o blogerkach-wyłudzaczkach
/
22 Comments
Temat co najmniej kontrowersyjny, ale nie mam specjalnie oporów przed napisaniem, co myślę o działaniach pewnych osób.
Spoiler: regularni czytelnicy może się zorientowali, że pracuję w agencji pr i zajmuję się obsługą kilku firm, głównie kosmetycznych. Jako że jestem odpowiedzialna za rozmaite kontakty z szeroko rozumianym światem zewnętrznym, dostaję kilka razy w tygodniu maile od blogerek urodowych oferujące nam nieziemską współpracę - my im dostarczamy kosmetyki za darmo, one je opisują, robią zdjęcia i wrzucają na bloga - zapewne myślą, że pierwsze coś takiego wymyśliły i są niesamowicie oryginalne, że oferują nam taką "niesamowitą reklamę".
Żeby uściślić - nie mam nic przeciwko współpracom, zwłaszcza tym płatnym. Nie mam nic przeciwko blogerkom, które same nawiązują takie kontakty. A poniższy wpis jest sumą moich doświadczeń zarówno blogerskich jak i zawodowych.
Co mnie mierzi? Taka blogereczka na ogół nie wpadnie na pomysł, żeby od razu w pierwszym mailu podać link do bloga, żeby móc się zapoznać z jego treścią. Trzeba o linka ładnie poprosić. Nie muszę raczej dodawać, że maile są pisane okropną polszczyzną - brak wielkich liter na początku zdania, brak jakiekolwiek interpunkcji, a więc ich wywód przypomina bardziej strumień świadomości, z którego trzeba starannie wyłuskać przekaz (dajcie mi kosmetyki za darmo!).
Jak już się dostanie linka, to zaczyna się właściwa zabawa.
Mam poczucie estetyki jakie mam, co widać po designie bloga, a właściwie jego braku - zero ozdobnych pierdoletów, czysta treść. Nie znaczy to, że gardzę kolorowymi szablonami - a niech będzie nasrane neonami, żeby tylko zachowywało to spójną formę. Nic na to nie poradzę, gardzę wymyślnymi fontami i oczywistymi debilizmami w stylu ciemny font na ciemnym tle. Jak widzę różowy comic sans, który akurat nie jest wymyślny ani nic, to znowu ogarnia mnie żal.
Z pobieżnej lektury bloga na ogół można się dowiedzieć, że autorka chodzi do liceum lub ewentualnie jest gdzieś na początku studiów. Może i ma jakieś głębokie przemyślenia*, ale na blogu dominują wpisy z następujących kategorii:
Nie twierdzę, że sama jestem mistrzynią języka polskiego i znam się lepiej od wszystkich. Zwłaszcza na żywo zdarza mi się sypnąć tak niegramatycznym debilizmem, że jak się zorientuję, co rzekłam, to ogarnia mnie naprawdę srogi żal.
Jak już się dostanie linka, to zaczyna się właściwa zabawa.
Mam poczucie estetyki jakie mam, co widać po designie bloga, a właściwie jego braku - zero ozdobnych pierdoletów, czysta treść. Nie znaczy to, że gardzę kolorowymi szablonami - a niech będzie nasrane neonami, żeby tylko zachowywało to spójną formę. Nic na to nie poradzę, gardzę wymyślnymi fontami i oczywistymi debilizmami w stylu ciemny font na ciemnym tle. Jak widzę różowy comic sans, który akurat nie jest wymyślny ani nic, to znowu ogarnia mnie żal.
Z pobieżnej lektury bloga na ogół można się dowiedzieć, że autorka chodzi do liceum lub ewentualnie jest gdzieś na początku studiów. Może i ma jakieś głębokie przemyślenia*, ale na blogu dominują wpisy z następujących kategorii:
- "popatrzcie, co dostałam w ramach współpracy!" + zdjęcia komórką na tle podręcznika do biologii
- "nawiązałam nową współpracę, szczegóły wkrótce!"
- "dostałam ten produkt w ramach współpracy, poużywałam go dwa tygodnie i już jestem gotowa napisać o nim recenzję"
Samodzielnie kupione kosmetyki są w zdecydowanej mniejszości. Można spojrzeć chłodno i pragmatycznie i pomyśleć "nooo, laseczka potrafi się zakręcić i zaoszczędzić", ale po chwili pojawia się myśl "no kurwa, przecież to są jakieś niskie półki", a często cena wysyłki była wyższa od zawartości paczki. Recenzje w 90% przypadków są pełne entuzjazmu, ochów i achów, pozbawione głębszej analizy, nawet tej nadwornej "nie znam się, to się wypowiem" dotyczącej składów ("nie zawiera sls, więc musi być dobry").
I bierze mnie taki żal, że te dziewuszki poświęcają - często nie zdając sobie z tego sprawy - swoją szeroko rozumianą prawość (ciśnie mi się tu na palce słówko "integrity") dla kilku lakierów po 7 zł sztuka. Jakby to czasem był nowy sport - kto wciśnie więcej banerów do działu "współpraca". Albo kto był sprytniejszy i lepiej zaczarował dział marketingu.
Może ktoś zapyta - czy potępiam takie zachowanie jako blogerka/specjalista do spraw pr? Czy wczuwam się tylko w jedną rolę?
Nie jestem do końca pewna własnego stanowiska, bo czasem się czuję jak hipokrytka.
Gdzieś w pobliżu tego tematu krążą prośby o próbki, o czym już kiedyś pisałam na blogu. Da się pójść przykładowo na Targ Śniadaniowy (polecam warszawiakom!) i nażreć do pełna samymi samplami bułeczek czy ciast, tak da się obejść apteki i drogerie i mieć kremików na 3 miesiące. Jarałam się w lutym gratisowym małym essiakiem, więc nie jestem tak zupełnie odporna na to, co sama krytykuję (szeroko rozumiana darmocha, już niekoniecznie blogerska). Myślę, że jednak mam dość uczciwe podejście - zainteresowana ofertą pewnej raczkującej polskiej firmy kosmetycznej poprosiłam o próbki jednego produktu (nie wspominając nic o blogu). Po krótkiej i niezwykle miłej wymianie maili dostałam pocztą próbki pięciu produktów, które tak przypadły mnie i mamie do gustu, że skończyło się na zakupach za 300 zł (uch, dziękujmy tu za Dzień Kobiet). Opłaciło się? Jak najbardziej.
Dlatego nie uważam tak w 100%, że te moje urocze w swej prostocie blogereczki to takie złe stwory. Chcą za darmo? No dobrze, niech będzie, moim szefom jest to na rękę. Ich czytelniczki to mimo wszystko dość aktywne konsumentki, skuszą się na ten lakier za 7 zł. A ja muszę jakoś przeżyć te ich pstrokate szablony i okropny styl wysławiania się (nie, nigdy nie zaakceptuję pisania skrótowca "bd" zamiast "będę").
Jako blogerka nigdy bym nie wpadła na to, żeby SAMA napisać do jakiejś firmy z propozycją współpracy na takiej zasadzie. Najwidoczniej jestem już na to za stara albo wydawanie własnej kasy sprawia mi zbyt dużą przyjemność. Zaznaczam tu, że nie czuję się w żaden sposób lepsza od tych dziewczyn, niemniej nie boję się jasno wyrazić swojej opinii, że pewne blogi istnieją tylko dla gratisów.
Może przez przypadek przedstawicielka tego specyficznego gatunku zawędrowała tutaj i się oburza. Proszę oburzenia nie kryć jakby co :)
edit: czekam na hejty!
edit: czekam na hejty!
*haha, myślałby kto, że ja sobie takie przypisuję? oczywiście, że nie.
no, to poleciałaś :)
OdpowiedzUsuńHejta nie będzie ;)
OdpowiedzUsuńTeż nie przyszło mi nigdy do głowy by napisać wiadomość do firmy z prośbą o produkt. Zawsze wydawało mi się to jakieś... nieładne ;)
Odnośnie obchodzenia aptek... To da się zrobić nawet pełny makijaż przed pójściem do szkoły/ uczelni/ pracy. Wystarczy wejść tylko do Rossmana i pobawić się testerami (i nie tylko testerami) - niestety przykład z życia ;)
Ojjj tam.. Ja na studiach to pedzilam do Sephory albo Galerii Centrum, żeby się wypachnieć.
UsuńTo jest temat rzeka. Sporo jest blogów, które istnieją tylko dla współprac. Ja sama lubię współprace i są one dla mnie miłym dodatkiem, ale większość kupuję sama ( o zgrozo ).
OdpowiedzUsuńJest takie powiedzenie: "Dają to bierz, biją to uciekaj!" Dopóki ktoś daje to ktoś będzie brał.
Haha ;-) Ja też spędziłam ponad rok w Agencji Reklamowej i mogłabym napisać o tym wieeele :P Naprawdę ogromnie wiele :D I nie tylko o takich blogereczkach o jakich Ty piszesz, ale również o tych "wielkich" znanych przez wszystkich :D
OdpowiedzUsuńOgólnie, to jestem zdania, że części środowiska blogerskiego delikatnie mówiąc - w dupach się popierdoliło.
No ale, sory - jaki kraj, tacy blogerzy :D:D:D
Pozdrawiam!
Moim zdaniem dopóki współprace są dodatkiem do bloga, a nie odwrotnie wszystko jest OK. Sama niedawno jedną podjęłam i cieszę się z niej niezmiernie. :)
OdpowiedzUsuńZakładając bloga nie śniłam o darmoszce, chociaż nie powiem, że nie jest mi miło wygrać jakiś konkurs albo dostać gratis do zamówienia.
Ale rozumiem jak dobijające musi być przegryzanie się przez ileś takich potworków językowo-kolorystycznych. I nie zazdroszczę. :)
Z drugiej strony - pewnie nieraz masz okazję do uśmiechu. ;)
To już drugi lub trzeci post traktujący o tym temacie, jaki czytam. Ciekawe, czy mówienie o tym głośno coś zmieni, trzeba obserwować, bo może dojść do zabawnych sytuacji, gdy "winne" będą "oskarżać" :D mnie odpycha od blogów bez treści, kompulsywne recenzentki wyczuwam z daleka.
OdpowiedzUsuńDlaczego ktoś skraca "będę"? Przecież to nie jest długie słowo.
OdpowiedzUsuńTym młodym dziewczynom wcale się już nie dziwię. Czytają na kilku blogach o współpracach i tez chcą te darmowe kosmetyki. Może ich po prostu nie stać, by sobie kupić, dlatego piszą prośby do firm? Ale że w taki sposób, w jaki opisałaś w tym wpisie, to już inna historia.
OdpowiedzUsuńSwoją drogą fajnie przeczytać taki temat u osoby od marketingu, ponieważ ostatnio blogerki często piszą o współpracach ze swojego punktu widzenia.
A ja z drugiej strony.
OdpowiedzUsuńNie tak dawno dostalam maila od firmy marketingowej (z Polsce) z milym pytaniem czy bylabym zainteresowana kampania na moim blogu. I niezle sie usmialam, bo gdyby owa firma spedzila choc pol minuty na jednym z moich blogow, to wiedzialaby, ze szajs, ktory oferuja, zupelnie mnie nie interesuje. Z przykroscia wiec odmowilam. A zaraz potem nastapil anonimowy wysyp hejtow u mnie w komentarzach (mam wlaczona moderacje), typu ze wyzej sram niz cztery litery mam.
No coz, bywa i tak.
Hehe, to samo odczułam, gdy zdążyłyśmy z Małgosią założyć FP Craft'N'Beauty. Zalał nas potok niekontrolowanego spamu od blogerek, nie tylko urodowych. Zaszczycił nas każdy "gatunek" :) Tylko jedna, spośród naprawdę szerokiego grona, napisała po polsku, ładnie, składnie, udostępniła staty, linki itd. Reszta to ból i zgrzytanie zębów. Niektóre wiadomości musiałam czytać kila razy, żeby zrozumieć o co chodzi. Koszmar,
OdpowiedzUsuńJa napisałam do firmy raz, biję się w pierś :D. Ale to było dawno i nieprawda. Teraz wychodzę z założenia, że jak ktoś chce, to mnie znajdzie, a jak nie, to trudno. Poza tym nie widzę sensu w rzucaniu się na wszystko, jak leci - zaczęłam szanować swój czas i swoją skórę :).
OdpowiedzUsuńDigga, kiedy ja nie wiem jak to pogrubić (a chciałabym) I nie wiem, gdzie się podziała opcja "odpowiedz na komentarz".
OdpowiedzUsuńTyle smuteczków.
A ja pozablogersko (ach ja zła współpracująca blogerka) mogę napisać elaborat o tym jak agencje PR i firmy (również kosmetyczne) chcą wszystko za darmo. I to nie od blogerek (już kij z nami) ale od np. portali internetowych. Jakie ja maile w pracy dostaję na służbową skrzynkę to masakra, najlepiej aby reklama była za darmo.
OdpowiedzUsuńTakże każdy kij ma na dwa końce :P
Baardzo nieufnie podchodzę do recenzji tych "kosmetycznych blogerek". Parę razy już się przejechałam i wolę zaufać komuś kto nie dostaje kosmetyków za darmo i nie czuje potrzeby rozpływania się nad zaletami produktu.
OdpowiedzUsuńSabbatha, jest bardzo prawdopodobne, że dostałaś kiedyś takiego maila ode mnie ^^"
OdpowiedzUsuńJakoś po podaniu cennika większość agencji milczy :P
OdpowiedzUsuńO innych kwiatkach agencji oczywiście nie ma co mówić, PRowcy to legenda taka sama jak sprzedajne blogerki :D
bo wiesz, to wojna! :P
OdpowiedzUsuńBardzo podoba mi się Twój post.
OdpowiedzUsuńOczywiście, jako początkująca blogerka i recenzentka odwiedzam blogi koleżanek 'po fachu' i czasem zazdroszczę owej współpracy. Wiem jednak, że prowadzenie bloga o kosmetykach nie opiera się na dostawaniu darmowych próbek i wychwalaniu ich pod niebiosa. Z przyjemnością czytało mi się Twój post i jestem teraz mądrzejsza o kilka wiadomości.
Dziękuję i pozdrawiam ;).
Hejtu nie będzie - mimo wszystko nie jestem w stanie pojąć dziewczyn, które same piszą do firm z prośbą o kosmetyki. A chwalenie się "współpracą" bloga "urodowego" z firmą produkującą np. kostki toaletowe uważam jednak za trochę żenujące. A przyznam szczerze, że jak widzę, że kosmetyk dostał podarowany do testów do samej oceny podchodzę nieufnie i dlatego chyba jeszcze nie zdecydowałam się na żadną współpracę. Co kupuję i tak kupuję i mimo, że czasem fajnie byłoby dostać coś co bardziej trąca w portfel, to utrata "jakiegośtam" zaufania nie jest chyba tego warta. Na razie odmawiam, ale za to chętnie chadzam na warszaty czy spotkania - jak już zaproszą :))
OdpowiedzUsuńCiekawy wpis i fajnie poczytać o tych "współpracach" od tej strony.
OdpowiedzUsuńSama jestem chyba starsza od Ciebie ;-) i tez nie wpadłabym na to, żeby "uderzać" w ten sposób do firm. Właściwie bardzo długo byłam przekonana, że to firmy "uderzają". ;-)
I zdarza mi się, że uderzają, ale też bywa dziwnie.
Nie chcę tu napisać, że wszystkie firmy proponują współpracę w jakiś szalony sposób, ale jest takich wiele. Mam wrażenie, że wiele nawet nie zajrzało na mój blog, tylko mają mój mail z jakiejś bazy, zgromadzonej kogoś, kto w tym celu zwiedzał blogi.
Dotyczy to ie tylko firm kosmetycznych (mój blog jest też o wnętrzach i nawet w tej branży (niebiednej i zwykle obsługiwanej przez profesjonalne agencje PR) zdarzają się maile, na które czasem nie wiem, jak odpisać.
Chyba po jednej i po drugiej stronie działa jakiś rodzaj nieporozumień / nie zrozumienia tematu oraz tzw. „czynnik ludzki”.
Niemniej jednak cieszę się, że napisałaś o tym od tej strony.
Sama też miałam do czynienia z współpracą z blogami od strony "reklamodawcy". Wkrótce zresztą znowu mnie to czeka.
Było to ciekawe doświadczenie. Największe wrażenie zrobiła na mnie to, że... odkryłam, ile "wygrywają" takie blogerki, które same piszą i wykazują duża pewność siebie, a wręcz tupet (pewność siebie niepopartą... niczym specjalnym)
Hejt? za co hejt? masz absolutną rację :) sama dawno zrezygnowałam z czytania blogów, na których były współprace i tylko współprace, w tym kilka z mojej perspektywy żałosnych - dziewczyna poświęca post i wrzuca reklamę marki na bloga za kilka próbek / saszetek... Aczkolwiek nie dziwię się im, zwłaszcza tym młodym :) Sama "wzoruję" się na Sroce i dopiero zaczynam, ale cieszę się z tego jak mój blog wygląda i jak niezależny jest, chociaż jest kilka firm, którym na pewno bym nie odmówiła, ale sporo czasu upłynie zanim będzie taka możliwość :)
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam też wszystkie komentarze i nie wiem co jest nie tak, ale bardzo brakuje możliwości odpowiedzi :D i pogrubienia też ;)