Gdy w zeszłym roku na Igraszkach Kosmetycznych dzięki uprzejmości i hojności sponsorów dostałam do testów kilka kosmetyków Lumene, nie przypuszczałam, że znajdę wśród nich maskarę, której wielowymiarowe działanie mnie naprawdę pozytywnie zaskoczy. 

Mowa tu o maskarze Volume Serum, która oprócz doraźnego pogrubienia rzęs ma je także odżywiać i wzmacniać. Podchodziłam do tych bajeczek o aktywnych składnikach z dużą dezynwolturą - jak to ja, więc nie kłopotałam się robieniem zdjęć "przed" i "po". Tak bardzo się tym nie kłopotałam, że ani się zorientowałam, a tu bam, zużyłam cały tusz.

I nie zrobiłam zdjęć "w akcji" na bloga.

Wiem, blamaż. 

Ale skoro ja sobie wybaczam takie fuck-upy na bieżąco, to Was też o to proszę i liczę, że sam solidny opis wynagrodzi te niedogodności. 

No to jazda. 

Standardowo zacznijmy od opakowania - tu bez designerskich chorych wymysłów, jest prosto i stylowo. Jeżeli komuś przeszkadzają takie szczegóły jak ścierające się napisy, to informuję - ścierają się powoli i ze swoistym wdziękiem. Uchwyt szczoteczki wygodnie leży w dłoni. Pojemność 7 ml.
Coś, co jednych może irytować, a innych uspokajać - odkręcanie i zakręcanie opakowania wymaga użycia konkretnej siły. Dzięki temu można mieć pewność, że produkt nie wyschnie, o ile oczywiście zamkniemy dziada do końca.



Przejdźmy do aplikacji. Poniższa rycina mojego skromnego autorstwa ukazuje nam silikonową szczoteczkę najeżoną szeregiem dłuższych i krótszych włosków.




Nasuwa się tu oczywiste skojarzenie z klasyczną już benefitową They're Real - z tym, że Volume Serum nie ma włosków na końcu. Odnoszę też wrażenie, że włoski są minimalnie rzadziej ustawione. 

www.beautezine.com

Przejdźmy do efektów, bo wszak to decyduje o końcowym sukcesie. Volume Serum należy do tych maskar, które przy pierwszej warstwie dają umiarkowanie delikatny, typowo dzienny efekt - w jak najbardziej dobrym tego słowa znaczeniu (rzęsy dobrze pogrubione i wydłużone, bardzo dobrze rozczesane, bez klumpów). Ale że nie należę do osób, którym wystarcza jedna warstwa na przysłowiowe wyjście do warzywniaka*, to po przeschnięciu pierwszej warstwy - którą traktuję jak bazę - dokładam drugą.
I wtedy, moi mili, zaczyna się festiwal ochów i achów. 
Dalsze pogrubienie, wydłużenie i cały czas perfekcyjne rozdzielenie, które może odrobinę trzeba wspomóc grzebykiem (dosłownie jedno przejechanie - dla mnie to duża różnica w stosunku do innych maskar, które trzeba rozczesywać minutę, a z takimi też miałam do czynienia). 
Jak mniemam, osobom o rzęsach nieco obfitszych niż moje spokojnie wystarczy jedna warstwa. 

Druga sprawa - trwałość. Iście szatańska - lumenowa maskara trzyma się perfekcyjnie przez 10 godzin. Nie osypuje się ani nie maże, niemniej po dłuższym okresie (powiedzmy po 12 godzinach) zaczyna wyparowywać. Nie wiem jak lepiej opisać ten proces - ale skoro nie ma czarnych smug pod oczami, to zostaje tylko ta opcja rozpływania się w powietrzu ;) co jest dość specyficznym, acz cenionym sobie przeze mnie efektem ubocznym. Lekkie rozmazywanie może się pojawić w wyniku intensywnego wysiłku fizycznego - mam tu na myśli akurat seks, bo nie przyszło mi nigdy do głowy, żeby ćwiczyć w pełnym makijażu (z seksem bywa wszak różnie). Jako że maskary używałam zimą i wczesną wiosną, totalnie nie wiem, jak by się zachowywała w wysokich temperaturach. Podejrzewam dwa scenariusze: albo zaczyna wyparowywać wcześniej, albo troszeczkę się rozmazuje po kilku godzinach. Albo jest dokładnie tak samo i wszystkie użytkowniczki są szczęśliwe. 




Zupełnie osobna sprawa to działanie serum, które ma dzięki systematycznemu stosowaniu maskary rzęsy pogrubić i wzmocnić. Cały czas jestem sceptyczna wobec jego cudownych właściwości, ale z drugiej strony przy moich lichych rzęsach nie mówię "nie" żadnym nowinkom technologicznym mającym poprawić ich stan. Cokolwiek kryje się pod nazwą Lumene Lash Volumizing Serum, faktycznie pogrubiło i chyba ciut wydłużyło mi rzęsy. Nie są to drastyczne zmiany - bardziej je wyczuwam przy malowaniu, które stało się mniej upierdliwe (mniej machania szczotą, także w wypadku innych maskar, nawet tych średnio udanych).

Ceny oscylują koło 45-50 pln w sklepach internetowych - ciekawa jestem, jak wygląda to w przypadku sklepów stacjonarnych, niestety Lumene na żywo nigdzie nie widziałam (Warszawa, serio?!). Uważam, że to całkowicie słuszna cena jak za kosmetyk dający tak epickie efekty i wykazujący się niesamowitą trwałością. 

Cóż tu dużo mówić, jest z tego miłość. A czy Was ostatnio coś tak zachwyciło? 


*tak naprawdę, jak idę do najbliższego sklepu po warzywa, to się nie maluję, bitch please, pragnę raczej zaakcentować zwyczajność wydarzenia. 


Niejednokrotnie zwierzałam się na blogu, że niektóre z moich wyborów kosmetycznych to efekt niesamowitego szumu albo wręcz legend, które krążą po blogach. Zdarza mi się kupować na zapas, bo akurat zdybałam coś w promocji i stwierdzałam "ożeszbożesz, 30 blogerek o tym pisało, nie mogły się mylić".

Ale jest jeden produkt, który zyskał sobie status kultowego gdzieś w okolicach wycofania go, a potem triumfalnego powrotu na salony, pardą, półki (po przetoczeniu się przez blogi srogich żali i pretensji). 

Ten słynny micel z Biedronki. 

Nigdy go na oczy nie widziałam, chociaż od roku mam Biedrę tuż pod nosem, gdzie regularnie wpadam po wino (jedna kasjerka chyba podejrzewa mnie o alkoholizm, obsługiwała mnie 4 razy w ciągu 2 tygodni; razem 7 flaszek - gdy przyszłam piąty raz po dłuższej przerwie, powitała mnie wylewnie, jakbyśmy te butelki razem opróżniły i cementowały naszą dozgonną przyjaźń). 
Przyznam, że byłam nieco skonfundowana, gdy czytałam opisy polowania na ten produkt w całym mieście (jak nie powiecie). I nie piszę tego złośliwie, moim celem absolutnie nie jest wyśmianie tu nikogo ani dopieprzenie. W takich momentach odzywają się we mnie resztki mojej socjologicznej ciekawości badawczej i pomyślałam:
No Olcia, jak dorwiesz drania i go opiszesz, to dopiero wtedy będziesz mogła się tytułować Prawdziwą Blogerką. 

Postanowiłam zawierzyć losowi i opatrzności (niczym kobieta stosująca kalendarzyk małżeński jako podstawową formę antykoncepcji) i już po 3 tygodniach dopadłam micela BeBeauty (ot, widać, jakie efekty daje zawierzenie losowi) na Ursynowie, czyli totalnie w piździec po drugiej stronie miasta.

Nie wierzyłam. Mój ci on!



Nie ma co ukrywać - miałam wysokie wymagania. Chciałam znaleźć jakąś wadę i być bezlitosna w ocenie.

A nie mogę...

Poczynając od dozownika - uważam, że jest ok, ja nigdy nie wylałam za dużo produktu i myślę sobie, że trzeba być naprawdę nieprzeciętną pierdołą, żeby coś takiego zrobić.
Działanie - takie jak być powinno, czyli w miarę szybkie i bezbolesne. Ani razu nie zanotowałam podrażnienia oczu, a wierzcie mi, zmywałam tym micelem naprawdę solidne makijaże (jakieś brokaty i trzy warstwy tuszu). Co do demakijażu reszty twarzy - owszem, dla pewności schodziły dwa, czasem trzy waciki. Niemniej skóra była solidnie oczyszczona i naprawdę mile stonizowana - tak jak po micelach zawsze myję jeszcze twarz wodą i żelem, tak po tym nie czułam takiej potrzeby (ale i tak to robiłam, kwestia nawyku).
Wydajność w mojej ocenie jest bardzo wysoka, ale zastrzegam, że nie wylałam nigdy przez przypadek produktu :]

Tak sobie siedzę i myślę, że niewątpliwy sukces i popularność są sumą kilku składników - produkt naprawdę niezłej jakości w niskiej cenie*, wyprodukowany w Polsce** i dostępny na szeroką skalę***.

* 8 zł, proszę mnie poprawić, jeśli się mylę. niby wszedł teraz Garnier, gdzie za 14 zł w regularnej cenie dostajemy 400 ml, ale taka Bioderma nie ma tu nawet co rywalizować w tej kwestii.
** dla mnie to ważne, nie wiem jak inni do tego podchodzą.
*** to jest kwestia dyskusyjna rzecz jasna - Biedry mają niewątpliwie problem z zaopatrzeniem w zapasy tego micela, niemniej należy pamiętać, że sieć szczelnie objęła cały kraj. z mojej warszawskiej, wielkomiejskiej perspektywy to żaden problem pójść do sieciowej drogerii i wybrać coś innego. podjeżdżam do pracy dwie stacje metrem, w promieniu 300 metrów od każdej jest Rossmann, w tym jeden tak bezczelnie na rogu po drodze do biura, że nawet nie mam jak go ominąć ;) jak się uprę na jakiś produkt, to spokojnie przeglądam gazetki promocyjne pozostałych sieciówek i mam w czym wybierać. niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że przecież w mniejszych miasteczkach tak bogatej dywersyfikacji czasem nie ma, w przeciwieństwie do Biedry.

Hejtu nie ma. Ba, do moich biedronkowych wypraw po flaszki wypełnione procentami dołączył kolejny punkt wycieczki - flaszka płynu micelarnego (na północy Warszawy jeszcze go nie uświadczyłam).

+++

Jeszcze tylko napiszę o Revlonie Colorstay i będę taką Tró Prawdziwą Blogerką Urodową ;) 
Nazwijmy to włosowym denkiem. Po prostu. 

Na pierwszy rzut często dissowane przeze mnie Yves Rocher. Tym razem dissu nie będzie, bo szampon przeciwłupieżowy z wyciągiem z nasturcji to przyzwoity produkt. Fanki naturalnej (mniej lub bardziej) pielęgnacji będą miały podjarkę, bo szampon nie zawiera silikonów i parabenów, a odsądzone od czci i wiary SLS zastąpiono ALS (które podobno w twardej wodzie się nie pieni; u mnie piany było pod dostatkiem i jestem w poznawczej kropce). 
Zasadnicze działanie przeciwłupieżowe opisałabym jako bardzo dobre - szampon przynosi wyraźną ulgę steranej skórze głowy. Muszę tu mimo wszystko zaznaczyć, że u mnie takie niespodzianki na głowie mają głównie podłoże stresowe, więc równie dobrze mogę stwierdzić, że łupież znika sam z siebie po kilku dniach i nie ma to związku z działaniem szamponu. Mimo wszystko ma, teraz zdarza mi się podkradać w sytuacjach awaryjnych klasyka w postaci Head&Shoulders i białe dziadostwo uparcie trzyma się głowy. 

Przejdźmy teraz do nieśmiertelnych Fructisów. O szamponie dodającym objętości przeczytałam na jakimś blogu i zachęcona pozytywnymi recenzjami zanabyłam zieloną flaszkę. Jakby nie patrzeć moim włosom na pewno nie dolega brak objętości (wręcz przeciwnie), ale obiecane czary-mary w postaci "termoaktywnej formuły" po prostu musiałam sprawdzić, bo inaczej nie byłabym sobą. 


Staram się unikać używania suszarki, ale czasem po prostu nie da się jej uniknąć - zwłaszcza gdy muszę od razu zdyscyplinować grzywkę lub zostały pewne wilgotne partie blisko skóry głowy. Przetestowałam działanie Fructisa przy tej samej odżywce w trzech wariantach - gdy dałam włosom samodzielnie wyschnąć, dosuszyłam wilgotne partie i wysuszyłam prawie całe. 
I skubaniec faktycznie działa, nawet gdy modeluje się włosy na szczocie (prawie potrafię to zrobić, hell yeah!). Tak mnie to zdziwiło, że aż rozważam zakupienie kolejnej butli i odżywki do spółki.
Oczywiście nie opisałabym tej objętości jako szokującej i faktycznie długotrwałej, niemniej wystarczającej, żeby zrobić widoczną różnicę na głowie. Ze swojej strony polecam, ale nie mam bladego pojęcia, jak zareagują włosy naprawdę cienkie lub kapryśne. 

Zmieńmy odrobinę temat i przejdźmy do suchych szamponów, które stały się dla mnie w zeszłym roku objawieniem. Miałam dwie miniatury z GB: Rene Furterer i kultowe Batiste. Rene nie urwał mi dupy z wrażenia, trochę nie potrafiłam jeszcze się nim posługiwać - był dziwnie mokro-tłusty w dotyku, po wyczesaniu włosy były odświeżone na dosłownie 3, może 4 godziny. A potem w moim życiu pojawiło się Batiste i już nic nie było takie jak kiedyś...
No dobra, tutaj trochę poleciałam, ale zasadnicza myśl przewodnia została przekazana.



Wersja tropikalna była moją pierwszą pełnowymiarówką po miniaturze Cherry. Zapach nie do końca mi odpowiadał, chociaż uwielbiam kokos - w tej wersji jest jakby zbyt słodki. Pomijając to - super. Czytałam niestworzone rzeczy o podrażnieniu skóry głowy suchymi szamponami, na szczęście u mnie do tego nigdy nie doszło. Odświeżenie utrzymuje się u mnie solidnie, chociaż w tym miejscu znowu muszę nadmienić, że na ogół nie traktuję szamponem całej głowy, a jedynie grzywkę, czasem kilka centymetrów za nią. Latem to wybawienie przy mojej grubej grzywce, której nie mam cierpliwości zapuścić. Po kokosie nie chciałam eksperymentować z innymi wersjami - barwionej nie potrzebuję, bo radzę sobie z wyczesywaniem, lakieru nie potrzebuję tym bardziej, więc wróciłam do wisienki i jestem szczęśliwa. Może za pół roku (bo na tyle starcza mi jedno opakowanie) zaszaleję z innym zapachem.

Przerwa na odżywkę.
O produktach do włosów Nivei, zwłaszcza o odżywkach, krążą w sumie same pozytywne opinie - chociaż pozbawione ochów, achów i jęków rozkoszy.



Odżywka Straight&Gloss w założeniu powstała do "zauważalnego prostowania i wygładzenia włosów puszących się i trudnych do ułożenia". W sumie każda odżywka sobie u mnie z tym jakoś radzi, ale nie spodziewałam się, że płynna keratyna jednak wyrządzi mi więcej szkody niż pożytku. Zamiast miękkich, błyszczących pasm spływających kaskadą (lol) miałam włosy szorstkie w dotyku, a wyprostowanie polegało bardziej na usztywnieniu fryzury. Na szczęścia odżywka nie obciążała włosów, więc przynajmniej tyle z niej miałam pociechy :] Może na cieńszych włosach sprawiłaby się lepiej?

A na sam koniec jeszcze jeden szampon. "Świeżość bawełny" w teorii ma zastosowanie przy włosach, które przetłuszczają się mocno i lekko - coś mi ten koncept za bardzo nie podszedł, ale ok. 
Z pozytywów - nie podrażnia skóry głowy, nie kołtuni (przynajmniej u mnie), niemniej samego działania w interesującym mnie zakresie nie odnotowałam. Butla 400 ml starczyła mi na używanie jej przez prawie 3 pory roku, więc mogę potwierdzić, że szampon ani nie pomaga latem w wysokich temperaturach, ani zimą przy czapkach i klimatyzacji. 



Zaznaczam przy tym, że skóra mojej głowy przetłuszcza się umiarkowanie i nic w tej materii się nie zmieniło - a czytałam wystarczająco dużo historii dziewczyn, u których po stosowaniu takich szamponów problem solidnie się nasilił. Cóż, przynajmniej tyle dobrego z solidnego oczyszczenia :]

Co dzieje się obecnie? Cóż, 9 miesięcy bez farbowania, stopniowo pozbywam się żółtych obecnie końcówek. W końcu trafiłam na maskę, która znowu robi włosom dobrze, nie kosztuje milionów i jakimś cudem wzmacnia skręt włosów. Ok, skręt to za dużo powiedziane - subtelne falki. 

Jest fajnie. 

Nie śledzę ostatnio na bieżąco blogosfery, więc możliwe, że wylatuję z tym jak debil dwa miesiące po fakcie: czy Biedronka postanowiła być fajna i sprzedaje pędzelki Ecotools, tylko bez logo? Nawet ten wiecheć materiału, udający etui-kosmetyczkę jest identyczny jak w oryginale. 

Come on, niech ktoś mi to wytłumaczy :D


Czerwiec w stolicy zaczął się markotnie i deszczowo, niemniej stwierdziłam "Olga, nadszedł czas - tego nie można dalej ukrywać!". 

O fotostarzeniu i konieczności używania filtrów napisano już tyle, że jako laik z zakresu kosmetologii nie mam nawet jak tu się wymądrzać. Po trzech latach wnikliwej obserwacji swojej cery mogę powiedzieć, że obsesyjne nacieranie się filtrem +50 po prostu ma sens - potwierdzają to przebarwienia na policzkach, które prawie udało mi się opanować, niemniej w obliczu silniejszego słońca i braku odpowiedniej ochrony powracają w całej swej czerwonej okazałości. 

Ochrona przeciwsłoneczna w praktyce przysparza niestety wielu problemów i w ogóle nie dziwię się moim koleżankom, które o filtrach myślą tylko w kontekście leżenia plackiem na plaży - bo jak wiemy, gdy pomykamy latem po mieście rozgrzanym do 35 stopni, to promieniowanie nas magicznie nie dotyczy... Dobra, ironizowanie na bok. 

Moja obsesja na punkcie +50 uległa ostatnio ewolucji - doszłam do wniosku, że skoro tylko pomykam po mieście (bo moje celowe nieopalanie się nadal ma wymiar niemalże ideologiczny, lol), to mogę spokojnie zmniejszyć ochronę i znaleźć produkt, który będzie o wiele lepiej współpracował z podkładem i pudrem. Kremy do twarzy z filtrami, zwłaszcza tymi wysokimi, lubią niewyobrażalnie natłuszczać cerę (o bieleniu nie wspominając), więc postanowiłam znaleźć coś specjalnie dla cery mieszanej. Nie zagłębiałam się zbytnio w tematykę rozróżniania filtrów na fizyczne i chemiczne, jakoś szczerze mówiąc nie jara mnie to zbytnio.

Ten nieco przynudnawy wstęp jest konieczny po to, żeby zrozumieć moją totalną podjarkę kremem do twarzy, jaki w swej łaskawości wypuściła Bielenda. A konkretnie krem do cery mieszanej i tłustej z filtrem SPF 30. Istnieje jeszcze wersja SPF50 dla cery suchej - to tak gwoli informacji.

Rok temu w czerwcu popełniłam przegląd filtrów, z którego wynikało, że te lepsze filtry są domeną firm aptecznych i prawdopodobnie w tym roku znowu ze smutkiem sięgnęłabym do kieszeni po portfel i wyłuskała miliony monet na Biodermę. Ale w sierpniu poznałam Bielendę przez szczęśliwy zbieg okoliczności- zostałam bez filtra do twarzy, zbliżał się koniec lata, a mój budżet był napięty niczym baranie jaja, więc sięgnęłam po dosłownie najniższą półkę z letnimi produktami w Hebe, gdzie za przepiękne 10 złotych polskich bez jednego grosza czekała na mnie ta tubeczka.




Tak, przyznaję się od razu - cena była wówczas dla mnie najważniejszym wyznacznikiem i dobrze na tym wyszłam. To ja zacznę piać z zachwytu w końcu.

Krem ma fantastycznie lekką i faktycznie nietłustą konsystencję, dobrze się rozprowadza i szybko - jak na filtr - wchłania. Co ważniejsze - nie bieli, a wchłania się do tego przyjemnego matu jak po dobrym kremie normalizującym (czyli nie ściąga potwornie). W teorii od aplikacji filtra do dalszych kroków, jak chociażby podkład, powinno minąć 15 minut i staram się tego trzymać jeśli mam czas, ale tutaj spokojnie można się pokusić o tapetowanie już po 3-4 minutach. Kolor biały, zapach dla mega nochala przyjemny, choć słabo wyczuwalny i szybko się ulatnia.




Producent zapewnia, że krem skutecznie nawilża, a wręcz poprawia jędrność i elastyczność skóry. No-no, powiedzmy sobie szczerze, że od tego mamy inne smarowidła, ale działań anti-aging nigdy dość. Do czego dążę - w sierpniu i wrześniu zeszłego roku stosowałam Bielendę solo na dzień bez innych kremów nawilżających. I też wszystko pięknie hulało.



Mam zbyt małą wiedzę biochemiczną, żeby ocenić, czy filtry w tym kremie są wystarczająco mocne, a jak znam życie, to do składu zawsze można się przypieprzyć. Grunt, że krem spełnił swoje podstawowe zadanie, czyli ochronił przed słońcem w wystarczającym dla mnie stopniu, a przy okazji okazał się być świetnie nawilżającą bazą pod makijaż. I tyle dobroci za 10 zł.
Imaginujcie to.




Prawdopodobnie jedyną wadą jest dostępność - produkty z przeciwsłonecznej serii Bielendy jakoś nie wzięły szturmem półek w Rossmanach, w sumie widziałam je tylko w Hebe (nie wiem jak z hipermarketami i małymi drogeriami, gdyż najzwyczajniej w świecie nie błąkam się po takich miejscach). 

Idźcie i smarujcie się wszyscy. Olga daje gwarancję.

edit po 20 minutach: Pragnę - jak zawsze - nadmienić, że mam cerę umiarkowanie mieszaną, dlatego u mnie efekt matowienia był zacny. Nie mam pojęcia, jak ten krem może się zachowywać na cerach naprawdę tłustych. Mam nadzieję, że niewiele gorzej.

Jeden z moich ulubionych socjologów, czyli Pierre Bourdieu, wprowadził do nauk społecznych termin przemocy symbolicznej. Wikipedia mocno upraszcza sprawę króciutkim zdaniem:

Jest to miękka forma przemocy, która nie daje po sobie poznać, że jest przemocą.

Doszłam ostatnio do wniosku, że niektóre kobiety są mistrzyniami pasywno-agresywnej przemocy symbolicznej. Co taka babeczka robi?

Ano wysyła swojego małżonka (tak, to bardzo ważne w tej sytuacji) do drogerii po zakupy. Kobiece zakupy. 

Rozumiem, że współczesna kobieta to stworzenie potwornie zabiegane, zajęte i można nie mieć czasu na wyjście na zakupy (seriously, kto by sobie odmawiał tej przyjemności?). Ale potem zdarzają się takie kwiatki:
Małżonek z przestrachem w oczach biega między standami z kolorówką i szuka czerwonego lakieru do paznokci. Na początku się wstydził (że facet i lakiery, dżender-srender), a potem zadzwonił do żony i zrezygnowany kazał sobie tłumaczyć, jak dokładnie czerwony ma być ten lakier. Uruchomiły się wtedy moje znacznie ograniczone pokłady empatii i zaoferowałam kolesiowi, że pomogę w wyborze. Uprzejmie podziękował, ale po dwóch minutach wrócił do mnie, wręczył telefon i po krótkiej rozmowie okazało się, że żona potrzebowała bardzo ciemnej, głębokiej czerwieni, żeby pasowała jej do naszyjnika. Myślę, że uchroniłam ziomeczka od porządnej awantury, bo wcześniej błądził zdecydowanie w okolicach jasnych, strażackich odcieni. 

Ostatnio z kolei obserwowałam, jak facet szukał balsamu antycellulitowego określonej firmy. Na jednej ręce bejbi płci żeńskiej, drugie bejbi nieco większe pałętało mu się między nogami, facecik patrzy na te balsamy i widzę na jego twarzy esencję "ja pierdolę, ale o co chodzi". Wiedział, jaka firma, nawet kojarzył butelkę. Zaczepia ekspedientkę, szukają, szukają - balsamu nie ma. Myślę sobie "zaraz skapituluje", ale wstąpiła  w niego nowa energia i taki zadowolony pyta:
- A czy jest jakaś szansa, że to może będzie tam, gdzie kremy do twarzy?

I tak lżej mi się na duszy zrobiło, że to jednak prawda, że mężczyźni nie mają bladego pojęcia, czym jest cellulit, skoro w dobrej wierze pytają, czy zdarza się na twarzy. 

Myślę, że sama nie jestem lepsza - pamiętam, jak swego czasu prosiłam mojego ojca o kupno podpasek i wkładek. Tak, to było naprawdę okrutne. 

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia