O marce Choisee pisałam jakiś czas temu i pokazywałam wam uroczo zapakowane mydełka. Dziś przyszedł czas na rozprawienie się z jednym z nich. Choisee ma w swojej ofercie mydła glicerynowe jak i takie z masłem shea. Pierwsze, jakie zużyłam, to wersja z cynamonem, "pitchouli" (nie znam się, ale pamiętam, że już funkcjonuje spolszczenie w formie paczuli) i pomarańczą.
Tak mydło prezentuje się na stronie...


Bez żadnych farfocli w środku, jak widać. Elegancko. Moja kostka była nieco bardziej brązowa. 
A oto i opis ze strony Choisee: 
 Coś dla koneserów. Jest to męskie mydło wyróżniające się niepospolitym zapachem działającym na zmysły. Olejek paczuli uznawany jest za silny afrodyzjak. Jednak oprócz działania na zmysły, uspokaja, odpręża, ma również znakomite działanie na skórę. Skóra podrażniona, alergiczna może liczyć na dotyk który da jej ukojenie i regeneracje, a olejek z cynamonem działa antybakteryjnie. Zmysły dopieszczone, a skóra wypielęgnowana. W 100% naturalne, ręcznie robione.
Ta, męskie mydło... Nie wiem, nie wyczułam wybitnie "męskich" nut zapachowych, mnie ten aromacik odpowiadał w 100%. Co do działania - dobrze się pieniło (tak wręcz aksamitnie), nie wysuszało. Wydajność o wiele lepsza niż produktów z Lawendowej Farmy - powiedzmy, że o tydzień dłużej ;)

Teraz wzięłam się za wersję ogórkową z zieloną herbatą. Jestem niestety rozczarowana - owszem, pachnie ogórkiem i zieloną herbatą, ale w zły sposób. Nuty ogórkowe przypominają mi rozmiękczoną, wczorajszą mizerię (nie cierpię mizerii, fujka). A te herbaciane przywodzą na myśl stare fusy, które zalano wrzątkiem (pierwsza zasada parzenia zielonej herbaty - nie używamy wrzątku, woda powinna mieć 80-90 stopni, inaczej wychodzi nam gorzki wywar pozbawiony tych wszystkich dobroci, fujka numer dwa).
Tak, oberwałam właśnie swoim pierwszym glossy boxem. Moja radość jest ograniczona - nie mogę się w żaden sposób złuszczać, więc eksfoliant z Dermalogiki leci do mamy.

A drugi problem... To szminka. Cóż, w ogóle jestem na bakier z produktami do ust (nie ma jak roczny odwyk), szminki mam trzy na krzyż, błyszczyków raczej nie lubię. I chociaż mam ładne (chyba) usta, to nie lubię ich podkreślać i już (mam taką fobię związaną z pobrudzeniem zębów tudzież twarzy).

Trafiła mi się szminka w odcieniu LC123.
Jest to najbardziej chamski i zły róż, jaki kiedykolwiek widziałam. Barbie dostałaby ataku padaczki.
Kolor jest absolutnie straszny sam w sobie, a żeby było gorzej, jest bardzo zimny i zdecydowanie nie pasuje do mojego typu urody (trololo). Jestem blada, ale w "ciepły" sposób i róże, zwłaszcza tak zimne, sprawiają, że wyglądam jak gyaru (te japońskie przerysowane dziwadełka).

Żeby nie być gołosłowną, wklejam zdjęcie. Tylko usta - sorki, nie mam tyle odwagi cywilnej, żeby wrzucać do neta swoje zdjęcie całej gęby z paskudną szminką na ustach, która robi ze mnie kiepską dresiarę ;D


Czujecie grozę, nie? 
Żeby ten odcień był chociaż cieplejszy... 

I tutaj pojawia się moje pytanie - czy którakolwiek z was dobrze się czuje w takich kolorach i chciałaby się wymienić? A jeśli nie znajdzie się ktoś do wymiany - czy ktokolwiek byłby tą szminką zainteresowany (pomimo mojego dissu)? Oddam w dobre ręce i na dobre usta, raz maźnięta, opryszczki nie mam ;D Serio, ja nie będę miała z niej żadnego pożytku. 



Produkt po zaledwie dwóch użyciach (po jednym na każde oko, yeah) zdecydowanie zyskał nominację do mało chlubnego tytułu Bubla Roku, a ja poświęcam mu swój cenny czas tylko po to, żeby was odwieźć od złego.
Mowa o Gentle eye make-up remover milk z IsaDory, które to w oszałamiającej ilości 15 ml wylądowało w ostatnim smutnym kissboxie. Zdjęcia nie zrobiłam, bo naprawdę szkoda mi czasu i środków.

Zacznę od tego - średnio lubię mleczka do demakijażu, a już w ogóle wyznaję zasadę, żeby nie używać ich do oczu (nawet jeśli producent zapewnia, że można). Włazi to-to w oczy, zasnuwa je bielmem i w ogóle jest niefajnie. Więc jak zobaczyłam mleczko do demakijażu oczu, to już wiedziałam, że dobrze nie będzie.

Podejście nr 1: zmycie z moich rzęs tylko dwóch warstw Calorie 2000. Pierdyknęłam mleczko w skromnej ilości na wacik, przykładam do oka, trzymam te 30 sekund jak wszystkie gazety, blogerki i inne wysokie kosmetyczne instancje przykazały, nie trę skóry. Efekt? Tusz się rozpuścił, owszem, ale zamiast zebrać się na waciku, wybrał się na wycieczkę na moją dolną powiekę, wory pod oczami (panda!), a nawet jakimś cudem na policzki. Część tuszu nie była tak skora do współpracy, została na rzęsach. Ktoś za bardzo wziął sobie do serca, że to mleczko ma być "gentle".

Podejście nr 2: dwie warstwy wspomnianego Calorie 2000 na drugim oku. Na wacik wycisnęłam więcej mleczka, znowu przykładam. Już chciałam zacząć odrobinkę trzeć oko do środka (przyznajcie, każda z was to robi, żeby było szybciej), gdy poczułam pieczenie. Tak, skubaniec dostał mi się do oka. Organ ten nie jest u mnie zbyt wrażliwy, dzielnie znosi noszenie soczewek kontaktowych powyżej 12 godzin (wiem, zbrodnia), a jak zaczął piec, to nie chciał przestać pomimo natychmiastowej interwencji gaśniczo-pożarniczej.

Cóż tu więcej pisać - jeśli produkt ma łagodnie zmywać (nawet wodoodporny!) makijaż oczu, to oczekuję naprawdę niewielu rzeczy. Mianowicie tego, że zmyje mi naoczną tapetę bez tarcia i nie podrażni mi oczu. Ten diabelski pomiot z IsaDory nie poradził sobie z samym tuszem - nie chcę sobie wyobrażać go w starciu z jakimś żelowym eyelinerem (taki Inglot, oh please god, have mercy). Bubel przeokropny, trzymajcie się z daleka.

Dziś będą zdjęcia z Malagi. Miejsce to jest naprawdę średnie i chociaż rozwija się turystycznie, to na zwiedzenie wystarczają dosłownie 3 godziny. My nie nudziłyśmy się tylko dlatego, że wieczorem udałyśmy się na procesję wielkanocną. Miasto ma pół miliona mieszkańców, praktycznie nie ma starówki tak jak chociażby Cordoba. Ba, nawet Granada jest bardziej wiekowa. 

[wszystkie zdjęcia wrzucam bez poprawiania i retuszu. a co.]

Prawdopodobnie jedyne sensowne i warte zobaczenia zabytki to rzymski amfiteatr...



oraz stara forteca, która prezentuje się tak...


Wzdłuż nabrzeża portowego ciągnie się pasaż otoczony parkiem. 


O, nawet staromodną łajbę zdybałam. 


Plaża prezentuje się tak - jak widać, ma piasek, co w Hiszpanii wcale nie jest takie oczywiste.


Prawdziwie sielski widoczek, nie? A zimno było cholernie.


Typowa turystyczna komercja znana każdemu Polaczkowi, który chociaż raz przybył do Blanes lub Lloret de Mar (typowe, do bólu chamskie kurorty w pobliżu Barcelony). 


Ale przejdźmy do jedynej fajnej rzeczy, jaka nas tam spotkała. Zacznijmy od dzikich tłumów na wąskich ulicach... 



Popatrzmy chwilę na katedrę...


I włala, oto początek procesji. Serio, zbyt leniwa jestem na razie, żeby poszukać, o co do cholery chodzi z tymi szlafrokami i spiczastymi nagłownikami. 



Słyszałam, jak koleś stękał, gdy podnosił ten krzyż. 


Dzieciaki miały strasznie dużo radochy z wskakiwania co chwilę na środek procesji i wymieniania uścisków. Jakbym była mała, to bym się ich cholernie bała - na widok świętego Mikołaja w przedszkolu wpadałam w panikę, co by było tutaj?


Myślę, że całkiem to zabawnie wygląda z tej perspektywy.



I patrzcie, jaki dzieciaki w tym uczestniczyły. 


No nie, nadal mnie to bawi.


Jezus namber łan (jeśli obrażam czyjeś uczucia religijne, to sorki. mnie po prostu bawi ten przepych, a to, co zobaczycie za chwilę. zwali was z nóg). 


Łohoho, a co tu nadciąga? 


Nie mylicie się. Gigantyczny złoty ołtarz z Jezusem namber tu. 



Dobra, tu już jakość zdjęć się pogarsza, bo ściemniło się i w ruch poszła moja lampa błyskowa. Wiem, trochę żal.


Zauważcie, ilu mężczyzn to dźwiga. Dzikie ilości.



I złote kuriozum nas mija...




Szybki look na katedrę...


Później zmieniłyśmy lokację, bo M. chciała zobaczyć procesję z zapalonymi świeczkami. Tyle udało mi się złapać. 


A potem hardo ruszyłyśmy na lotnisko, po drodze wyprzedziłyśmy początek procesji, a mój totalny brak zahamowań doprowadził do wpieprzenia się prawie-że-na-środek-ulicy, żeby poczynić te zdjęcia. 



 I zasadniczo na tym skończyła się moja hiszpańska przygoda. Potem już tylko koczowanie na lotnisku, na którym oczywiście się zgubiłyśmy (spoko, że byle lotnisko na południu Hiszpanii jest 3 razy większe od Okęcia ;D). 

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane lodówka loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek nails narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przechowywanie przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia