, bo niechybnie działo się to dwa lata temu (jak nie więcej). Dopiero niedawno się zorientowałam, że jest to rzecz skierowana do posiadaczek włosów już kręconych, które chcą wydobyć skręt. Dziwnym nie jest, że moje desperackie próby zakręcenia włosów na papiloty (olaboga!) kończyły się porażką - zwłaszcza, że pianka oferuje średni poziom utrwalenia (odpowiednia rycina symbolicznie przedstawia zaznaczone dwie kropeczki z czterech). Pomijając ten zupełnie nieistotny szczególik, jakim był brak pożądanego skrętu w tej sytuacji (oraz mojej całościowej nieznajomości produktów do stylizacji) piance trzeba słusznie oddać, że jest dość lekka, nie skleja czupryny, a wręcz dodaje fantastycznej objętości. Myślę, że na odpowiednich włosach i przy odpowiednich zabiegach kręcąco-falujących (no taka lokówka, proszę państwa) może dać całkiem niezły efekt.


Szampon oczyszczający z amlą, arithą i shikakai - widzę, że odnowiono etykietkę i zmniejszono pojemność - mój egzemplarz miał 400 ml, inną butelkę. Jako że dość konkretnie oczyszczał (zgodnie z zapewnieniem producenta, lol), stosowanie musiałam ograniczyć - pierwsze mycie tym szamponem, drugie innym, maks 2 razy w tygodniu. Dodajmy do tego lejąco-glutowatą konsystencję i nic dziwnego, że zużycie tej butli zajęło mi ponad rok (a koniec końców resztki i tak oddałam mamie). Oprócz zasadniczego oczyszczenia zauważalny był również efekt objętości bez spuszenia. Me gusta. 



http://www.e-apteka.co.uk

Szampon Bambino - swego czasu kupiłam szampon Babydream w celu czyszczenia pędzli, ale okazało się, że na moich włosach równie dobrze się sprawdził, a z moją chęcią do ciągłych testów stwierdziłam "ok, to kupię kolejny szampon dla dzieci, na pewno będzie zajebisty". Padło na Bambino produkowane przez Niveę (jezusku, jak to się trudno odmienia) w zawrotnej promocyjnej cenie 5,19 pln i z obietnicą łagodnej pielęgnacji włosów. Okazało się być tak delikatne, że moje grube włosy stanowczo zaprotestowały,  w końcu nie jestem dziecięciem z trzema cienkimi włoskami na krzyż. Resztę zużyłam zgodnie z planem do mycia pędzli i pod tym względem nie mam mu nic do zarzucenia.

Ponadto stał się cud i mogę wyjątkowo wydzielić osobno sekcję Kolorówka:


Yves Rocher, Lash Plumping Mascara - pisałam prawie 2 lata temu recenzję tego tuszu (ten w różowym opakowaniu), ale nie wiem gdzie miałam głowę, żeby tak komicznie go opisać. To moje drugie opakowanie, trzecie w kolejce grzecznie czeka. Zaczynam myśleć, że to jednak najlepsza maskara, jakiej kiedykolwiek używałam - myśl ta pojawiła się, gdy uzmysłowiłam sobie, że szczoteczka jest na tyle precyzyjna, że nie potrzebuję rzęs dodatkowo rozczesywać, a tusz niewzruszony trzyma się minimum 14 godzin. Zdecydowanie potrzebna będzie re-recenzja ze zdjęciami. 



Maybelline, Dream Fresh BB - myślałam, że nigdy się nie skończy. Wciąż go bardzo lubię, ale gdy mam tyle innych produktów do przetestowania, to wykańczanie jednego może być już frustrujące (na zasadzie "stary, przeżyliśmy razem świetne chwile, ale już naszedł twój czas"). Jeśli któregoś dnia mnie natchnie i zrobię grafikę ze stempelkiem "Olga poleca", to Dream Fresh dostanie taką ocenę jako pierwszy ;)



Moja pierwsza semi-profesjonalna robota na ćwierć-planie filmowym. W końcu dumnie jako wizażystka. Fajnie jest usłyszeć, że komuś podoba się efekt mojej pracy. Wokół stoją laski, zaglądają mi do kufra i dziwią się, ile można mieć tego stuffu; wyżalają się, że nie potrafią się malować, ja je pocieszam, że to kwestia treningu. 
Przychodzi coraz więcej statystów, w tym transek z kategorii cyber goth w pełnym rysztunku; ma więcej towaru na twarzy niż 10 dziewczyn wokół. Patrzy, patrzy i zaczyna się wykrzyczana konwersacja.
- O jezuuuu, masz pędzle Real Techniques!
- Przyleciały do mnie w piątek!
- Moje w środę! Są zajebiste!
- Wieeeeeeeeeeeeeem!

A potem przybiliśmy sobie piątki, jakbyśmy wcześniej razem te pędzle zamawiali. Totalnie mój ziomek.

Co do samych pędzli: póki co wiem, że zakup tych dużych był dobrą inwestycją*. Małych do-ocznych jeszcze dokładnie nie przetestowałam, ale wszystko przede mną i będę zdawać szczegółową relację. W sumie nie wiem, czy się bardzo polubimy - są bardziej kuleczkowe, a ja mimo wszystko wolę płaskie, języczkowe. I jak najmniejsze. 

* iHerb.com to naprawdę ciemny zakątek internetu, gdzie rabaty się łączą i przykładowo dają łącznie zniżkę z 65 do 49$, przesyłka gratis. no jak miałam nie kupić?!
Kilka notek wcześniej wspominałam, że rum radzi sobie z naprawieniem pokruszonego pudru. Otóż moja radość była przedwczesna – puder po kilku dniach w torebce obrócił się z powrotem w proch (widzi ktoś ten żarcik?). Specjalnie nie rozpaczałam, bo akurat w rosie trafiłam na promocję (taką porządną, czyli 50%) i po prostu nabyłam kolejny egzemplarz. Dzięki temu mogę dokonać tu rozwlekłej i zupełnie nikomu niepotrzebnej analizy. Szykujcie się!

tak wygląda puder pokruszony po raz drugi. smuteczek. stół upierdolony jak u znanego dziennikarza, mam dobre wzorce.

Cała sprawa dotyczy pudru transparentnego Miss Sporty. Trafił w moje chciwe łapska wiosną po definitywnym wykończeniu poprzedniego prasowanego pudru (jestem z siebie taka dumna, to jeden z nielicznych kosmetyków, który występuje u mnie solo!). Kryteria wyboru nie były wygórowane: ma być tanio, transparentnie, matująco i względnie dopasowane do potrzeb skóry mieszanej. Moje koleżanki z pracy dość ciepło wypowiadały się o Miss Sporty, a że do stracenia było 12 zł, to postanowiłam dać mu szansę.

I cóż tu dużo pisać, czasem warto jest posłuchać koleżanek z pracy i sięgnąć po naprawdę dolną półkę (najniższy poziom szafy xdd). Puder nie pyli mocno pomimo szczodrego szurania pędzlem, nie ciastoli się na pysku, matuje na długo (u mnie ponad 5 godzin, ale jak pisałam wiele razy, nie jestem pełnoetatową fabryką sebum). Spędził ze mną całe wakacje współpracując wzorowo z filtrami. Ba, na sesjach w szkole używałam go przy ostatnich poprawkach, chociaż miałam do dyspozycji cały przekrój pudrów MUFE (na początku bardziej z wygody, w ferworze walki wolę nie mieć w zasięgu ręku sypańca w obawie przed wypieprzeniem go na podłogę). A co najważniejsze, dobrze reaguje z podkładami. Nie odnotowałam podejrzanych zmian koloru, zbierania podkładu z miejsca i tym podobnych niewesołych historii. Nie jestem mocno podatna na czynniki komodogenne, więc cóż, nie jestem wiarygodnym źródłem informacji - niemniej wyskakujących czasem krostek nie utożsamiam z używaniem tego pudru.
Producent informuje na opakowaniu - oczywiście po angielsku, dokonałam swobodnego tłumaczenia - że puder zawiera mineralny kompleks, który wzmacnia kontrolę nad świeceniem, naturalne emolienty znane z właściwości nawilżających oraz pomaga walczyć z wypryskami. Cokolwiek by to wszystko nie znaczyło, obietnice dotyczące "non greasy matte finish" są spełnione.

Jak widać na poniższej RYCINIE, puder jest zabezpieczony folijką i gąbkowym pierdolnikiem, którego do aplikacji użyć się nie da.



Generalnie w tym miejscu powinnam skończyć recenzję, ale przy całej sympatii, jaką mam dla działania i efektów tego sympatycznego pudru, jest jedna rzecz, o której nie da się nie wspomnieć, a mianowicie opakowanie.

po lewej - efekty walania się po kosmetyczce przez 5 miesięcy

*uwaga, tu mój biedny mózg zaczyna produkować za dużo treści*

Widziały gały co brały za te 12 zł, a mój próg bólu estetycznego jest zadziwiająco wysoki, niemniej tego opakowania nie da się nazwać specjalnie praktycznym, a co dopiero ładnym (tak, mam czasem potrzebę używania czegoś ładnego). Napisy ścierają się bardzo szybko (co w sumie da się przeżyć, przecież wiem co kupiłam), zawias sprawia wrażenie pracującego na słowo honoru (jakoś nie pękł, co mnie bardzo dziwi), a zatrzask jest zdecydowanie zbyt mocny (niby nie wiadomo, co z dwojga złego lepsze, zbyt mocny czy luźno latający). 
I ten ohydny kolor... Mało jest odcieni, które by budziły we mnie taki wstręt, ale ten baby blue zdecydowanie do nich należy. Mam taką wizję: zajdę w ciążę (właśnie wykazałam się wyobraźnią na poziomie Tima Burtona na potrójnym kwasie, proszę to docenić), usg wykaże syna, rodzina i znajomi będą kupować prezenty i powielać wzory kulturowe związane z kolorystyką akcesoriów, w związku z czym mój dom zaleją tony śpioszków w tym paskudnym baby blue, a ja przedwcześnie oszaleję. Snobką nie jestem (chociaż mam predyspozycje), ale jeśli mam być szczera, to czasem wstyd mi wyjmować taką puderniczkę w miejscu publicznym chociażby do szybkiego sprawdzenia stanu japy w lusterku*. Potem sobie myślę "Olga, don't be ridiculous, who cares" i jakoś leci. Prawdę mówiąc, beznadziejnie (zarówno pod względem designu, jak i trwałości) wyglądające puderniczki to powszechny problem - ostatnia nowość Loreala, słynny Lumi Magique z tym przezroczystym wieczkiem wygląda niepokojąco nietrwale. Szczytem wszystkiego były dla mnie pudry rozświetlające Mary Kay - prześliczne tłoczenia upakowane w kolejnym bazarowym plastiku. Serio, nie da się pudru upakować w czymś, co łączyłoby estetykę z wygodą?

Oczywiście można teraz zacząć nową dyskusję - czy opakowanie tak naprawdę jest ważne lub rzucić złośliwymi uwagami z serii "jak masz taki estetyczny ból dupy, to kup sobie Terra Ora i używaj jej w metrze, żeby wszyscy widzieli". Nie o to mi chodzi. Wystarczy zrobić szybki przekrój szminek - nawet przy tych najtańszych producenci starają się (z różnym skutkiem), żeby z ich używania uczynić prawdziwą przyjemność (odwołam się do archetypu pomadko-błyszczyku Celii, który po solidnej szkole życia w mojej kosmetyczce cały czas wygląda jak solidne cacko za zdecydowanie więcej niż 10 zł). A z mojego doświadczenia wynika póki co wynika, że najlepszym opakowaniem dla pudru prasowanego był kartonik z magnetycznym zapięciem.

edit z 28.10.2013 - w dwa tygodnie po moich narzekaniach pudry pojawiły się w nowych, różowiutkich opakowaniach. tyle narzekania na darmo! :D


*znajdą się zaraz znawcy savoir-vivre, że w ogóle nie wypada poprawiać makijażu przy ludziach. ja bym polemizowała, puder lub szminka/błyszczyk nie są takie straszne. kiedyś siedziałam pod ostrzałem latających we wszystkie strony paznokci, które jakaś starsza pani postanowiła obciąć w autobusie cążkami. ciężko to przebić, ale czekam na wasze historie.

+++

Chyba nigdy o tym nie wspominałam, ale mam małego przyjaciela, osiemnastoletnią kotkę. Tak, dobrze widzicie - Tina skończyła w sierpniu 18 lat. Zastanawiam się nad wyprawieniem poważnej imprezy. Ja, Tina i brwi upodabniające mnie do Breżniewa pozdrawiamy was z centrum dowodzenia, a teraz idę dalej cierpieć z powodu anginy.


Lubię często o sobie myśleć jak o jednostce w pełni autonomicznej, ogarniętej, niepierdołowatej i życio-odpornej. Można to sobie dowolnie interpretować, dla mnie podstawowym wyznacznikiem rzeczonej niezależności jest umiejętność samodzielnego otworzenia słoika w mniej niż 5 minut. Dziś rano byłam z siebie szczególnie dumna – słoik poddał się mojej mocy sprawczej już za pierwszym razem i bez większych problemów. Od razu poczułam się zajebistsza o 30% i ochoczo wpakowałam dżem na kanapki.  


I wszystko byłoby naprawdę super, gdybym zgodnie z zamierzeniem otworzyła dżem, a nie buraczki. Jakie życie taki rap, jaki człowiek takie porażki. 
Przyznam się szczerze - w mojej łazience produkty do oczyszczania ryja schodzą wolno, bo w ciągłym użyciu mam dwa, jak nie trzy, ewentualnie osiem (no dobra, żart) kosmetyków. Po jeden sięgam rano, po drugi wieczorem, co wynika nie tyle z mojej fanaberii, co fochów mojej skóry. Jest płytko unaczyniona, więc rano muszę się cackać z nią jak z jajkiem, żeby nie mieć potem przez pół dnia rumienia (zaczerwienione policzki podświadomie krzyczą "walnij tu więcej podkładu, o tak, dokładnie tyle, ile normalnie byś wykorzystała przez 3 dni!"). 
Przez okres leczenia retinoidami (ehehe, jestem bezlitosna i będę wałkować temat do końca życia) moje ryło przyzwyczaiło się do delikatnego oczyszczania Cetaphilem i Physiogelem. Produkty te wielbię nad życie i polecam je nawet tym, którzy ich nie potrzebują, ale gdy rok temu wyprowadziłam się z domu i musiałam ponosić wszelkie koszty z tym związane (taaak, wielkie zdziwienie, że trzeba sobie kupić jedzenie, papier toaletowy i proszek do prania), wydatek 40 zł na flaszkę Cetaphilu przestał być nagle taki niezbędny (moi rodzice mieli ze mnie niezły brecht, gdy postanowiłam wrócić, no cóż, inaczej bym nie opłaciła szkoły). Poszukiwania tańszego zamiennika Cetaphilu doprowadziły mnie na najniższą (dosłownie) półkę w SuperPharmie, gdzie stała sobie cała seria Ulga dla skóry wrażliwej. Powiedzieliśmy sobie "hejka" i tak rozpoczęła się moja znajomość z kremowym olejkiem myjącym. 

jak kunsztownie zamoczona i zniszczona cena!
Olejek powstał dla skóry wrażliwej, suchej, swędzącej i szorstkiej. Nie żebym taką miała, ale coraz częściej doceniam kosmetyki pozbawione zbędnych dodatków pełniących rolę ozdobników. Warto docenić opakowanie - flaszka o pojemności 200 ml nie grzeszy może fikuśnym designem, ale powiedzmy szczerze, nie z tym nam się Ziaja kojarzy. Za to ktoś mądry pomyślał, żeby skorelować konsystencję olejku, wielkość otworka i miękkość butelki w taki sposób, żeby a) nie wylewać za dużo produktu jak i b) nie potrzebować Strongmana do wyciśnięcia chociaż odrobiny. Niby takie oczywiste, a nie wszyscy o tym pamiętają. 



O co właściwie chodzi z tym "kremowym olejkiem"? Otóż jest tak: kosmetyk ma biały kolor i lekko lejącą konsystencję, ale w dotyku jest jak olejki myjące z Biochemii Urody (lepszego porównania nie znalazłam). Nie pieni się, nie ściąga skóry - jeśli nie jest się przyzwyczajonym do tak delikatnego działania, można odnieść wrażenie, że w sumie nie czyści (miałam tak na początku z Cetaphilem), ale tonik rozwiewa wszystkie wątpliwości. 
Używałam olejku głównie rano do zmycia nocnych zanieczyszczeń, ale czasem wieczorem zmywałam nim resztki makijażu. Zgodnie z ostrzeżeniem na opakowaniu nie stosowałam go w okolicach oczu, ale jak przystało na niezdarę, czasem trochę się wlało do oka - nie odnotowałam wtedy pieczenia, co uważam za sukces (ile już produktów do oczu miało być delikatnych, a piekło jak skurwysyn, to nie da się zliczyć). Zgodnie z oczekiwaniami po użyciu moje szlachetne oblicze było oczyszczone, ale niepodrażnione. To też sukces.

Cena jest niezwykle przyjemna - wówczas w promocji zapłaciłam jakieś 8 zł, regularna na pewno nie przekracza 12. Olga daje swój Znak Jakości i poleca. 
Znacie jakieś inne dobre i tanie czyściki?

Bardzo, bardzo rzadko się zdarza, żeby jakiś kosmetyk wkurzył mnie tak bardzo, żebym go porządnie obfociła i poświęciła mu osobny wpis. Niepełnoletnich i wrażliwych na międolenie brzydkiego słownictwa uprasza się o opuszczenia bloga. 
Na początek komentarz obrazkowy:

co za paskudny błąd językowy, takie już znalazłam w internetach
Zaczyna się niewinnie - robi się zakupy na allegro, a że już i tak jest jeden koszt wysyłki, to sprawdza się calutki asortyment sprzedawcy, bo a nuż coś fajnego się znajdzie (coś z serii "szminka Revlon za 9zł", ja jebię, serio, skąd oni je biorą?!). 
Trafia się na odżywkę do włosów za 5 zł, czyta opis producenta i odnosi się wrażenie, że oto odnalazło się przypadkiem drogocenny brylant w szambie pod Wąchockiem. 
To wam pokażę ten brylancik, psia jego mać. 


Tara Smith jest brytyjską fryzjerką, która zamarzyła o tym, żeby wszyscy byli szczęśliwi od używania jej wegańskich kosmetyków. Powinna była zapalić mi się przynajmniej pomarańczowa lampka, że na MakUpAlley wówczas była recenzja tylko jednego produktu (jakiegoś szamponu). Ale nie, zaślepiona optymistycznie zieloną, pękatą buteleczką popełniłam zakup. 
Odżywka miała za zadanie nawilżyć zarówno suche włosy jak i skalp - co też powinno mnie było zaniepokoić (już za długo żyję przecież, żeby komukolwiek wierzyć, że odżywka nałożona bliżej niż 5 cm od skalpu nie zrobi mi tragedii na tym zakutym łbie). A miały za to być odpowiedzialne olej z awokado, oliwa z oliwek i niechybnie jakiś ekstrakt z alg - dla ciekawskich podrasowane zdjęcie naklejki informacyjnej. 



Skład odżywki zobaczyłam dopiero w domu - nie należę do ortodoksyjnych zwolenników pielęgnacji naturalnej na pierdylion procent, włosomaniactwo mi przeszło, ale mimo wszystko nie mam tak do końca wyjebane na to, czego używam. Obiecują mi tu cuda wianki (wzięli przykład z Kononowicza): że nie ma parabenów, sles, glikoli, ftalanów, pegów, sztucznych zapachów i barwników, a na sam koniec jebnęli, że nie ma również substancji pochodzenia zwierzęcego. No kurwa, nic tylko kupować zapas do schronu atomowego, a producentowi dać pokojowego Nobla! Czemu państwo tego nie dotuje!
Ok, łapiecie klimat.

Wzięłam Tarę na randkę pod prysznic (och, to miało tak brzmieć) i przeżyłam pierwszy szok, gdy po otwarciu moja rzekomo pozbawiona sztucznych zapachów odżywka roztoczyła "aromat" godny samochodowej choinki. Nie wiem jak wy reagujecie na odświeżacze do aut, mi nawet te najlepsze capią tak niemiłosiernie, że podróż ze świeżą choinką kończy się dla mnie bólem głowy. Ale gdybym miała do wyboru podróż z odświeżaczem, a odżywkę, to wybrałabym podróż. Zapach porównałabym może jeszcze do cytrynowego Domestosa - przy czym Domestos w tym porównaniu nabiera cech eleganckich perfum. Jedna wielka FUJKA.

Dobra, nie takie rzeczy się robiło, ładuję to na łeb. Nie daję się nabrać, skalp omijam. Konsystencja całkiem spoko, niemniej wyczuwam, że włosy reagują dość dziwnie, są cały czas szorstkie w dotyku. Zmywam odżywkę, pozwalam włosom wyschnąć jak zawsze iii... I nadziwić się nie mogę, że moje grube, gęste włosy tuż po umyciu wyglądają jak tania peruka, którą ktoś wyciągnął ze śmieci po imprezie (w sensie nie wiem czemu ktoś miałby nurkować w śmieciach, ale przyjmijmy, ze to był bardzo dobry powód). Oklapnięte na górze, na dole spuszone (za to akurat należy się medal, bo myślałam, że to u mnie niemożliwe), od razu wyglądające na brudne (takie 5 dni). 
Tu jest moment na dygresję - tak, wiem jak zachowują się włosy po zmianie pielęgnacji i np. wyeliminowaniu silikonów. To nie był taki przypadek. 
To był przypadek użycia totalnie gównianego produktu. Nie mam pojęcia, na jakich włosach to by dało dobry efekt, jeśli z moich zdrowych zrobiła się taka masakra. 
Żeby nie być gołosłownym, jeszcze składzik. Bardzo dociekliwi będą musieli sobie zdjęcie obrócić, ale na tyle, na ile się nie znam, to "najgorsze" w tym wszystkim są sulfaty i alkohole. 



Jako że nie należę do ludzi małej wiary i pozwoliłam sobie na myśl "kurde, a może to wina szamponu"?", postanowiłam dać odżywce jeszcze jedną szansę. Skończyło się tak samo. 
Resztę, jakieś 80% butelki, zdecydowałam się zużyć do golenia nóg. Dawno nie miałam tak podrażnionej skóry. 
W tym całym wkurzeniu nie chcę wyjść na jakąś pindę - mój świat nie zawalił się, bo "naturalne i organiczne" składniki (a nie skład, rozróżniam te dwie rzeczy) zrobiły moim włosom krzywdę. Nawet nie jestem zła o stratę tych 5 zł, jakie wydałam na odżywkę (wiecie, złote moneeeeety, trololo). Jestem wściekła na siebie, bo dałam się złapać (nie pierwszy raz) w sidła taniej, mainstreamowej eko-propagandy. I dostałam kosmetyk tak chujowy, że na swój sposób podziwiam producenta, że nie zapadł się ze wstydu pod ziemię (z drugiej strony firma nie ma fanpejdża na FB, o czymś to świadczy, nawet ten szlachetny blog ma!). 
Zastanawiam się teraz - może sprzedawca z allegro zaoferował mi felerny, przeterminowany produkt. Nawet znalazłam na opakowaniu coś, co powinno być datą produkcji - niestety, Tary Smith na checkcosmetic.net nie uświadczycie. Już nie wiem, nie wnikam, Feed The Root Conditioner z ulgą ląduje w koszu, ja wracam do moich drogeryjnych silikonów i wszyscy są szczęśliwi. 

+++

Z tego całego zła aż wróciłam do krótkiej grzywki. Zdążyłam zapomnieć, że dodaje mi +100 do bycia totalnym badassem. Tylko brwiami znowu trzeba się obsesyjnie perfekcyjnie zajmować. Cóż, przeżyję.

+++

Obawiam się, że to bawi tylko mnie i ewentualnie ludzi, którzy znają bohatera tej historii.
Piątek, godzina 17, jedziemy z moim Szanownym Ojcem przez nasze podwarszawskie miasteczko. Korki takie, że głowa boli, ale cóż, zakupy same się nie zrobią. Ojciec opiera głowę o rękę w geście klasycznego facepalmu i cedzi przez zęby:
- Co za maniana...

Innym razem stwierdził, że nie warto inwestować w lokaty bankowe, tylko narkotyki. "Pamiętaj Olga, żeby były dobrej jakości".
Co jak co, ale charakter to odziedziczyłam po nim w całości.

+++


Old but gold.

I'll be fine once, I get it.


+++



Kolejne rozczarowania doprowadziły mnie i D. do konkluzji, że do jakichkolwiek trwałych relacji stworzone nie jesteśmy (może i jesteśmy, ale inni nie mogą się z nami skorelowac), życie nas zaskoczy i prawdopodobnie skończymy tworząc patchworkową rodzinę - ja urodzę dzieci W., bo on jako gej i tak ma mało opcji na potomstwo (lepsza ja niż nic), D. wpadnie i nawet nie będzie wiedziała z kim. Do tego będzie dużo kotów i miłości. Według mnie brzmi świetnie. 

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia