Jest tak - w moim życiu wszystko dzieje się falami. Jak przez niemal 3 lata nosiłam papuzie kolory na oczach, a pomadki uważałam za zbędną fanaberię, tak teraz (hm, powiedzmy od 6 miesięcy) totalnie mi się odmaniło. Na oku cienka, czarna lub brązowa kreska, żeby było w ogóle te kaprawe gały widać, a na ustach dzieją się dzikie rzeczy. Latem eksperymentowałam z koralami i czerwieniami, a jesienią na mózg mi padło coś w stylu "Olga, kocie, na pewno będziesz wyglądać rewelacyjnie w różach". 
O szminkach Rimmela sygnowanych przez Kate Moss słyszał nawet taki szminkowy ignorant jak ja, więc dziwnym nie jest, że jak wymyśliłam sobie ten róż, to podreptałam do R-na i po wstępnym macanku godnym tramwajowego zboka wybrałam sobie Kaśkę oznaczoną numerkiem 20. 

Matowy, zaskakująco elegancki plastik. Zatrzask chodzi płynnie, robi głośne "klik". Niby takie oczywiste, ale nie zawsze. 


No dobra, kupili mnie tym pierdolniczkiem na skuwce. 


Co jest fajne i co już chyba wszystkie maniaczki zauważyły przede mną, kolor "autografu" i naklejki są tożsame z odcieniem zawartości. 

Wbrew pozorom nie mam małego dziecka, które atakuje moje zabawki. Zanim sama obfociłam nieruszony sztyft, wylądował na sesji zdjęciowej, gdzie oberwał szpachelką. 


Że niby swatch? 


Pryszcze mi się porobiły ze stresu, wyglądam i czuję się jak gówno, więc daruję wam widoku mordy i będą same usta. 

Co do samych właściwości: krycie piekielne, aksamitna konsystencja, chyba nawet nawilża lekko (a na pewno nie podkreśla skórek). Nie wchodzi brzydko w rowki ust, no jaram się. I bardzo, bardzo podoba mi się to lśniące, ale dalekie od tandety wykończenie (na mnie utrzymuje się koło godziny). 

Jedyna wada wynika z jebitnego koloru - jest bezlitosny, aplikacja musi być bezbłędna. Ja jestem upośledzona pod tym względem, do zdjęć dziergałam usta z dobre 15 minut, a i tak widać na zbliżeniach potworne niedoróbki. 




Nie, nie mam takich białych zębów. Ale od czego mamy programy graficzne, nie? 




No dobrze, trochę mordy, żeby mieć wizualizację różu na bladym tle i za dużych firmoowkach. 


A tu specjalnie dla was mój najszczerszy ze szczerych uśmiechów. 


Dopiero uczę się nosić tak intensywne odcienie na co dzień - ale już mi się strasznie to podoba. Zdecydowanie będę temat eksplorować. 

+++

Nigdy nie rozumiałam fenomenu przedawkowania leków przeciwbólowych - do momentu, gdy potłukłam sobie kość guziczną. Zdesperowana sięgnęłam po dwa nowe prochy, po czym przeczytałam na ulotce, że dobowa dawka to jedna tabletka. Wzruszyłam ramionami i stwierdziłam "eeeee, pieprzenie". Zanim dotarłam do pracy, słyszałam kolory i bardzo, ale to bardzo chciałam spędzić dzień w pozycji embrionalnej na podłodze. Jak dobrze, że siedzę w piwnicy i najwięcej kontaktu mam z psem szefowej. 
Ale dupsko przynajmniej przestało boleć. 


Machnęłam wam ja lakier na pazury i stanęłam przed wyzwaniem - jak, na bogów, go obfocić? Postanowiłam nawiązać do ostatnich trendów i za tło posłużyła mi szmata z SheInside*. Szmata ma taką zaletę, że założona na garb dodaje mi 10 punktów do zajebistości, więc tutaj też zda egzamin. 

Galaxy oznaczone numerkiem 20 opisałabym jako piasek ze zdecydowanie nadmiarową ilością dużych cząstek brokatu, przez co staje się nieco bardziej teksturowy, niż bym sobie życzyła. Baza czarna, brokat srebrny. W świetle dziennym, bez lampy, zapowiada się całkiem apetycznie. 


Tak mu się spieszy do świecenia, że aż focus wariuje. 



"Och wiesz, lubię tak siedzieć na casualu i głaskać moje lakiery".




Tutaj, mniej więcej z daleka, widać, że jest w miarę fajnie. Ale zaraz zaserwuję wam brutalne lakierowe porno, na którym dokładnie widać, że Galaxy tworzy niejednolitą, chropowatą strukturę z matowym wykończeniem. Nie zaczepia o nic, niemniej jest to odrobinę mniej komfortowe w noszeniu niż inne piaski, z których już korzystałam. Co ciekawe, po zrobieniu zdjęć dodałam warstwę nabłyszczającego topa w nadziei na wyrównanie powłoki, a top się wchłonął i pazury pozostały chropowate. No taka sytuacja. 


Aplikacja jest w miarę komfortowa, brokat rozkłada się równomiernie. Wysychanie błyskawiczne, dla lepszego efektu nałożyłam dwie warstwy.
Sporą wadą według mnie jest dość kijowa wytrzymałość - powyżej widać odprysk, który zrobił mi się w mniej niż 24 h po malowaniu. Na szczęście domalowaniu odprysków nie jest wielkim wysiłkiem w przypadku takiej faktury, ale hej, mam lepsze rzeczy niż noszenie ze sobą butelki lakieru i domalowywanie ubytków.
Największą niedogodnością, jak łatwo się domyślić, jest niestety zmywanie. Od dawna nic mi opornie z paznokcia nie schodziło, więc zdecydowanie polecam bazę peel-off.

Jak oceniam dwudziestkę? Cóż, fajny, imprezowy lakier, ale laski nieprzyzwyczajone do faktur mogą się zrazić na długo ;) A wam jak się podoba?



*dałam się porwać szałowi, bo wysyłka za darmo i rabaty i wzornictwo, które woła do mnie "mamo". z 4 szmat zmieszczę się w 2 jak schudnę, jedna jest ok, a ostatnią muszę zwrócić - chyba że ktoś jest zainteresowany czarną marynarką w rozmiarze L, pardą, 38 po naszemu.
Niech podniosą rękę te z Was, które oparły się pokusie i nigdy nie olejowały włosów. 

Nie widzę. Cóż, ja też dobre dwa lata temu stwierdziłam "Olaboga, dziewczyno, skoro inne laski mają takie efekty, to nie możesz być gorsza!". Kij z tym, że moim włosom dolega tylko okazyjnie przesusz końcówek - nieee, ja musiałam być lepsza. W moim domu niedługo potem pojawiło się kilka olejków, w tym  Ayurvedyjski olejek do włosów z wyciągiem Brahmi i Amli. Nie ma że boli, zawzięłam się i smarowałam przez bite pół roku włosy zielonym śmierdzielem. Dobicie do dna wcale nie było łatwe - niby tylko 100 ml, włosów dużo, a tu się okazuje, że ilość olejku widoczna na ostatniej rycinie spokojnie wystarczała do natarcia mojej bujnej fryzury. 
Dziwnym nie jest.

O stosowaniu olejów - czy tych indyjskich, egzotycznych czy nam zdecydowanie bliższych - napisano już tyle, że nawet nie podejmuję się podjęcia tematu od strony czysto teoretycznej, bo to po prostu bez sensu. Mogę jedynie dorzucić swoje trzy grosze i rozruszyć ewentualną polemikę w kwestii skuteczności tych zabiegów :>

rycina nr 1
Zapach w przypadku indyjskich wytworów to kwestia mocno kontrowersyjna - niektórzy lubią, inni nie znoszą. Po przygodach z sesą stwierdziłam, że Brahmi Amla mimo wszystko nie capi. W dodatku używa się jej w tak małych ilościach, że pomimo intensywności zapach nie powoduje większych dolegliwości - przynajmniej u mnie. 



Upierdliwość użytkowania: Cóż, na początku waliłam dziadostwa na włosy zdecydowanie za dużo i to przed każdym myciem włosów, czego moje kudły zdecydowanie nie polubiły. Po pewnym czasie odkryłam, że wystarczy łyżka oleju co drugie mycie. 



rycina nr 3
Działanie - coś odnotowałam, ale nie jestem pewna, czy to sam olej, czy efekty mojej długotrwałej strategii pielęgnacyjnej. Narzekać nie mogę, włosy prawie nie wypadają, ładnie lśnią, nie łamią się, końcówki są w dobrym stanie. Czyli wszystko jest tak, jak być powinno, ale - mówiąc językiem klientów agencji pr - nie ma efektu wow. 
Ale prawdę mówiąc, sama nie wiem, czego się spodziewałam - że będą się same fantazyjnie układać zgodnie z moim życzeniem? Że będą rosnąć 3 cm na miesiąc? No właśnie. Dlatego nie wiem, czy jak właściwie ocenić taką wersję Amli. Pozostanę przy stwierdzeniu, że wycisnęła z moich kudłów maksimum możliwości, ale nie zrobiła w mojej pielęgnacji rewolucji. 

Dostałam w spadku migdałową Vatikę, którą mam zamiar dzielnie wykończyć. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

+++

Zawsze myślałam, że w razie ewentualnego upadku na lodzie moja wielka, gruba dupa uchroni mnie przed bólem. Och, jak się myliłam... 
Taką mam pracę, że mogę sobie poobserwować czasem nowości kosmetyczne - i tym razem nawet cyknęłam fotki ziemniakiem, żeby osoby chętne miały jakieś blade pojęcie na temat najnowszych lakierów Golden Rose. Część prezentuje się zachęcająco, a część paskudnie - przynajmniej ja niektórych zestawień kolorystycznych nie jestem w stanie przetrawić.

Sweet focia z instagrama:


Wersja ziemniaczana, kolory nie do końca mogą być odwzorowane, chociaż się starałam.







04 to jakiś dramat.


o fujka..



Kojarzy mi się z brokatami z podstawówki.



Do testów dostałam dwa inne lakiery - niedługo na pewno pokażę je w pełnej krasie.
Co myślicie o tej serii?
+++

Jeszcze nigdy na swe piękne oczy nie widziałam, żeby ktoś kogoś nieznajomego ładnie gdzieś poderwał. Tak z gracją i wdziękiem zaprosił na kawę. To takie wyświechtane przez produkcje filmowe, niemniej pomyślałam "a może by tak w końcu zagadać do Baristy?". Co prawda gracja i wdzięk mi nie grożą, bardziej groteska i makabra, ale od pół roku sukcesywnie przesuwam granice swojego zachowania. Skoro tuż przed Sylwestrem o mało co nie pobiłam faceta w Pawilonach*, to równie dobrze mogę poprosić o numer** kolesia, którego twarz (no dobrze, tyłek) budzi mój zachwyt i spowodowała rozwój małej sieci szpiegowskiej. 

Odbywałam regularne pielgrzymki przez 3 tygodnie, żeby trafić na zmianę Baristy. W końcu dostałam od szpiega smsa "jest dzisiaj!" i pognałam do rzeczonej kawiarni jak debil, żeby...

...żeby trafić na koniec jego zmiany i partnerkę, która przyszła go odebrać z pracy. 

Ot, mój lovelife w pigułce.



* sirjusli, już planowałam, jak mu rozbić butelkę na głowie.
** tak, jeszcze bardziej serio, nie zdarzyło mi się nigdy takie zachowanie.
Dziś historia o kolejnym szczęśliwym zbiegu okoliczności, jaki mi się trafił w Glossyboxie. Marka Siquens gdzieś mi się rzucała w oczy przy każdej wizycie w SuperPharmie, ale jakoś nigdy się nie skusiłam na żaden produkt (aż tak dużo ich nie ma, co też uważam za plus). Można się zżymać, że dermokosmetyki/kosmeceutyki to kolejna moda, ale jeśli skutkują tak udanymi produktami, to niech sobie trwa w najlepsze z korzyściami dla nas, szalonych konsumentek gotowych wydać miliony monet, aby nasze ryje były piękne i pozbawione skaz. 

Krem przeciwko niedoskonałościom należy do linii MedExpert stworzonej by walczyć z najczęstszymi problemami skórnymi (między innymi naczynka, odwodnienie i inne szity). Pamiętam, że to musiał by dość stary Glossybox, coś z lata 2012, bo mój szanowny pysk nie wykazywał jeszcze wtedy potrzeby używania takich kremów, a ja się skrzywiłam i pomyślałam "super, kolejna nieprzydatna rzecz". Ale jak pisałam o tym na blogu tysiąc razy, sytuacja się zmieniła i sukcesywnie na kilka dni przed okresem stan mojej cery zaczął się pogarszać. Na co dzień już nie używałam typowych kosmetyków przeciwtrądzikowych, więc sięgnęłam po ten krem i to było wybawienie. Nie ma co się łudzić, cera mieszana w kierunku tłustej do usranej śmierci będzie potrzebować składników przeciwzapalnych. Że niby po menopauzie to minie? Phi, wydłużą wiek emerytalny do 77 lat i wtedy będę dostawać pryszczydeł ze stresu.

Krem jest biały, ma konsystencję podobną do klasycznej silikonowej bazy pod makijaż, chociaż nie zostawia tego miłego, aksamitnego uczucia na buzi ;) Szybko się wchłania, faktycznie tworzy fajną bazę pod makijaż i pomaga utrzymać sebum w ryzach.

Myślę, że to bardzo dobry wybór dla osób borykających się tak jak ja z okresowymi - dosłownie i w przenośni - niespodziankami małego i średniego kalibru. Tubka o pojemności 30 ml raczej nie starczy przy codziennym używaniu na długo, jak łatwo się domyślić. A wieczorem będzie trzeba dorzucić dodatkowe mocne odżywienie. 

Olga zdecydowanie poleca. 

+++

Samodzielne przycinanie grzywki na kacu - Olga zdecydowanie odradza.


Przyznać się, kto leczy kaca? 

+++

Kto czyta mnie regularnie, to pewnie zauważył, że nigdy nie zrobiłam żadnego podsumowania z serii "ulubieńcy miesiąca" czy innych pierdoletów tego typu. Ale jest kilka kosmetyków, które podbiły moje twarde jak kamień serduszko, a jakimś cudem nie popełniłam o nich nawet pół posta, więc drogą wyjątku postanowiłam zrobić coś na kształt podsumowania moich osobistych odkryć zeszłego roku. Niektóre całkiem prozaiczne, a niektóre zmieniły moje nastawienie do wielu rzeczy. Ba, w ogóle rok 2013 zmienił wiele w mojej filozofii pielęgnacji, że się tak górnolotnie wyrażę. 

Lećmy z tym koksem. 

1. Kosmetyki Aussie

W ogóle nie kminiłam tego wielkiego hajpu i jazgotu szczęśliwości wobec marki, gdy pojawiła się w drogerii na R wiosną zeszłego roku, ale nie byłabym sobą, gdybym po kilku tygodniach nie wymiękła i nie kupiła czegoś na wypróbowanie (to zawsze zaczyna się w ten sposób). Akurat byłam w fazie realizacji faktu, że moje kudły sobie cenią te wszystkie ordynarne szampony i odżywki wypakowane silikonami*. Bardzo spodobały mi się opisy na butelkach w stylu "for hair that's dry, damaged, a bit unhappy" i to głównie ostatnie frazy zdecydowały o zakupie poszczególnych kosmetyków. Co przetestowałam?
  • odżywka Colour Mate - do włosów farbowanych i niesfornych. Mój absolutny faworyt, włosy po wyschnięciu układają się po niej tak pięknie i naturalnie, jakbym wyszła od fryzjera. W moim wypadku poprawia skręt - z niesfornej szopy robią się piękne fale. No milordzie!

  • odżywka Luscious Long - przyznam się szczerze, poleciałam na tekst o zamianie włosów w "kurtynę miękkiej wspaniałości". Nie układają się tak genialnie jak po Colour Mate, ale i tak jest wyglądają lepiej, niż po innych produktach - jak się nie ma ani talentu, chęci ani czasu na układanie włosów codziennie rano, to się takie efekty docenia. 
  • szampon Miracle Moist - miniatura z Glossyboxa. Pozostaję cały czas sceptycznie nastawiona co do właściwości nawilżających i odżywczych we wszelkich szamponach, ale tu coś jest na rzeczy. 
  • maska 3 Minute Miracle Reconstructor - również miniatura z GB. Nie mogę się w pełni wypowiedzieć o jej walorach odżywczych, gdyż moje włosy nie są bardzo zniszczone, ale trzeba przyznać, że lekko podsuszone końcówki bardzo ładnie po niej wyglądają. No i znowu ogromny plus za układanie się włosów <3
Odżywki dzięki lekkiej konsystencji nie należą do najwydajniejszych, zwłaszcza przy długości za łopatki. Można się również zżymać, że przy tych cenach Aussie nie jest konkurencyjne - ale i tak jest tańsze od Toni&Guy, Johna Friedy, o markach profesjonalnych nie wspominając. Można wyrosnąć ze swojego małego wewnętrznego cenowego faszysty, poczekać do promocji, wydać te 19 zł i cieszyć się przez minimum 2 miesiące z boskiej fryzury przy minimum wysiłku. Ja tak robię i jestem zadowolona. 


2. Lakiery piaskowe 

Stało się. Gdy na początku, jeszcze w 2012, widziałam piaskowe maty OPI, to nie za bardzo wiedziałam, jak się do piaskowej, średnio estetycznej struktury ustosunkować. Potem pojawiały się pełne ekstazy opinie o brokatowych piaskach i cytując "Django", gentleman, you had my curiosity. A potem to już poleciało: pojawiły się piaski od Golden Rose, Lovely i zajeżdżone do porzygu na blogach Wibo. Wpadłam po uszy i przyznam się szczerze, że ja, Olga lat 24, potrafiłam zboczyć z trasy na ważne spotkanie, żeby zajść do R i sprawdzić, czy może nie uchował się piaseczek z Wibo - i tak, jestem popieprzona, bo z 4 wariantów kolorystycznych mam już 3 i za punkt honoru ustanowiłam sobie zebrać całą kolekcję (właśnie siedzę z tym słynnym różem na szponach i cmokam sobie z zadowoleniem, przecież to już jakaś paranoja). 
Ciężko mi racjonalnie wytłumaczyć, za co tak lubię te lakiery - może to, że ich struktura nie przeszkadza w codziennej pracy (a czego się obawiałam), trzymają się długo, a ewentualne odpryski łatwo jest domalować. Za kolorki (łiiii) i blask. 
Oczywiście nie jest tak do końca fantastycznie - mam jeden jasny róż z Golden Rose, który niestety wygląda na moich dłoniach źle, pewnie niedługo puszczę go w świat. Z rozpędu kupiłam też brąz z Lovely, który wygląda baaaaardzo źle - a wystarczyło przeczesać blogi i zobaczyć, jaka to kupa (dosłownie i w przenośni). 


3. Nivelazione 

Nivelazione to seria produktów do stóp Farmony, po którą sięgnęłam przez przypadek. Inwestowałam przez długi czas w te droższe kremy koło 30 zł, ale gdy jest się hobbitem i kremy do stóp zużywa się w kilogramach, to nie ma siły, trzeba znaleźć coś tańszego. I oto stał się cud: Nivelazione są tanie (od 8 do 13 zł), wydajne i przede wszystkim działają, czego nie mogę powiedzieć o rossmanowskim Fusswohl. Ja ze szczerego serca polecam kurację s.o.s. z koncentracją mocznika 30% - przy czym trzeba pamiętać, że same kremy bez wsparcia pumeksu nic nie zdziałają. 



Po wykończeniu genialnego DayWear moje możliwości nabywcze srogo stękały i nie było siły, trzeba było się zwrócić ku możliwie najtańszym markom. Padło na Perfectę, bo a) kiedyś używałam go u B i miałam z tym związane miłe wspomnienia, b) jest matujący, ale nie dla cer wybitnie trądzikowych, c) jest śmiesznie tani i cóż tu dużo mówić, ten aspekt drastycznie zaważył na wyborze :D
Za 10 zł otrzymujemy tubkę przyjemnego kremu, którego właściwości pielęgnacyjne oceniam bardzo wysoko - moją mieszaną cerę nawilżał i matowił w idealnym stopniu. Szybko się wchłania, ładnie współpracuje z podkładami i filtrami (używałam go od czerwca do listopada, więc nie wiem, jak by się sprawdził w niższych temperaturach)
Dalej zwracam uwagę na składy, ale przyznam, że parafina i gliceryna nie robią już na mnie ani na moim ryju większego wrażenia, a te dwa składniki zajmują tu odpowiednio drugie i trzecie miejsce - wiadomo, znajdą się konsumentki, które z tego powodu kremu nie wypróbują. 
Jako krem na dzień dla niewymagających cer mieszanych - po prostu IDEAŁ. W moim odczuciu w nocy nie zapewniał odpowiedniego nawilżenia. Prawdopodobnie do niego wrócę, chociaż jestem już w wieku, gdy trzeba na poważnie zacząć myśleć o pielęgnacji przeciwzmarszczkowej - a takich właściwości krem Perfecty ku mojemu ubolewaniu nie ma. 


5. A na cholerę mi te drogie tusze?

Gdzieś w 2012 w mojej biednej głowie uroiła się myśl, że są takie kosmetyki, w które po prostu trzeba więcej zainwestować - i tak jak nadal uważam, że warto dopłacić do podkładu, tak w 2013 dorosłam W KOŃCU do myśli, że tusze do rzęs tego nie wymagają. Odkrycie, że ja jebię... *mam nadzieję, że tu widać te pokłady sarkazmu*
Nie oznacza to, że z Estee Lauder przerzuciłam się na Wibo. Nie, to troszkę łagodniejsza ewolucja,gdzie rzecz jasna pojęcia "drogi/tani" są bardzo relatywne.
Najpierw wiosną srogo przejechałam się na Hypnose Doll Eyes. Maskarę oddała mi niezadowolona mama, a ja tylko mogłam potwierdzić jej opinię - no coś tu jest nie halo. Nie takimi szczotami się przy oku manewrowało, więc przebolałam ten stożek. Komplikacje pojawiły się przy konsystencji ewidentnie niedopasowanej do szczoty - mokra, klejąca. Brak jakiegoś pierdolnika odsączającego nadmiar produktu ze szczoty doprowadził do tego, że miałam wrażenie, iż na czubku znajduje się 3/4 zawartości pojemniczka. 
Efekt: rzęsy posklejane już po pierwszym przeciągnięciu. Jako że nie jestem człowiekiem małej wiary, sięgnęłam po stare, sprawdzone szczoteczki z innych tuszy. Sytuacja powtórzyła się. Czyszczę szczoty z nadmiaru maskary, czeszę jak wariat grzebykiem - no kurwa, cały czas to samo. A przy demakijażu panda godna nowego członka Kiss. Zostawiłam Hypnose na miesiąc, żeby podeschła. I zero zmiany. Po trzech miesiącach bytności w naszym domu Hypnose została ceremonialnie wypieprzona do kosza.
Mam szczerą nadzieję, że mama trafiła po prostu na felerny egzemplarz, bo nie wierzę, żeby Lancome produkujące moje ukochane perfumy wypuściło na rynek takie gówno - i żeby tyle lasek dało się tak nim zauroczyć. 
Drugi razem przejechałam się na równie kultowym High Impact. Pierwszy raz korzystałam z tej maskary w zamierzchłej prehistorii - mama przywiozła mi ją ze Stanów w 2006. Ja gówniara byłam wtedy na etapie epickich trójgłowych pryszczy godnych własnej pieśni i malowania czarną kredką dolnej powieki, więc jak łatwo się domyślić, Clinique było dla mnie objawieniem godnym Nobla. Lata mijały, a High Impact urósł w moich coraz słabszych wspomnieniach do jakiegoś Złotego Graala tuszy do rzęs i pomyślałam jesienią - a może by tak powrócić do lat szczenięcych, przywołać młodość? 
High Impact w moim wykonaniu w 2013 okazał się być całkiem poprawnym tuszem, który niestety sprawia sporo zachodu przy demakijażu. Ki czort, może przez lata coś się w formule zmieniło, bo tego fuck-upu nie pamiętałam. 
Cały ten nudny wywód ma, proszę ja was, pokazać zmianę mojego nastawienia. Stwierdziłam ostatecznie po rozmazanym Clinique, że maskary droższej jak 50-60 zł to już nigdy nie kupię. Po pierwsze - nie jest to produkt, który można swobodnie przetestować na podstawie odlewki w domu**, a testery nawet w lepszych drogeriach wołają o pomstę do nieba i/lub odrazę. Po drugie, po przerobieniu maskar z niemal każdej półki cenowej, widzę sporą różnicę między produktami za 15 i 50 zł, ale już niewielką lub wręcz żadną przy 50 i 130 zł. Ja wiem, że ceny i możliwości finansowe są kwestią zapalną w blogosferze, dlatego nie będę mówić, że 50 zł za tusz do rzęs to obrzydliwie dużo lub śmiesznie mało. Na tyle ustaliłam swój limit w zeszłym roku, ale jak to mawiają, szanelkę to zawsze przyjemniej jest sobie walnąć na twarz. Jak ktoś mi podaruje, to nie odrzucę z obrzydzeniem. 
Kwestią dyskusyjną jest oczywiście stan wyjściowy rzęs, jak i efekty, jakich się po tuszu spodziewamy. Pisałam o tym wiele razy: nad efekt wydłużenia i pogrubienia przedkładam zdecydowanie trwałość - zarówno dzienną (jak się dziad osypuje po 6 godzinach lub rozmazuje przy byle wietrze, to jest skreślony) jak i "całościową" - niby okres od otwarcia to w większości przypadków 6 miesięcy, ale wiele razy zdarzyło mi się bez przeszkód korzystać z produktu dłużej. A jak mi coś wysycha na wiór po 2 miesiącach, to jestem zdegustowana. 

Mój osobisty top świetnych tuszy jest dość przewidywalny:
a) klasyczny Max Factor Masterpiece Max. Dobry szit, można kupić w ciemno. Rewelacyjna szczoteczka, oszałamiająca trwałość. Nie ogarnęłam na czas zdjęć, bo najzwyczajniej w świecie go zużyłam do samego końca. Miodzio!
b) ok, tu mniej przewidywalnie. o maskarze Yves Rocher we wściekle różowej tubce pisałam już kilka razy, ale od tego czasu w ofercie YR pojawiły się dwa inne tusze budzące wiele radości. Według mnie na uwagę zasługuje pogrubiający Sexy Pulp - do wielkiej szczoty idzie się przyzwyczaić, a po nabraniu wprawy nawet niedojdy mojego kalibru pomalują się bez upierdolenia oka, łazienki i zwierząt domowych. Ok, nie polecam Sexy Pulp osobom o bardzo krótkich rzęsach - nie ma co się bez sensu frustrować. Ostatni to podkręcający Volume Vertige - czy taki dokładnie podkręcający to się nie wypowiem, bo na moich rzęskach tak działa tylko elektryczna zalotka. Vertige użyłam raz na dziewczynie, którą malowałam do teledysku i efekt wydłużenia oraz pogrubienia był słuszny i zacny. Szczota też duża, ale z krótkimi, silikonowymi wypustkami. 
Cała trójka ma taką zaletę, że jest prawie cały czas w promocji - albo 2 w cenie 1, albo wręcz "za darmo" jako gift do zakupów internetowych powyżej określonej, na ogół niskiej kwoty (trzeba się naprawdę postarać, żeby te tusze kupić w regularnej cenie 49 zł). 



* nie, nie wjeżdżam na włosomaniaczki, które stawiają na naturalną pielęgnację. jestem daleka od wjeżdżania na kogokolwiek i nie chcę być źle zrozumiana. przeżyłam swoją intensywną fazę testowania wcierek, masek i gwiezdnego pyłu, aż ocknęłam się i powróciłam do podstaw, o których wielokrotnie pisała np. Anwen - rób włosom to, co lubią. 
**jak pokazują to panie dzielnie otwierające każde opakowanie tuszu w sieciówkach, w sumie to wszystko można, ale ja nie o tym dziś plotę bez sensu. 

+++

Tytyryty, tak żem podsumowała rok 2013. Mam szczerą nadzieję, że w końcu zacznie mi się układać w sprawach osobistych, jak i zawodowych - tu i tu było sporo zmian. Musi, musi być lepiej, nie ma innej opcji. 


czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia