o tym, jak Olga w końcu zapełniła paletę magnetyczną
/
7 Comments
Dziś trochę gawędy.
Maluję się w łazience i jak nietrudno się domyślić, mój system przechowywania kosmetyków ciągle ewoluuje. Co jakiś czas łapię się za głowę, że jakiegoś elementu kolorówki nie wykorzystuję, bo najzwyczajniej w świecie jest skitrany w ciemnym zaułku. Doskonale się orientuję, jakie podkłady, bbkremy, pudry czy tusze do rzęs zużywam na bieżąco, bo nie ma ich aż tak dużo (jak na nasze blogerskie standardy oczywiście). Nieco gorzej jest z różami i wszelkiego rodzaju kresko-robami (muszę zrobić podsumowanie: ile masz narzędzi do wykonania czarnej kreski? myślę, że koło 15-20 by u mnie stuknęło).
I tu na scenie pojawiają się cienie.
No ja pierdolę.
Przeszłam ostrą fazę psychomanii cienii z Everyday Minerals. Są sypkie i przez to mało poręczne, ułożyłam je grzecznie razem z mikami z Kolorówki w niskich pudełkach i mniej więcej pamiętam, jakie mam kolory. Jak czegoś potrzebuję, to wygrzebię. Ale doczekałam się (ehehe, tak, same magicznie się pojawiły w moim domu) małej kolekcji prasowanych jedynek w rozmaitych kształtach i rozmiarach, których nawet nie było jak z sensem ułożyć w pudełkach. Miałam też kilka małych paletek, o których po prostu zapominałam mając sleeki. Nie zniosłabym wrzucenia cieni luzem, bo dostałabym szybko pierdolca, więc zaczęłam się zastanawiać, jak tu znaleźć kompromisowe rozwiązanie obejmujące względny porządek i ułatwiony dostęp.
*zebrane tu informacje dla niektórych nie muszą być nowe, pragnę się jedynie podzielić doświadczeniem*
Paleta magnetyczna była pierwszym i tak banalnie oczywistym wyborem, że aż przyznałam sobie rangę Captain Obvious za to epokowe osiągnięcie. Po dokładnym przejrzeniu moich zbiorów stwierdziłam jednak, że niektóre cienie nie znajdują się w wytłoczce (np. Infaillible z L'Oreala), więc ich nie wyciągnę. Przypomniałam sobie wtedy o magnetycznych listwach z Ikei - bingo! Leżały takie smutne i niewykorzystane, a od kilku tygodni wiszą sobie wesoło w mojej łazience i ułatwiają życie.
Cała akcja zaczęła się od kupienia palety. Nie zdecydowałam się na popularnego glamboxa, tylko czysty egzemplarz z allegro. Po zakupie okazało się, że magnes jest po jednej stronie - nie wiem czemu spodziewałam się, że będą dwa magnesy, na "dnie" i "zamknięciu".
![]() |
Robi się tłoczno!
No to dawaj znowu na allegro po samoprzylepną folię magnetyczną. Przewidziałam wtedy, że nie wszystkie wytłoczki będą chciały współpracować, więc do dużego arkusza folii dokupiłam już docięte długie paski o szerokości 1 cm, żeby je podkleić.
Całość - z doklejoną folią - obecnie prezentuje się następująco:
Profesjonalny test na sprawność i funkcjonalność mojej nowej zabawki: paleta w stanie erekcji (wspieranej trochę pustą butelką po popularnym alkoholu, dodam tylko tyle, że opróżnił ją Mężczyzna, żeby nie było, że Olga to jakaś pijaczyna).
Czy byłabym sobą, gdybym nie dodała czegoś na wierzch? Oczywiście, że nie.
Teraz pora na opowieść właściwą: jak wyciągnąć cienie z oryginalnego opakowania.
W sumie nie miałam mądrego pomysłu, ale akurat pojawił się tutorial na The Beauty Department. Zamysł jest prosty: podgrzać na prostownicy opakowanie do momentu, aż klej puści i wyciągnąć wytłoczkę z cieniem. Można podgrzać nad świeczką, ale coś miałam przeczucie, że szybciej sfajczyłabym chatę, więc pozostałam przy prostownicy.
Uwagi praktyczne:
Prostownica
Moja prostownica ma już parę ładnych lat i w miarę szerokie - na bogów, ja to się profesjonalnie nazywa - powierzchnie grzejące, więc plastik kładłam bez obaw. Ale gdybym miała supernowoczesny sprzęt z płytkami (tak, to jest to słowo!) pokrytymi kosmiczną technologią, a taką się teraz przecież lansuje, to miałabym opory.
Jaka temperatura?
U mnie jest skala od 0 do 25 bez podania stopni C, niemniej podejrzewam, że to 25 odnosi się maksymalnie do 230 stopni. Ustawiłam na 20 i hulało bez problemu.
Ile czasu grzać?
TBD mówi, że 30-60 sekund, ale szybko się okaże, że w niektórych przypadkach kleju jest bardzo dużo. Grunt to pilnować, żeby plastik nie stopił się na wszystko dookoła czy tam zaczął palić i śmierdzieć. Jeśli cień po podważeniu sam nie wyskakuje, to grzać dalej. Wytłoczki są dość delikatne i lubią się wyginać, co samo w sobie nie jest katastrofą, ale cienie się wtedy kruszą. Na powyższych zdjęciach doskonale widać, które egzemplarze starałam się wyciągnąć, gdy klej nie był dostatecznie mocno podgrzany.
Wystarczająco dobrze podgrzana paleta Catrice po akcie destrukcyjnym wygląda od tyłu tak:
Czym podważyć/wyjmować wytłoczkę z cieniem?
Cienkie narzędzie w stylu tępa końcówka noża, jakaś szpatułka. Tu warto zauważyć, że sama wytłoczka też się nagrzewa, więc warto mieć pęsetę do chwytania cienia i odkładania go do wystygnięcia. Ja na początku nie miałam i poparzyłam swoje zwinne paluszki, a przekleństwa było słychać po drugiej stronie Wisły.
Wyciągnęłam cień, co dalej?
Jeśli nie pokruszył się jak jasny pieron, to odłożyć na kartkę produktem do dołu, żeby się nie przykleił i spokojnie wystygł. Jeśli trochę się pokruszył, to cóż, położyć normalnie (potem będziesz się szarpać z klejem) i wyprasować spirytusem lub lepiszczem.
Jak wystygnie/wyschnie, oczyścić wytłoczkę z oryginalnego resztek kleju. Ja zrobiłam to zmywaczem do paznokci.
Nie przyczepia się!
No i chuj.
Żartuję.
Magnetyczna folia samoprzylepna ratuje sytuację.
A tak prezentują się listwy magnetyczne. Mam ten komfort, że tuz koło lustra mam ścianę szafki, dzięki czemu kosmetyki mam ciągle na widoku i pod ręką. Listwy da się przykręcić do ściany, ale wolałam sama nie eksperymentować z wiertarką, a mój ojciec stwierdził, że nie chce mu się zajmować takimi pierdołami. Cóż, gruba taśma samoprzylepna obustronna załatwiła sprawę.
Niektóre pudełeczka podkleiłam folią magnetyczną, niektóre przykleiłam do normalnych magnesów, bo i tak nie miałam co z nimi zrobić.
Dwa pojemniki - fioletowy i niebieski kupiłam w Tigerze, też są magnetyczne. Trzymam w nich rzadziej używane kredki w nietypowych kolorach, żeby o nich nie zapomnieć.
Różowy koszyczek (też Tiger) jest na przyssawkę, więc można go zawiesić na niemal każdej wystarczająco śliskiej powierzchni ;) Mieszczą się w nim niemal moje wszystkie kolorowe mazidła do ust - "niemal", bo na bieżąco noszę ze sobą w torebce koło 6-8 błyszczyków i pomadek. Staram się raz na tydzień je wywalić z torebki i dokonać przetasowań.
Esteta prawdopodobnie dostałby zawału widząc fioletowe dodatki w biało-czerwono-czarnej łazience, ale ja akurat mam takie rzeczy w dupie.
Do listew nie przyczepiłam większych, ciężkich opakowań lub tych szczególnie ładnych, siedzą sobie spokojnie w pudełku.
Oczywiście kwestią dyskusyjną jest trzymanie kolorówki z łazience - bo ciepło i wilgotno, a światło sztuczne. Cóż, chętnie bym przerobiła biurko przy oknie na toaletkę, ale podejrzewam, że wtedy kosmetyki leżałyby w każdym zakątku mojego pokoju. Paradoksalnie toaletka nie sprawdziłaby się z jeszcze jednego powodu - nie potrafię się malować na siedząco. A niech do tego dojdzie moja krótkowzroczność, która sprawia, że muszę mieć powiększające lustro na wysięgniku w odległości mniejszej niż 10 cm od ryja, gdy majstruję coś przy oczach.
O takie o, Ikea zawsze na propsie.
ikea.com |
A wy jak sobie radzicie z podobnymi kwestiami logistyczno-organizacyjnymi? Wszystko pochowane czy na wierzchu? Pierdolnik czy ułożenie równo od linijki?
Udanej niedzieli, yo!
+++
Nie zapomnijcie o moim nowym koncie na Instagramie KLIK.
Oesu, nie jebnie Ci to na glebę? .___. Magnetyzm magnetyzmem, ale bez jaj .____.
OdpowiedzUsuńUwielbiam Cię czytać! ;)
OdpowiedzUsuńPrzy "Nie przyczepia się!
No i chuj. " autentycznie parsknęłam śmiechem, aż pies się zdziwił ;P
Rozwiązanie z listwami mega mi się podoba, żałuję, że u siebie nie mam gdzie tego zrobić, bo mam biurko ala toaletkę i za bardzo kobminować przy tym się nie da ;)
Jeszcze nie jebło, ale nawet gdyby, to i tak luz :D
OdpowiedzUsuńListwy mega. U mnie pierdolnik, ale ukryty. Czasem daję głębszego nura i znajduję elementy, o których już dawno zapomniałam. Chciałabym mieć wszystko na wierzchu, ale lubię jak jest pochowane. Nie dogodzisz.
OdpowiedzUsuńJa mam gustownie pochowane wszystko w pudełkach po butach :D
OdpowiedzUsuńRównież bardzo "zdrowo", bo na parapecie, ale tylko tam mam miejsce i umiem się umalować. Też jestem ślepa i okropnie mnie wkurzają długie trzonki pędzli, zwłaszcza tych do oczu.
Oby Ci ta instalacja świetnie służyła! :)
Słoneczko, przy Tobie to pomysłowy dobromir się chowa:) Ja ciągle borykam się z tym samym problemem, ale on u mnie przyjął formę regału z szufladami który już znowu musze wymienić. Na tapecie mam sklep na Mysiej, który wskazany został na stronie z gadżetami akrylowymi do przechowywania pierdół firmy(?) Muji:)
OdpowiedzUsuńpomysłowo, nie powiem :)
OdpowiedzUsuńja mam dwie czarne kredki i jeden czarny eyeliner, więc "nie tak źle" :P