Mam opadający łuk brwiowy, 25 lat i dyplom wizażysty. Dopiero teraz mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że potrafię narysować na powiekach dwie w miarę proste, eleganckie kreski, których estetyka nie przypomina wykresu elektrokardiogramu.

Ciągle inwestuję w rozwój własnych umiejętności i mam nadzieję, że przed trzydziestką dotrę do takiego poziomu, że owe ładne dwie kreski zaczną być do siebie podobne.

+++

Najlepsze uczucie dla uzależnionego chomika walczącego z nałogiem - doprowadzić do sytuacji, gdy wykończy się kosmetyk danego typu, nie mieć następnego w zanadrzu i móc pójść z czystym sumieniem do sklepu. W roli głównej tego sukcesu - peeling do ciała.

+++


W pierwszym wpisie na temat Benefitu dałam upust swoim frustracjom jak i zachwytom, jakie generują we mnie kosmetyki rzeczonej marki. Śmiesznym trafem opisałam aż 8 kosmetyków w dwóch kategoriach. Teraz mogę spokojnie opisać całą resztę, z którą miałam do czynienia. Bez zbędnego przedłużania zapraszam na swobodny, nieposkromiony potok myśli Olgi G. 

Miniatura They're Real przybyła do mnie całkiem niedawno z Glossyboxem, choć z samą maskarą miałam już kilkakrotnie wcześniej do czynienia w szkole i podczas bezczelnego testowania w Sephorze za czasów pracy w galerii handlowej. Szczerze mówiąc, nie miałabym obiekcji, gdyby miniaturyzacja mojego egzemplarza objęła także szczoteczkę, a właściwie szczotę - zabójcze bydlę nastręcza niemało kłopotów na początku, w dodatku włoski są ostre i nie uginają się. Moje oczy nie są szczególnie wrażliwe (cóż, to chyba tylko kwestia czasu), a mimo to kilka razy dziabnęłam się w nie dość dotkliwie. 
TR słynie z także z fikuśnego, specjalnego czubka szczoty, którym można podkreślić trudno dostępne partie rzęs. Sztuka ta nigdy mi się nie powiodła, albowiem rzeczony czubek jest zawsze ufajdany w produkcie (może w pełnowymiarowej wersji jest magiczny zaworek odprowadzający nadmiar maskary? let me know!), a ja sama też nigdy nie poczułam szczególnej potrzeby dziabania się tym ustrojstwem (kto wie, może to resztki instynktu samozachowawczego).



Jak już się przezwycięży strach przed szczotą, przychodzi czas na refleksję "ale o co tyle krzyku?". Jeśli mam czas na machanie i staranne wyczesywanie dwóch warstw maskary, jestem w stanie wyciągnąć maksimum możliwości z moich idealnie przeciętnych rzęs. Pisząc "maksimum" mam tu bardziej na myśli wydłużenie i umiarkowane pogrubienie, aniżeli zagęszczenie (o podkręceniu można zapomnieć). 
Na pewno na plus They're Real można zaliczyć fakt, że nie skleja rzęs i nie tworzy klumpów. Mamy tu wręcz chirurgiczne rozdzielenie rzęs i wydłużenie ich - ale taki efekt wymaga cierpliwości. Jeśli dokładnie tego potrzebujecie od maskary i w dodatku macie rano 10 minut na same rzęsy - polecam.

Osobną kwestią jest już sama trwałość - tak jak do kruszenia u mnie nie doszło, tak niestety odnotowałam skłonności do malowniczych, czarnych potoków sunących po policzkach. Żeby było ciekawiej, do owego rozmazania doszło u mnie raptem po dwóch czy trzech łezkach spowodowanych atakiem (niemal) gruźliczego kaszlu. Jak używam maskar od gimnazjum (CZYLI MATKO BOSKA, JUŻ 10 LAT), tak nie pamiętam takiej sytuacji (mówimy o rozmazywaniu się od byle czego, nie o kaszlu). A jak się człowiek popłacze i zamieni w wielki test rorschacha, to nowo powstałych plam nie idzie usunąć po dobroci chusteczką. Naprawdę niesamowita właściwość.
Łączy się z tym inna cecha. Zauważyłam ze smuteczkiem, że maskara ma tendencję do ulatniania się. Jest to ciekawe zjawisko - maskara jakby wyparowuje w ciągu dnia z rzęs, ale czyni to bez śladu na policzkach (co ma swoje zalety). To, co zostanie do wieczornego demakijażu, w starciu z micelem lub dwufazą robi "no pasaran" i rozmazuje się szpetnie i/lub zostaje w najdziwniejszych zakamarkach oka, aby cieszyć nas pandą po umyciu twarzy wodą. Upierdliwość demakijażu jestem w stanie zaakceptować do pewnego określonego momentu - niestety benefitowa maskara wystawia moją cierpliwość na ciężkie próby, którym chyba dalej nie podołam.

Nie ma co ukrywać ukrywać - maskara srodze mnie rozczarowała, ale potrafię dostrzec jej (nieliczne) zalety. Na pewno świetnie się sprawdzi na sesjach zdjęciowych (pod warunkiem, że kontroluje się temperaturę).
Osobna sprawa, że z biegiem czasu polaryzuje się moje stanowisko w kwestii maskar - jest to produkt tak kapryśny, że nie widzę większego sensu inwestowania weń więcej niż 50-60 zł. Podsumowując: w moim mniemaniu They're Real jest maskarą przesadnie wyhajpowaną, a jakością nie prezentuje nic nadzwyczajnego, czego nie dadzą tusze Yves Rocher lub Max Factor. Jeśli ktoś ma ciśnienie na drogie tusze, polecam podstawową wersję Double Wear od Estee Lauder. 


Co jeszcze zostało do opisania?

Śmieszna, mała kredka High Brow. Jest to kolejna rzecz, którą regularnie podkradam mamie - prawdopodobnie bardziej praktycznie byłoby kupić sobie własny egzemplarz. High Brow dedykowana jest do użytku na łuku brwiowym, ale nie ma przeszkód, by używać jej w innych miejscach potrzebujących rozświetlonego zaakcentowania i wymodelowania (przykładowo łuk Kupidyna).



Fakty są takie, że definiowanie rysunku brwi poprzez modelowanie łuku brwiowego nie jest wybitnie trudną sztuką - ale należy do mało popularnych, wręcz nieznanych technik (czytelniczki blogów kosmetycznych będą w tej chlubnej mniejszości). W związku z tym oferta dedykowanych produktów jest niezwykle uboga - wiem, że jeszcze Catrice ma podobny wynalazek (takie sprzężenie zwrotne). Doskonale rozumiem te wszystkie kobiety, którym nie chce się bawić w kredki, tylko przejadą jasnym* cieniem aż po same brwi i są zadowolone. Ja jednak jestem całym sercem za kredką - można wykonać ostrzejszy rysunek, produkt jest trwalszy, a uniwersalny, bladoróżowy kolor ożywia spojrzenie i pięknie się wtapia.
Cena odstrasza, to fakt - 95 zł za kredkę brzmi tak jakoś niedorzecznie. Niemniej jeśli ktoś faktycznie bawi się codziennie w poprawianie łuku brwiowego, to nie widzę innej alternatywy niż High Brow. 
A, sorki. Z uwagi na matowe wykończenie i jasny kolor HB może dawać niekorzystny efekt na osobach charakteryzujących się ciemniejszą i cieplejszą karnacją. Dla nich podobno stworzono High Brow Glow - jak nietrudno się domyślić, wersja delikatnie błyszcząca, idąca podobno w stronę koloru "champagne pink". Ja po pobieżnym macaniu znalazłam tam beż, ale stara jestem, może mam już problemy ze wzrokiem.

*Pół biedy, jeśli ten jasny cień jest matowy lub lekko wpada w satynę, ale nie brakuje też miłośniczek pereł. Nie definiowałabym tej nieszczęsnej perły w kategoriach estetycznego horroru - bardziej stawiam na komedię.


Ostatni bohater tego zostawienia to róż, który już wycofano z produkcji i sprzedaży (powinnam w tym momencie napisać "ku mojej rozpaczy, co ja zrobię, jak za 5 lat skończę obecny egzemplarz?!?! muszę zrobić zapas!").
Cóż, Bella Bamba specjalnie nie podbiła sieci ani blogosfery w przeciwieństwie do kultowej Coralisty. Jako że opisywanie produktu niedostępnego odrobinę mija się z celem, podzielę się ogólnymi wrażeniami z użytkowania benefitowego różu (podobno wszystkie są bardzo zbliżonej jakości, ale nie chcę uogólniać).



Kartonik trzyma się dobrze i jest o tyle praktyczny, że w przypadku upadku na podłogę nie dostanie się spazmów ze strachu o opakowanie (i prawdopodobnie zawartość). Sam produkt, choć sprawia wrażenie ciemnego (ach ten odcień arbuza <3), dzięki idealnej konsystencji (nie pyli!) daje możliwość stopniowania intensywności jak  i zblendowania. Oczywiście duża też w tym rola odpowiedniego narzędzia - ja używam Blush Brush z Real Techniques (który jest i-d-e-a-l-n-y), przy mocniej zbitym włosiu niewątpliwie mogą pojawić się plamy, placki i inne mało urokliwe bohomazy.
Zauważyłam, że Bamba trzyma się lepiej na cięższych, matujących podkładach - co oczywiście nie oznacza, że z lekkiego bb kremu ulatnia się po godzinie, ale wyraźnie blednie. Bella Bamba zawiera połyskujące, złote drobinki, które również dzielnie trzymają się twarzy - ciekawa jestem, jak sytuacja trwałości przedstawia się w przypadku matowych produktów.

W razie wystąpienia przemożnej chętki na róż z Benefitu zachęcam do podjęcia wysiłku, jakim jest wizyta w Sephorze obejmująca intensywnie macanko oraz wypróbowanie kosmetyku na sobie (konsultanci Benefitu sami to proponują - w sensie próbny makijaż, nie macanko - jeśli takowego nie ma akurat w sklepie, wystarczy poprosić osobę z "ogólnego" teamu drogerii). Gdyby nie taki serwis, siedziałabym teraz pewnie średnio zadowolona z Coralisty, na którą pierwotnie miałam ochotę - makijażysta przekonał mnie do Belli (wiecie, typy urody i inne tego typu pierdolety, których jednak ostatecznie nie wolno lekceważyć).

Moja kolekcja róży jest maleńka - już nawet nie chodzi o ograniczony budżet (jeszcze tylko miesiąc!), ale o satysfakcję, jaką daje mi używanie Bamby. Nie będę teraz wyolbrzymiać, tylko podzielę się suchym faktem - to mógłby być jeden jedyny róż w mojej kosmetyczce i byłabym zadowolona (no dobrze, jedyny połyskujący, już się tak nie umartwiajmy i pozwólmy sobie na mat).

I tym oto optymistycznym akcentem pragnę zakończyć moją małą podróż po benefitowym arsenale. Voila!

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia