Jeszcze nigdy nie zebrałam się na podsumowanie marki - ten wpis też nie ma takiego charakteru. Chciałabym jedynie podzielić się wrażeniami z testowania kilku produktów i zdecydowanie odradzić kilka pozycji. Wszystkie zdjęcia produktów zerżnęłam bezczelnie z oficjalnej strony polskiej Sephory, bo jestem leniem i przeróbka fotek przerasta moje możliwości (chociaż pisać mogę).

Mam z Benefitem problem, gdyż kreuje się na markę bliską każdej kobiecie, czemu stanowczo zaprzeczają ceny. O tej sferze oczywiście trudno sensownie dyskutować, bo każda z nas ma inne możliwości finansowe jak i oczekiwania wobec kosmetyków. Kategoria luksusu też obecnie się rozmywa - dla jednych to marki selektywne z drogerii, dla innych małe manufaktury (tu patrzę z utęsknieniem na Fridge).
Trudno jednak znieść ból dupy, gdy patrzy się na ceny benefitowych róży, a potem myśli "hmm, w sumie dopłaciłabym niewiele więcej i miałabym Diora". Jak kiedyś pisałam, kwestia poczucia zajebistości wynikająca z posiadania produktów luksusowych jest bardzo indywidualna, ceny nie zawsze idą w parze z jakością (na ogół jednak tak)*, a w świetle tych rozważań Benefit jest w mojej ocenie odrobinkę schizofreniczny.

Urocze opakowania są po prostu tylko urocze, a nie luksusowe, więc płacąc za wspomniany przykładowy róż w kartoniku można mieć poczucie, że płaci się uczciwie głównie za produkt, a nie ozdobne puzderko, które "jest ozdobą każdej toaletki" <--- sorry, musiałam, ale ta wyświechtana fraza powraca jak mantra przy recenzji niemal każdego produktu kolorowego z wyższej półki. Że niby mam zrobić muzeum, zaprosić koleżanki i kazać im się zachwycać? Lubię ładne przedmioty, ale bez przesady.
Z drugiej strony ten kartonik czy plastik (porządny, ale jednak plastik) sprawia, że odrobinkę rzednie minka tym, którzy potrzebują do szczęścia szkła, złoceń, metalu czy chuj wie z czego tam jeszcze robią te opakowania. W dodatku kartonik ma szansę szybko się popsuć, zedrzeć i zaburzyć nasze estetyczno-ontologiczne szczęście. 

Tutaj dygresja: miałam kiedyś puder w porządnym kartoniku z TheBalm (recenzja nigdy nie ukazała się na blogu, bo jakoś zabrakło mi werwy) i muszę z uznaniem przyznać, że pół roku w mojej podręcznej kosmetyczce nie zrobiło większego wrażenia na rzeczonym kartonie, więc argument za niepraktycznością takiego opakowania odrobinę właśnie mi osłabł. Brawo Olga, że sama sobie przeczysz ;)

Powiem zupełnie szczerze: jestem gdzieś pośrodku, reprezentując typowo polskie kredytowe cebulactwo na dorobku z serii "płacę - wymagam". Czyli nie mam pretensji o koszmarkowe opakowania szminek Golden Rose za 9 zł (bo zawartość jest skandalicznie znakomita), ale kartonik różu za 145 zł nie podnosi mi morale (mam nadzieję, że widać tu, jak się zbijam).

Skoro już popieprzyłam trochę o opakowaniach, to teraz przejdźmy do zawartości. Z tą w Beneficie bywa różnie - są kosmetyki, które uwielbiam, a są i takie, bez których wszechświat byłby odrobinkę lepszy.

No to jazda!

Pierwszy z wesołej gromadki to korektor Boi-ing, o którym pisałam tutaj. Przyzwoitość nakazywałaby wyrzucić produkt, który mam już 2,5 roku, ale z drugiej strony jeszcze sporo mi go zostało, nie podrażnia, więc zostaje. Świetny pod oczy jak i na niespodzianki.

Na kupno korektora Erase Paste, zwłaszcza w odcieniu Medium, sama bym nigdy nie wpadła - był w zestawie miniaturek, który kupiłam sobie już dawno temu. 


Dość długo nie wiedziałam, co z nim zrobić, aż któregoś razu błądząc po rubieżach internetów przeczytałam, że łososiowe odcienie są świetne na sińce pod oczami. Ja debil do tej pory używałam tylko korektorów beżowych i przypomniałam sobie o skitranym gdzieś w szufladzie Erase. To był strzał w dziesiątkę - korektor ma świetną, kremową konsystencję, w porównaniu do Boi-ing jest zdecydowanie wilgotniejszy. Dzięki temu nie roluje się i nie zbija w załamaniach tak bardzo, jak na ogół robią to produkty pod oczami. W sumie mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że w ogóle nie ląduje w załamaniach - ale nie wiem, jak sprawa wygląda u innych dziewczyn (u mnie korektor ląduje na grubej warstwie kremu). Z oczywistych względów kolorystycznych nie użyję go na krostki, ale pod oczami jest zdecydowanie lepszy od Boi-inga.

Swego czasu do zakupów dostałam też miniaturę Stay Don't Stray, który pomyślano jako korektor i baza pod cienie w jednym (że niby taki kompleksowy produkt do oka). W dziedzinie baz pod cienie naprawdę ciężko zrobić na mnie wrażenie (pozostaje wierna Artdeco) i nawet się specjalnie nie zdziwiłam, gdy cienie położone na SDS zwałkowały się po 5 godzinach (hańba). Jeśli chodzi o tuszowanie cieni pod oczami - całkiem spoko dla osoby, która ma małe i umiarkowane problemy w tym zakresie. Jeśli kiedykolwiek przestanę wyglądać po 8 godzinach regenerującego snu jak stara heroinistka, to zamieniłabym Erase Paste na SDS.

Żeby płynnie przejść z korektorów do rozświetlaczy, to teraz słów kilka o Ooh La Lift. Kosmetyk ten określany jest jako "żel rozświetlający pod oczy", którego użycie ma dać efekt 8 godzin snu. Taaa, pierdolenie.


Dobrze, może się rozpędziłam w swojej ocenie. Z żelu jest zadowolona moja mama, która w przeciwieństwie do mnie nie ma sinych worów pod oczami. I takie osoby może zauważą u siebie efekt "wypoczętej, jędrnej skóry". Ooh La Lift w pojedynkę nie poradzi sobie z sinymi areałamai, a nakładanie go na korektor zakrawa już o jakieś szaleństwo. Myślę, że nie zaszkodzi pójść do Sephory, pomacać i sprawdzić, do której grupy się zaliczacie ;)
Warto podkreślić, że na rynku funkcjonuje mało podobnych kosmetyków pod oczy, które by nie były stricte korektorami - a może to ja nie ogarniam (w chwili pisania tego tekstu moja temperatura dobija do 37,5). 

Dość wiekowy jest też mój egzemplarz rozświetlacza Watt's Up!, ale z perspektywy czasu nie żałuję wydanych na niego $$ (promocja poświąteczna w Sephorze zawsze na propsie). Tworzy przepiękną, szampańską, a jednocześnie elegancką taflę na policzkach. Nie ściera się. Pieprzony ideał.


Daje radę również jako cień do powiek. Sztyft jest wygodny w użyciu, choć do rozświetlania łuku brwiowego trzeba nałożyć odrobinę produktu na palec i wklepać - starałam się kilka razy przejechać bokiem sztyftu po tym małym obszarze i skutki były opłakane (albo za dużo produktu, albo ubrudzone brwi).

Skoro jesteśmy przy rozświetlaczach, to popastwię się nad innymi produktami tego typu.

Pierwszy z nich to niezbyt popularny Girl Meets Pearl (miniaturka o pojemności 7,5 ml). Po zużyciu niemal całej tubki nadal nie wiem, co mam o tym myśleć - troszkę tej perełki jest, daje subtelny blask - chyba aż nazbyt subtelny (do kościoła spoko, ale na imprezę odradzam - zakładając, że komuś się te dwie okazje nie mylą). 

W dodatku ciężko nie porównać koloru GMP to kultowego High Beam - z tą różnicą, że High Beam daje bardziej metaliczny, chłodniejszy efekt. Ponadto oryginalne opakowanie HB może wkurzać - na ściankach zostaje mnóstwo produktu, którego wygrzebywanie jest uciążliwe nawet dla osób zaprawionych w tego typu bojach (miniaturka HB to już w ogóle funkcjonalny dramat).


Obydwa produkty są płynne, więc zgodnie z prawidłami sztuki makijażu (ahaha, sorki) lądują na podkładzie, a pod pudrem, czego skutkiem jest przynajmniej częściowe zmatowienie/zakrycie efektu rozświetlenia. Cóż, ja zdecydowanie wolę widoczną taflę w wykonaniu Watt's Up! i/lub rozświetlacze pudrowe (nie będę w wyjątkiem - Mary Lou Manizer królem jest i tyle w temacie).

Żeby skończyć raz na zawsze temat rozświetlania, zatrzymajmy się na chwilę przy That Gal. Jest to rozświetlająca baza pod makijaż, którą w chwili rozpusty (wyprzedaż w Sephorze) kupiła sobie moja matka i jako główna użytkowniczka produktu była z niego kontenta. Mama dobiega 50tki, pomimo palenia ma skórę w niezłym stanie, ale też ma dość niskie wymagania wobec efektu końcowego makijażu (nie piszę tu złośliwie) i nie potrafiła mi dokładnie określić, co jej się w działaniu That Gal dokładnie podobało. 


Moja niechęć do That Gal bierze się prawdopodobnie z całości moich złych doświadczeń związanych z bazami tego rodzaju - za chuja nie wiadomo, jaki w sumie ma być efekt końcowy i czego się spodziewać. Hasło reklamowe Our silky pink primer takes your complexion from dull to darling! jest nie do zinterpretowania, a mnie teraz nie chce się pierdolić po raz setny o "zdrowym glow". Gdyby ta baza jeszcze chociaż przedłużała trwałość podkładu... Po przetestowaniu bazy koło 15 razy w połączeniu z różnymi podkładami muszę odnotować z blogerskiego obowiązku porażkę na całej linii (jeśli dla kogoś 15 razy to za mało na wydanie wyroku, proszę o stosowny komentarz). Specjalnie dla That Gal ukułam termin BeneBubel/BeneBadziew (chociaż jestem pewna, że ktoś już to kiedyś wymyślił). Pewne pocieszenie można odnaleźć w fakcie, że za to gówienko płacimy tylko 129 zł, a równie beznadziejne bazy z Estee Lauder i MUFE to odpowiednio 145 i 165 ciężko zarobionych złotówek. Nawet jeśli jesteście żonami znanych piłkarzy, to pamiętajcie - nie po to wasi mężowie tyle się nabiegali i napocili, żebyście teraz przepieprzały kasę na kosmetyki, które nie robią NIC (swoją drogą, ironicznie współczuję trochę WAGsom; mają jakieś odgórne, chore zobowiązanie wobec społeczeństwa, żeby zawsze wyglądać perfekcyjnie. niech się taka pokaże publicznie z odrostem lub pryszczem na czole, to tragedia na dwa miesiące). 

Będzie część druga - ale kiedy, to nie wiem :)



* już nie wspominając o efekcie końcowym - nieumiejętnie nałożony kosmetyk wygląda tragicznie niezależnie od tego, czy kosztował 15 czy 150 zł. Just sayin.
Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek to napiszę: mam taki zapierdol w pracy, że w ciągu dnia może ze dwa razy sprawdzę przelotnie fejsa.

I CIESZĘ SIĘ Z TEGO.

Serio.

Powoli chudnę. Moim przyjaciołom też wychodzi realizacja planów większych i mniejszych. Dobrze się zapowiada ta jesień, powiadam wam.

Do blogowania wrócę, jak tylko wejdę na dobre w nowy tryb życia. Czyli pewnie niedługo, bo jedyna rzecz, na którą mogę obecnie narzekać, to niektóre kosmetyczne niewypały ;)


W życiu każdej bambaryły przychodzi moment brutalnego otrzeźwienia - skóra we wrażliwych miejscach robi "no pasaran" i pojawiają się rozstępy. 

W moim przypadku ten moment przyszedł zimą, gdy zobaczyłam nowe rozstępy na brzuchu. Nie jestem w ciąży, a jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności mój tłuszcz zadomowił się na dobre właśnie na brzuchu (tak bardziej niż kiedyś) i postanowił nie ruszać się w inne rejony, np na nogi. 
Tak źle i tak niedobrze. 

Większość moich rozstępów pochodzi z czasów intensywnego wzrostu w podstawówce, czyli sprzed 12-13 lat. Kolejna partia to gimnazjum, kiedy przytyłam. Kolejne pojawiały się pojedynczo na udach i pośladkach. Tak czy siak, wszystkie do dziś zblakły i nawet nie są tak szokująco szerokie i głębokie, jak można by się tego spodziewać. Smarowałam zawsze te rejony produktami ujędrniającymi, nawilżającymi i przeciw cellulitowi, ale bez większego pietyzmu i regularności (w sensie raz dziennie). 
Aż tu nagle bam, czerwone pręgi na brzuchu. W stadzie.



Zdecydowałam, że czas podjąć zdecydowane kroki i po krótkiej rozkmince w drogerii sięgnęłam po skoncentrowany krem przeciw rozstępom marki Palmers. Cóż tu dużo mówić, marka nie jest demonem  eko-sreko naturalności w składach i przynajmniej dla mnie nie jest to poważny zarzut, bo mimo wszystko naturalne ekstrakty dominują na pierwszych miejscach. Zapachy są mocno dyskusyjne - linia kakaowa mi odpowiada, ale znam osoby, które na ten aromat reagują agresją ;) 
Dla mnie sporym atutem przy wyborze była właśnie koncentracja kremu - to nie był czas na popierdółki i jakieś lekkie balsamiki, o nie (sorry Babydream).




Ale do rzeczy.

Miękka tubka zawiera 125 g dość zbitego kremu, który zaskakująco łatwo się rozsmarowuje (można też określić konsystencję jako lżejsze masło do ciała). Wchłania się dopiero po kilku minutach, więc trzeba solidnie odczekać z ubieraniem się. Od razu po użyciu ma się uczucie gładkości i nawilżenia. Przy umiarkowanie regularnym stosowaniu (czasem 2 razy dziennie, czasem raz, czasem nic, taka sytuacja) krem zużyłam w 5 miesięcy.





Nie znam się, ale mimo wszystko skupię się na tych przyjemnych rzeczach ze składu (kolejność pojawiania się, jeśli coś popieprzyłam, proszę o sprostowanie w komentarzu):

  • masło kakaowe, dziwnym nie jest, w końcu od niego nazwę bierze cała seria. ZSK: działanie natłuszczające, nawilżające oraz ochraniające (emolient). 
  • olej kokosowy: a to zdziwko, na opakowaniu nikt nie zająknął się ani słowem. tak popularny, że chyba nie muszę o nim pisać ;)
  • olej palmowy: w żywności to tani wypychacz, którego należy unikać, ale w kosmetykach już tak nie mierzi. podaję za ZSK: działa przeciwzapalnie, odżywczo, przeciwobrzękowo, łagodząco, oczyszczająco, przyśpiesza regenerację tkanek. Wywiera doskonały wpływ nawilżający, natłuszczający, uelastyczniający i wygładzający skórę. Zawiera naturalne antyoksydanty i wymiatacze  (uwielbiam to słowo) wolnych rodników. 
  • masło shea. no też nie mam co dodawać :)
  • olej ze słodkich migdałów. ecospa.pl: Olej ze słodkich migdałów jest bardzo dobrym emolientem, tj. wygładza skórę. Ma bardzo wysokie zdolności nawilżania skóry, szczególnie jeśli jest stosowany systematycznie.Olej migdałowy stosowany jest w leczeniu egzemy, łuszczycy oraz do skóry suchej, swędzącej i podrażnionej. Jest lekki i łatwo wchłania się w skórę dzięki temu chętnie używany jest do masażu.
  • ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej: Wyciągi z rośliny działają silnie antyseptycznie, przeciwzapalnie i ujędrniająco. Stymuluje fibroblasty (komórki tkanki łącznej wytwarzające włókienka białkowe budujące tkankę, np. w skórze) do syntezy kolagenu i elastyny. Wzmagają syntezę kwasu hialuronowego. Roślina ma zdolnośc modyfikowania struktury skóry i warstwy podskórnej. Przyśpiesza gojenie ran, zmienia strukturę blizn, dzięki czemu można je wygładzić i zmniejszyć ich przebarwienie. Wąkrotka (Centella) zapobiega celulitis i hamuje powstawanie zmarszczek.(wizaz.pl)
  • olej arganowy - zdecydowany marketingowy król ostatnich lat, nawet nie będę pisać, że oprócz odmłodzenia o 30 lat zrobi nam aromatyczną kawę. 
  • Olej z nasion krokosza barwierskiego: Zastosowany w preparatach do pielęgnacji skóry i włosów tworzy na ich powierzchni warstwę okluzyjną (film), która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni (jest to pośrednie działanie nawilżające), przez co kondycjonuje skórę i włosy, zmiękcza i wygładza. (kosmopedia.pl) Może właściwości dupy nie urywają, ale "krokosz barwierski" brzmi tak niesamowicie, że od razu mamy +5 do zajebistości od samego przeczytania, a co dopiero użycia w kosmetyku, oh yeah. 

Zostaje nam bardzo ważna kwestia: czy te wszystkie cudowności upakowane razem działają? 
Po swoim sadełku widzę, że tak: dalsza ekspansja rozstępów została zahamowana, a te istniejące zostały wyraźnie zwężone i spłycone. Myślę, że to spory sukces jak na produkt budżetowy (27-30 zł w stacjonarnych drogeriach). 
Oczywiście to moja percepcja i nie wątpię, że dla kogoś innego takie efekty mogą być co najmniej zabawne. Nie będę ukrywać, że mam na swój sposób bardzo małe wymagania - przy obecnej wadze (jak i budżecie) po prostu nie mam jak oczekiwać, że zmiany magicznie znikną, a moja skóra będzie gładka. No kurde, nie ma szans. 
Teraz jestem nastawiona głównie na prewencję i profilaktykę, a wraz z (miejmy nadzieję) oczekiwanym spadkiem wagi może będzie lepiej. Zobaczymy. 


czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia