Nie wyszło mi oszczędzanie ani powtarzanie mantry "hej, nie potrzebujesz więcej kosmetyków". Sephora ze swoją promocją 30% to zło ;)
Miałam w planach kupienie sobie tuszu High Impact z Clinique (moja wielka miłość, kupiłam go raz w strefie bezcłowej, gdy dolar stał po 2,30 *piękne czasy*, ale normalna cena 109 zł, jaką sobie życzą w polandzie, mnie odstrasza). Akurat przy klinikowej (wiem, jak zawsze piękne spolszczenie) półce były dzikie tłumy, więc poszłam na rozpoznanie i jakoś tak mi się zawędrowało do półki Benefitu. I to był błąd.

Jakoś tak mi się ostatnio zamarzył uniwersalny rozświetlacz. Nie mam pieniędzy, żeby kupować sobie ciągle osobne kosmetyki do różnych części twarzy, cierpliwości, żeby potem tego wszystkiego po kolei używać, a już na pewno brakuje mi umiejętności :D Mam próbkę jednego pudru rozświetlającego - zamiast "glow" mam na twarzy żarówkę led. Mam jeden błyszczący bb cream - to jest zbyt dziwny jak na mnie wynalazek, muszę go jakoś dalej wysłać w świat. Pod oczy mam tylko Boi-inga, ale to jest solidna matowa szpachla.

Naczytałam się nieskończenie wiele o High Beam i tak mnie jakoś przyciągał, ale gdy dorwałam tester, to przeraziła mnie konsystencja i wynikający z niej sposób nakładania oraz kolor. Niby po roztarciu ten róż znika, ale jestem (jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi) blada w kierunku oliwki (czyli miedziane włosy) aniżeli w kierunku blondu (jeśli wiecie, o co mi chodzi). A że mam jeszcze przebarwienia potrądzikowe, to róże i czerwienie tylko je podkreślają :]
Taaak, teraz dochodzimy do właściwej części historii. Gdy już się rozczarowałam High Beamem, zdybała mnie konsultantka, a ja zaczęłam się jej wyżalać z moich rozterek ;D Oczywiście konsultantka miała dla mnie remedium, a mianowicie... Watt's up. Jest to rozświetlacz w sztyfcie o kolorze, który producent opisuje jako szampański. Cokolwiek by to nie znaczyło, grunt, że WU nie jest różowy, nie ma brokatu, tylko drobinki, które dają mityczny efekt tafli wody. Nigdy za bardzo nie kumałam, o co chodzi z tą taflą, a teraz już wiem :D
Co jest jeszcze fajne w Watt's Up oprócz bajeranckiego opakowania? Mam go co prawda jeden dzień, ale jest na tyle "wilgotny", że będzie się doskonale nadawał pod oczy (jak już je zatapetuję Boi-ingiem). I jest w cholerę uniwersalny - może być używany na całą twarz albo tylko na wybraną partię. Lekkim niewypałem jest dla mnie gąbeczka do rozcierania produktu. Jest maleńka - jej przekrój to maks 1 centymetr, a w dodatku jest twardawa i mam wrażenie, że zamiast rozcierać produkt, to go wchłania... Pożyjemy, zobaczymy.
Dobrze, że zaczęłam zarabiać, bo moja benefitowa mania się pogłębia :x



Ostatnio byłam z siebie baaardzo dumna, że nie kupiłam kosmetyków tylko dlatego, że były w promocji - przyznaję się, czasem tak robię. W sumie często :D
Ale jak zobaczyłam, że w Sephorze jest wyprzedaż na 30%, to wymiękłam. Chodzi za mną kilka dupereli z Benefitu - no jak mam się oprzeć? Najlepszym rozwiązaniem byłoby zostać w domu, ale wszechświat mi nie pomaga - pracuję w centrum handlowym, Sephora jest piętro nad moim sklepem.
A Douglas, gdzie mam stałą zniżkę, jest TUŻ obok.

<post po raz kolejny sponsorują problemy białej dziewczyny z klasy średniej, która prawdopodobnie przepieprzy swoją pierwszą wypłatę na kosmetyki, zamiast na warunek, bo wcześniej nie chciało jej się oszczędzać kasy>
Na sam początek pytanie: jeśli kupujecie stale jedną farbę do włosów, to jak ją wyszukujecie? Macie zapisane, jaka firma i kolor? Brzmi całkiem rozsądnie. Ja oczywiście rozsądna nie jestem i chociaż zawsze sobie obiecuję, że "tym razem sobie zapiszę", to i tak kończy się metodą "na dziunię" - czyli szukam po twarzach dziewczyn z opakowań farby. Jakoś tak się składa, że twarze dobrze zapamiętuję, a i moje farbowe dziunie są dość charakterystyczne..

Po ścięciu włosów na dość ekstremalnego boba na moje kudły wystarczało jedno opakowanie. Farbowałam się wtedy na bogato jakimś specyfikiem z Loreala - 23 zł w promocji, normalnie 10 zł więcej. Włosy urosły, jedno opakowanie przestało wystarczać i zaczęła się moja gehenna, czyt. farba w wersji budget.

I tak wylądowałam z Garnierem. Po pierwszym użyciu przyciemnił mi znacząco włosy, co w sumie mi się spodobało.
Ale w ostatnią środę znowu je przyciemnił... I mam teraz odwrócone ombre. Wygląda to kiepsko, końcówki mam baaardzo ciemne (a rok temu właśnie się czegoś takiego pozbyłam), w dodatku włosy po 3 myciach nadal mi śmierdzą farbą. I znowu są wyschnięte - czuję, że zaprzepaściłam efekty olejowania :]

Przestrzegam więc przed farbą Garnier Color Naturals. Jestem w stanie podać jej nazwę tylko dlatego, że nabyłam w promocji 3 opakowania, jedno zostało na przyszłe odrosty. Odrosty akurat wyszły ładnie, tak jak powinny, więc za kolejne 4 miesiąca będę się zastanawiać, czy nie wrócić do Loreala.

Taaa, historia z puentą - jak zawsze.



Co prawda patrząc na zbiory innych blogerek pocieszam się, że nie jest ze mną bardzo źle, ale zaczynam zauważać u siebie pierwsze niepokojące symptomy. W zeszłym tygodniu miałam kupon zniżkowy do Hebe i weszłam tam tylko po to, żeby go wykorzystać - a nie miałam absolutnie żadnych potrzeb kosmetycznych. Skończyło się na kosmetykach z Essence, bo tanie i dobre, dokupiłam jedwab z Biosilku - jak się okazało, nie dość, że był w promocji "2 w cenie 1", to jeszcze ten jeden był w promocji (w tym momencie odzywa się we mnie mój mały wewnętrzny żydek i raduje się, że zapłaciłam 3 zł za 2 opakowania jedwabiu). Dostałam też kupony rabatowe z Lifestyle i kupiłam płyn micelarny Vichy tylko dlatego, że kosztował połowę mniej. Sziiit. To się chyba leczy?
Tym średnio optymistycznym postem rozpoczynam serię Bubel Alert - recenzje kosmetycznych niewypałów, na jakie niestety zdarzyło mi się trafić.

Pierwszy post sponsoruje czarna kredka do oczu z Avonu. Pochodzi ona z "profesjonalnej" serii kosmetyków sygnowanych nazwiskiem Jillian Dempsey, hollywoodzkiej makijażystki.

Czemu kredę zaklasyfikowałam jako bubel? Ano, jest po prostu potwornie twarda. Narysowanie naprawdę czarnej kreski graniczy z cudem, bo trzeba kredkę mocno dociskać do powieki, co po prostu boli. Nawet gdy próbowałam ją "rozjechać" na ręce, to też bolało. Czy jest sens malować się czymś takim, gdy jest mnóstwo innych, sto razy lepszych produktów? Myślę, że nie. Sam Avon ma w ofercie rewelacyjną żelową kredkę Supershock, albo wysuwane konturówki (w tym z diamentowym blaskiem, moja miłość <3 ) nie wspominając już o innych, często tańszych firmach...

Krótko i na temat ;)
No i jest! Nareszcie! Na samiutkim końcu otworzyłam próbkę Jasmine Water z BRTC i jestem ukontentowana. Kolor w sam raz, czyli dość jasny i szary (nie wiem, co to oznacza w kosmicznej skali - jaki jest odcień mojej skóry, skoro szary BB dobrze na niej wygląda?), krycie należyte (jak na moje potrzeby, czyli do większych skórnych dramatów korektor i tak jest musowy), trwałość na twarzy dobra (nie mam złudzeń, że coś mi się utrzyma dłużej niż 8-10 godzin), przypudrowany pudrem perłowym sprawia, że wyglądam po prostu... zacnie :D
Jest radość, może będzie z tego dłuższy romans, jak tylko wykorzystam resztę próbek (hm, czy wspominałam, że mam jeszcze miliony próbek minerałów? tak, moje problemy białej kobiety z klasy średniej są naprawdę wstrząsające, wiem).

Plus radosny nius: dostałam receptę na ostatnie opakowanie retinoidów. Jeszcze tylko miesiąc katastrofalnego wysuszenia ust i wahania nastrojów, szalala ^^"
Byłam dziś w warszawskim salonie Fridge by yDe, coby zakupić mojej mamie pomarańczowy piling* do twarzy. Każdy produkt jest ręcznie robiony w laboratorium na miejscu, opatrzony jest datą produkcji i nazwiskiem "mejkera". Coś jak Lush, ale z wyższej półki ;)
Okazało się, że byłam pierwszą klientką z Kissboxa, która przyszła kupić pełen wymiar. Jakoś mnie to nie zdziwiło... Przemiła Ekspedientka uraczyła mnie świeżo zrobionym pilingiem. Skorzystałam z promocji i wzięłam też zestaw 8 próbek - ale tyle rzeczy mnie zainteresowało, że dostałam jeszcze dwie ;D
yDe produkują też perfumy. Zapachy są baaardzo specyficzne, a do tego trudno zdefiniować, czy są wybitnie damskie czy męskie (ja kategorii unisex w perfumach nie uznaję) - z bodajże 6 przewąchanych psiknęłabym się tylko dwoma, z czego jeden z nich był bardzo babciny. Nie umiem go dokładnie opisać, ale pamiętam z dzieciństwa, że tak pachniały wszystkie starsze panie w kościele, gdy babcia mnie zabierała do tego wesołego przybytku. Dodatkowo yDe wyprodukowało też zapach dla duetu Paprocki&Brzozowski. Zgodnie z nazwiskami projektantów zapach to... tak, paproć i brzoza. To doświadczenie zapachowe było dla mnie naprawdę ciężkie. Szczerze mówiąc nie wiem, kto na własne życzenie by to sobie zaaplikował na ciało dla przyjemności.
Część perfum występuje w staromodnej formie pomady. I tu też dostałam próbki - różany zapach w klasycznej, "wodnistej" formie, a kwiat lotosu właśnie jako pomadę. Ciekawe, czy przypadną mamie do gustu.

Muszę też dodać, że próbki są słusznych rozmiarów. No dobra, takie jak w kissboxie, więc jak na krem/maskę to średnio, jak na krem do ciała bardzo słabo, ale jak na krem pod oczy - rewelacja. Przy niesamowitej wydajności tych produktów to nie wiem, czy próbkę kremu pod oczy wykończę w te 10 tygodni ;)


Z dodatkowych fajnych niusów - właścicielka firmy Fridge urodziła dziś córeczkę. Zazdroszczę małej, będzie od małego pielęgnowana samymi dobrociami :D

*tak, wiem, że w zasadzie peeling, ale nie mam tak siły się trzymać tego angielskiego.
Trzy czwarte blogosfery psioczyło na kissboxa, ja też nie byłam zbyt entuzjastyczna, a oto efekty: pokochałam lakiery z Mollona, nabyłam pełnowymiarowy krem odżywczy z NO (idzie zima, więc intensywne nawilżanie skóry musiałam zastąpić czymś innym), a moja rodzicielka zażyczyła sobie duże opakowanie pilingu z yDe. Bogu dzięki oferują też opakowania 30g za 89 zł, ze zniżką 15% cena robi się całkiem znośna (może sobie kupię zestaw próbek? szalala, zaszaleję na święta). Tylko olejek mnie nie podbił.


Dobre kilka miesięcy chodziłam koło jaja. Cena Beauty Blendera była dla mnie zabójcza, więc używając uroczego określenia Małej Mi, zdecydowałam się na "wersję budget", czyli jajo z Cosmo. Funt zdrożał, więc zapłaciłam coś koło 25 zł. I dziś ochoczo przystąpiłam do testów.

Bez filozoficznych rozważań: nie widzę wielkiej różnicy w efekcie końcowym. 

Źródła tego stanu rzeczy upatruję w kilku rzeczach: albo za mało jajo zmoczyłam (wcale mi nie urosło tak bardzo), albo źle aplikowałam, albo moje palce są tak cudowne, że mogę sobie nimi rozprowadzić BB cream tak samo dobrze jak jajcem ;)

Oczywiście jajko da się lepiej zmoczyć następnym razem, ale mam rozkminkę, co z tą aplikacją. Po przeczytaniu kilkunastu recenzji zrobiłam dokładnie to samo, co opisywały blogerki - wklepywałam stemplującym ruchem podkład w twarz. Hm hm.
Chyba dla poprawy samopoczucia zostanę jednak przy trzeciej możliwości, czyli cudownych palcach ;)

W ramach eksperymentu użyłam czubka jaja do nałożenia korektora pod oczy. I tu się nadziałam, ale to nie wina jaja, tylko korektora.Boi-ing z Benefitu dobrze się rozprowadza tylko palcem, bo wtedy się rozgrzewa i troszkę stapia, amen. A tak teraz mam a) średnio dobrze rozprowadzony korektor pod oczami, który powłaził mi w zmarchy (fuj) i b) utytłany w korektorze czubek jaja, którego nie da się wyczyścić. 
Selawi, że tak to fonetycznie z francuska ujmę.
Czy kosmetyk może spleśnieć? Właśnie wyciągnęłam z czeluści lakierowego pudła odżywkę do paznokci, a wewnątrz butelki na ściance zauważyłam plamkę. Wygląda wypisz wymaluj jak pleśń, jaką czasem znajduje się produktach spożywczych. Jestem w szoku.

Czy da się poprawić mydło? Na fali mojej kolejnej fazy, tym razem na kosmetyki naturalne, nabyłam niby naturalne mydło z jakąś glinką. Czyści całkiem fajnie, ale wręcz podsusza mi skórę, a do tego śmierdzi. I to nie byle czym, bo - przepraszam za bezpośredniość - zawartością dziecięcej pieluchy. Mam w planach przetopić mydło razem z masłem shea i jakimś olejkiem, ale nie wszystkie olejki się do takich rzeczy nadają, a nie mam teraz jak przysiąść i poszukać w necie dokładniejszych informacji :<

Czy da się bezinwazyjnie przetopić balsam do ust? Nabyłam balsam od Balm Balm w słoiczku, pod względem rozsmarowywalności jest na poziomie carmexa. A ja nie lubię tak palcem grzebać, bo nie mam go potem jak wytrzeć ;) Natomiast byłby w sam raz w sztyfcie. Mam pusty sztyft i trochę zapału, tylko jeszcze nie wykoncypowałam, jak balsam rozpuścić i przelać xdd

Plus gratis przestroga: jeśli te wszystkie sophisticated odżywki do paznokci z serii Nailtek czy Alessandro ostrzegają (w sensie producent ostrzega na ulotce :D), żeby zabezpieczać skórki, róbcie to. Ja kierując się złotą zasadą "oj tam" nie zabezpieczałam skórek i teraz obok zdrowych ładnych pazurów mam skórki poszarpane niczym godność Lindsay Lohan. Smaruję je codziennie olejkiem, który powinno się stosować raz w tygodniu - nie ma poprawy. I nie wiem, kiedy nadejdzie :o
Tyle radości, mam już 5 obserwatorów <3 <3 <3
...że regularne stosowanie kosmetyków ma sens i daje rezultaty. Brawo, potrzebowałam 22 lat, żeby to odkryć.

Dzisiejsza prawda objawiona tyczy się stosowania kremów do stóp. Rano nie wyjdę bez aplikacji kremu, chociażby groziło mi to spóźnieniem do pracy, a wieczorem niezależnie od stopnia zmęczenia nie odpuszczam sobie specjalnego żelu chłodzącego. Mamma mia, kopyta mam cały czas względnie gładkie (no dobra, teraz trochę fantazjuję, nie zrogowaciały mi jeszcze w 10 dni po pilingu xddd). Radość, wielka radość.

W sumie zasiadłam przed moim pececikiem celem napisania o czymś zupełnie innym, a mianowicie o lakierze do włosów z Biosilku (reklamowany przez Hankę <3). Na samym wstępie muszę ino napisać o dwóch czynnikach, które sprawią, że moja opinia będzie niewyobrażalnie stronnicza.
Czynnik #1 czyli fakt, że moim włosom bliżej do radzieckich tajnych wynalazków* niż do tego, co inni ludzie mają na głowach. Żyją sobie własnym życiem, nie poddają się żadnym próbom stylizacji. Wpływa to na czynnik #2, czyli moją słabą znajomość produktów do układania włosów - nie używam ich, bo i tak nie ma po co. Moim największym sukcesem w tej dziedzinie jest takie wymodelowanie kudłów suszarką, żeby wywijały się tak na oko w jednym kierunku.

Czy zdążyłam wspomnieć, że te moje włosiska są proste? Im dłuższe, tym bardziej proste :D
Czasem wpadnie mi jednak do głowy szatański pomysł zrobienia sobie loczków. Mam takie marzenie, jeszcze z przedszkola, żeby mieć burzę słodkich, dziewczęcych loczków. Podejrzewam, że moja podświadomość w ten sposób walczy z traumą dzieciństwa, kiedy to moja maman obcinała mnie na klasyczny garnek.

I co wtedy robię? Biorę piankę o najmocniejszym utrwaleniu, jakie fabryka dała, nawijam sobie papiloty na noc i idę spać. Czas jest tu niezbędny, moje kudły nie skręcą się w czasie krótszym niż 6 godzin. Rano wygrzebuję papiloty i najczęściej wpadam w panikę, bo wyglądam jak kloszard. Efekty są mizerne, bo włosów jest mnóstwo, są grube, a ja jestem leń i tylko przód sobie jako tako dobrze zawijam. Więc tak: tył głowy, jeśli podda się działaniu papilotów, to tylko sobie faluje. Część tylnio-środkowa, czyli powiedzmy ta za uszami, najczęściej ma dwa skręty. Przed uszami za to mam sprężynki godne afro Lenny'ego Kravitza. I weź tu człowieku uratuj jakoś swój Bad Hair Day... Na ogół sprężynki sobie jakoś upinam, ale i tak pozostaje kwestia utrwalenia całego tego pieprznika na głowie (skoro już go sprowadziłam na ten świat, to zachowam go na jeden dzień :D).
Kiedy próbowałam dziś rano rozwiązać ten problem, wpadłam do łazienki mamy, bo u niej są wszystkie takie wynalazki. Spieszyłam się, więc złapałam pierwszą lepszą butlę, a mianowicie wspomniany przed całym tym bezsensowym wstępem, Finishing Spray Firm Hold z Biosilku.

I to był błąd.

Jako, że nie mam wprawy, to zawsze spryskuję konstrukcję na głowie z a) większej odległości niż zalecają i b) w mniejszej ilości, niż podpowiada zdrowy rozsądek. Tak zrobiłam i tym razem, a lakier poczynił mi wzorowy kask. Serio, w życiu nie miałam tak posklejanych i obciążonych kudłów, jak po tym badziewiu. Moje loczki, które powinny zamienić się samoistnie** w fale po kilku godzinach, ledwo przetrwały podróż do pracy.
Rozczarowanie tysiąc. Moje piękne, grube włosy zamieniły się w tekturę pod wpływem takiego bubla. Gdybym była bardziej wrażliwa, pewnie uroniłabym łezkę.



*radziecka myśl techniczna to nie taka zła rzecz. matka mojej przyjaciółki podrzuciła nam na sesję antyczną radziecką lokówkę. wyglądała jak wyrafinowane narzędzie tortur kgb, a moje włosy pod jej wpływem tak syczały, że temperaturę grzania oceniam na 400 stopni. był to jeden jedyny raz w moim życiu, kiedy miałam loki.
** żadne loki nie wytrzymują u mnie długo, nawet gdy je tak posklejam.
Myślę, że to prawdziwy sukces - dobiłam do końca opakowania mazidła pod oczy. Na ogół za bardzo mnie wkurzały i podrzucałam je cichaczem mamie.

Co mówi producent? Uwaga, ciocia Olga czyta wam bajkę:
"Przyczyną powstawania ”worków” pod oczami jest gromadzenie się wody w tkankach, wskutek zaburzonego ukrwienia i spowolnionej mikrocyrkulacji w obrębie gałki ocznej. Biologicznie aktywne wyciągi roślinne zawarte w żelu pobudzają mikrokrążenie, likwidują opuchliznę, zapobiegają powstawaniu ”worków”, uspokajają zestresowaną skórę. Działają kojąco i rozjaśniająco."


Jedyne, co było tu prawdą, to działanie kojące. Żelu co prawda nie trzymałam w lodówce, ale przyjemnie koił skórę po całym dniu. Cienie jakie były takie są (mam właśnie rozkminę ontologiczną, czy mam worki czy cienie, bo pomimo moich 22 lat nie rozróżniam tych pojęć. intuicja podpowiada mi, że jednak cienie), nic się nie rozjaśniło. Zresztą już dawno straciłam nadzieję, że zrobię coś z tym naturalnym lookiem ofiary przemocy domowej, a kremy, żele i inne cuda są dla podtrzymania status quo, że jednak nadzieję mam.
Z żelem floslekowym żyło nam się całkiem dobrze do momentu, gdy weszłam w posiadanie tapety z Benefitu, a mianowicie Boi-inga. Boi wybornie kryje, ale absolutnie nie chciał się trzymać skóry wysmarowanej uprzednio żelem świetlikowym (sprawdzałam nawet czas aplikacji, rolował się też na wchłoniętym żelu).

I wpadłam w typowy impas - z żelu trzeba było zrezygnować na dzień, żeby używać korektora, który jest gęsty i treściwy i po 2 tygodniach takiej zabawy stwierdziłam (jakże odkrywczo) "hej, to przecież nie ma sensu". Zaopatrzyłam się w krem z Eveline, który, jak zawsze, ma zdziałać cuda, ale coś się na to nie zanosi - nieważne, jak delikatnie go rozsmaruję, to dostaje się do oczu i szczypie :< (tak, i tapeta też na nim dobrze nie wygląda).

Podsumowując moje rozlazłe dygresje - mam neutralny stosunek do żelu ze świetlikiem, fajnie koił i nawet nawilżał, ale cudów za 7 zł nie ma i moje sińce sięgające żuchwy jak były, tak trwają.
Amen.






W paczce próbek, jaką nabyłam drogą kupna u jednej z blogerek, były dwa kolejne produkty Lioele, które średnio przypadły mi do gustu. Mianowicie była to baza i podkład z serii 3D Skin Fix. Podkład, o ile się nie mylę, występuje w szalonej ilości dwóch odcieni.

Te dwa produkty w sumie są dość do siebie podobne, więc mogę je razem opisać. Mają rzadką konsystencję (baza jest jest wręcz płynna), dobrze się rozsmarowują. Zapach mam ostatnio przytępiony, więc się nie wypowiem :] Baza ma bardzo jasny, żółty odcień, który po rozsmarowaniu na skórze na szczęście znika. Spodziewałam się, że ta baza mnie trochę zmatowi lub wygładzi twarz... Nic z tego się nie stało, więc może jej właściwości da się tylko ocenić post factum, gdy nałoży się podkład. Niemniej żadnego efektu wsparcia podkładu nie zauważyłam...

...a to dlatego, że podkład jest tak niesamowicie lekki - i to w złym tego słowa znaczeniu. Nałożyłam sobie na ryjek takie ilości, że każdy inny produkt zrobiłby tapetę, a podkład Skin Fix bez śladu się po prostu wchłaniał. Efekt końcowy na skórze dało się zauważyć, cera była jakoś wyrównana, ale na miłość boską, podkład ma inne zadania! Taki sam efekt na mojej skórze dawało w lecie użycie barwionego filtru.

No sorry.

Jakoś bardzo się zraziłam do Lioele. I do każdego podkładu/bb creamu, który nie jest gęsty ;)
(teraz testuję coś jaśminowego, nawet firmy nie pamiętam, jest gęsty i od razu mi przypadł do gustu, hell yeah).
Ze smuteczkiem* zużyłam dziś resztkę tego oto specyfiku na zmycie tapety z oczu. Jak to bywa z YR - podrzuciła mi to mama. Może niektórym się wydawać, że jestem niesamodzielna czy coś, ale zmywacz do tapety w mojej hierarchii jest na tyle nisko, że jego zakup spokojnie zlecam właśnie mojej rodzicielce.
Jak to znowu bywa z YR - woda ta, zwana też płynem micelarnym, mamy lans na bycie bio-eko-sreko, 22% składników pochodzi z upraw biologicznych (doskonale wiem, co to znaczy, ale w pierwszym momencie mam ochotę powiedzieć "a niby reszta to z jakich, chemicznych?), opakowanie z recyklingu i mój osobisty faworyt, czyli enigmatyczne "gama kompensująca wydzielanie CO2". Huknęłam szczerze, bo w takie bajeczki nie wierzę. Skutkiem tego oczywiście jest cena, czyli 28 zł za 125 ml produktu - ja sama bym czegoś takiego nie kupiła, bo u mnie produkty do demakijażu mają żywotność ograniczoną jak mrożone pieczywo wypiekane w hipermarketach (czyli długo nie przetrwają).
Do rzeczy: bardzo dobrze radzi sobie z zestawem cień + maskara, zacnie, kiedy dorzuci się kredkę. Problemy zaczynają się przy mocniejszych eyelinerach - ale tu akurat się nie dziwię, eyeliner w żelu z Inglota należy do tych heroicznych wytworów, co przetrwają każdy kataklizm (w związku z czym maluję się nim bardzo rzadko, bo nie mam czasem cierpliwości, żeby wieczorem jedno oko zmywać trzema płatkami, a ranem odkryć, że resztki pochowały się i tak w zmarszczkach pod oczami).

Z innych ważnych informacji - woda ta ma dość specyficzny zapach, mnie średnio przypadł do gustu, ale przecież nikt mi nie każe się nim zaciągać. Co jeszcze ważniejsze: ta woda jest niesłychanie wydajna w swojej kategorii jednofazowych zmywaczy do oczu. Chociaż może tylko tak mi się wydaje, bo dwufazowej Ziai sobie nigdy nie żałuję i obficie polewam nią płatki, jakby od tego miało zależeć moje życie.
Podsumowując: niespecjalnie grzeje mnie cena i eko-otoczka tego specyfiku, ale spełnia swoje zadanie. Jeśli mamuśka podrzuci mi kolejny, to chętnie wykorzystam, a teraz wracam do Ziai.


Szybkie wyznanie: tyle się nabiegałam za balsamami, kremami i cthulhu wiem czym jeszcze do ciała, a przez przypadek okazało się, że jedynym specyfikiem który jest w stanie utrzymać moje ciało w nawilżonych ryzach to oliwka dla dzieci. Rossmanowa jest dobra, bo tania ;) Niemniej oliwka w żelu z z Johnsona stała się moim absolutnym ulubieńcem po pierwszym użyciu, chociaż nigdy nie wchłania się do końca i trzeba jej dopomóc (babydream koniec końców wchłaniał się po ok. 15 minutach).

To teraz mam czas, żeby biegać (dosłownie i w przenośni) za kremami chłodząco-relaksującymi do stóp. 8 godzin pracy na stojąco dewastuje mnie pod każdym względem (ból nóg dochodzi do bioder, nie wiem jak to dokładnie opisać), a mam rodzinne skłonności do żylaków, więc chyba czas się zacząć zabezpieczać :o




*uwielbiam to zdrobnienie, jest takie czułe i ironiczne zarazem.
Wymęczyłam kolejną próbkę BB, tym razem Lioele Triple The Solution BB Cream. Pokładałam w nim wielkie nadzieje, bo naczytałam się tyle pochlebnych opinii - jak widać, zaszkodziły podwyższając moje wymagania.

Konsystencja jest bardzo rzadka, jak w typowym podkładzie, co mnie bardzo zasmuciło, bo jakoś nie potrafię sobie tego dobrze na ryjku rozprowadzić. Krycie ma bardzo słabe, bardziej służy do wyrównania kolorytu. I co z tego "wyrównania", skoro u mnie Lioele po dwóch godzinach robił się pomarańczowy? Dodać tylko zielone włosy i wyglądałabym tak:





...czyli niekoniecznie atrakcyjnie. Kolejny nieudany flirt z BB.




Baza z ArtDeco chyba będzie pierwszym kosmetykiem kolorowym, który kupię po raz drugi w życiu. Cienie i kredka wyglądają po 16 (!!!) godzinach prawie tak samo jak po nałożeniu (w tym 8 godzin w klimatyzowanym pomieszczeniu). Specjalnie nie jestem obrażona, że cień zaczął się wałkować po 13 godzinach - ma prawo. Kredka twardo się trzyma jakby broniła niepodległości. Stosunkowo najgorzej radzi sobie tusz, ale na szczęście należy on do tych, które jakoś się ulatniają, zamiast osypywać się pod oczy (osobiście uważam, że to genialny wynalazek, gdy idzie się na imprezę, gdzie istnieje możliwość urwania filmu ;).

Jak widać, jaram się niezmiernie, że znalazłam swojego św. Graala w makijażu. Mogę się teraz skupić na Graalu utwardzającym lakier na moich teflonowych pazurach na więcej niż 48 godzin.




Moją rodzicielkę wzięło dziś na rozkminy: dzieciaku, jak to się dzieje, że twarz sobie smarujesz jakimś wybielaczem, ramiona i dekolt samoopalaczem, a i tak twarz jest ciemniejsza?


No właśnie, ja też nie wiem.
Jak żyję 22 lata, a od jakichś 10 zwracam uwagę na to, jakich kosmetyków używam, to nigdy nie trafiłam na żel pod prysznic, który by nawilżał. Nie mówię tu o super miękkiej skórze, ale o jakimkolwiek poczuciu nawilżenia ;)
Ale zaczęłam zwracać uwagę na żele i mogę dziś się podzielić moim małym odkryciem. Chodzi mianowicie o żele z serii do skóry suchej z Pharmaceris. Strona producenta twierdzi, że jest to seria limitowana, więc nie wiem, co zrobię, gdy mi się skończą :x W skład serii wchodzą 3 żele, które różnią się (jak łatwo się domyślić) kolorem, zapachem i gęstością. Ja posiadam dwa żele: fioletowy o zapachu czarnej porzeczki, brzoskwini i drzewa sandałowego oraz niebieski o zapachu melona, mandarynki i grejpfruta. Jest jeszcze różowy, ale nie wiem, jak pachnie ;)

Tak się prezentują:





Nie ma co się filozoficznie produkować na temat żeli, więc krótko i treściwie: obłędnie się pienią, pachną orzeźwiająco i nawilżają skórę. Alleluja, czego chcieć więcej? 
Jedynym minusem jest fakt, że żel fioletowy jest baaaardzo rzadki, więc jest mało wydajny. W sumie trudno go nazwać żelem, tak łatwo się wylewa z butelki ;) Z niebieskim nie ma takich przygód, jest przykładnie gęsty :)



Dokonałam dziś niemożliwego - namówiłam moją mamę na kurację olejem kokosowym. Przy mojej determinacji może coś zdziałamy - mamuśka ma cienkie, suche włosy, które uwielbiają się puszyć niezależnie od ilości i rodzaju użytego produktu  oraz sposobu suszenia. Cieszę się, że odziedziczyłam grube i mocne włosy po tacie - też się nie poddają żadnej stylizacji*, ale przynajmniej nie wyglądam jak ofiara porażenia prądem. 


*gdyby włosy miały świadomość i mogły mówić, to nasze rozmowy wyglądałyby tak:
ja: no proszę ładnie, nie wywijajcie się, tyle spreju prostującego użyłam...
włosy: oj weź spieprzaj.


Dobijam do końca tubki, więc można się pokusić o recenzję. Produkty wyszczuplające Eveline należą do najpopularniejszych i wcale się nie dziwię, bo przy dość niskiej cenie dają zauważalne efekty.
Ale po kolei.

Jak na moją wagę, to cellulitu strasznego nie mam. Przy regularnym ruchu i diecie Dukana* udało mi się pozbyć  znacznej ilości pomarańczowej skórki, a w sumie moim większym problemem są rozstępy i mało jędrna skóra na udach. Przetestowałam dosłownie wszystkie produkty z Avonu i Oriflame (zarówno te tańsze i droższe), bujałam się z jakimiś kremami drogeryjnymi i nic. Z Eveline zużyłam też krem wyszczuplająco-ujędrniający, który daje efekt chłodzący, ale średnio się polubiliśmy. Latem co prawda był zbawieniem z efektu właśnie na chłodzenie, ale przyszła jesień i musieliśmy się rozstać. I tak oto sięgnęłam po termoaktywne serum modelujące talię, brzuch i pośladki z efektem rozgrzewającym.

Tuba standardowa, czerwona. Prezentuje się tak:



I jak na moje wymagania był to strzał w dziesiątkę. Serum ma kolor czerwony, konsystencję nie do końca ściętej galaretki i szybko się wchłania. Co do efektu rozgrzewającego, to producent trochę nie docenił serum i moim zdaniem powinien go nazwać efektem grzewczym XDD Pierwsza aplikacja dała mi poczucie jakbym usiadła gołym tyłkiem na kaloryferze (nigdy czegoś takiego nie zrobiłam, ale przeczuwam, że takie to uczucie). Dopiero później odkryłam, na czym trik polega: serum dość szybko się wchłania, więc masaż trzeba wykonać od razu, dopóki nie wyschnie. Wtedy właśnie mamy fajne rozgrzanie. Jeśli się wchłonie i wtedy pomasuje, to robi się nieprzyjemnie (zwłaszcza na pupie, bo nie da się usiąść). Moim zdaniem na tubie powinna znaleźć się informacja o takim efekcie - a może to tylko tak na mnie działa? Nie wiem :x

Do rzeczy: efekt ujędrnienia u mnie pojawił się już po drugiej aplikacji. Skóra, zwłaszcza na udach, jest napięta i jędrna. Jeśli znowu zacznę intensywnie ćwiczyć, to efekt modelowania sylwetki pewnie też da się zauważyć ;) Co do zapowiadanej "intensywnej redukcji cellulitu", to można to włożyć między bajki - bez diety i ruchu nic się nie zredukuje :] 

Wydajność: u mnie ponad 3 tygodnie solidnego smarowania się rano i wieczorem - więc średnio jak na tego typu produkt. Czekam na promocję w drogeriach i pewnie kupię sobie od razu ze 3 tuby, bo lubię sobie wyjść rano z domu, gdy serum mi grzeje tyłek XDD Na większe mrozy na pewno będzie w sam raz :D



*dieta została zmiażdżona przez dietetyków, lekarzy i dziennikarzy, ale ja przyznam, że działa. Odżywiałam się zgodnie z zaleceniami z książki i byłam pod opieką lekarza (ważne są regularne badania krwi, bo cholesterol może podskoczyć). Wkurza mnie jednak, gdy ignoranci piszą, że Dukan opiera się na samym spożywaniu mięsa i łatwo sobie zepsuć wątrobę. Faktycznie, jak ktoś będzie odżywiał się samym czerwonym mięsem, to katastrofa murowana, ale z drugiej strony nie wariowałam i nie spożywałam wszystkiego w wersji light. Umiar, zdrowy rozsądek i nadzór lekarza dają rewelacyjne efekty :)
Próbkę pilingu z kissboxa oddałam mamie, ale nie byłabym sobą, gdybym go mimo wszystko nie wypróbowała po entuzjastycznych reakcjach mej rodzicielki. A że taki drobny, to tym bardziej stwierdziłam "ok, pal licho retinoidy, nic się nie stanie, jak po raz pierwszy od pół roku się zdrapię".
Celem wprowadzenia - przed lekami miałam tak przetłuszczającą się skórę, że król drapaków, czyli lushowy Dark Angels niewiele mógł zdziałać. Ba, nawet mikrodermabrazja nie pomogła w wygładzeniu skóry. Ok, efekt utrzymał się może kilka dni ;)
Nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie sobie wyobrazić zatem mój szok po użyciu pilingu z Fridge. Użyłam maksymalnie małej ilości - tylko trochę musnęłam palcem w słoiczku. I czymś takim tak niemożebnie sobie wygładziłam skórę... Mogę szczerze powiedzieć, że moja twarz JESZCZE NIGDY nie była tak gładka.
*łapie się za głowę i biega w szale po pokoju*

Nawet mnie za bardzo nie podrażnił (tylko przypomnę - przy kuracji retinoidami obowiązuje ścisły ban na pilingi do twarzy), co też mnie zdziwiło, bo koniec końców te małe drobinki były dość ostre.

Chyba muszę z tatą omówić kwestię refundacji i kupię całe opakowanie mamie na święta. Już czuję, że będzie epicko wydajne, więc też skorzystam po zakończeniu aknenorminu.

Tak, koniecznie musiałam się tym podzielić ;)

Na dodatek złota myśl mojego chłopaka - poradził mi, żebym nie goliła nóg, będzie mi cieplej i nie będę musiała zakładać grubych rajstop. Poparł to przykładem swojej brody, którą zawsze zapuszcza na zimę. Nie stracił rezonu nawet gdy trzeźwo zauważyłam, że wyglądałby trochę dziwnie (a co najmniej podejrzanie) z rajstopą na twarzy, a na nogach ten przyodziewek jak najbardziej pasuje.
Wesoło mam.

Tak, poddałam się kissboxowej manii. Stosunek do zawartości mam póki co neutralny - ucieszyłam się jak debil z pięknego, różowego lakieru. Kąpieli w wannie raczej nie zażywam, więc olejek wykorzystałam prostacko do nawilżenia łydek i ramion - bardzo lubię film, jaki na skórze zostawiają wszelkie oleje i oliwki, więc jestem zadowolona. Krem odżywczy ani trochę nie wstrzelił się w potrzeby mojej skóry - ale to mi oczywiście nie przeszkadza i na razie wylądował na twarzy. Na dzień raczej nie odważę się go nałożyć, bo jest aż nazbyt odżywczy :]
Jadę dalej na retinoidach, więc peeling z bólem serca (ten zapach!) oddałam mamie. Oczywiście była zadowolona, bo lubi takie drobnoziarniste drapaki. Pomyślałam sobie "hmmm, idą święta, może jej kupię pełne opakowanie".
Sięgnęłam do ulotki i na moment zatrzymało mi się serce, gdy zobaczyłam cenę. 150 zł za 50 gramów, wtf?
To nie jest tak, że nie kocham własnej matki i jej żałuję XDDD Biedna też nie jestem, ale z drugiej strony nie jestem przyzwyczajona do takich wydatków na kosmetyki do pielęgnacji. Wiem, że kremy za 5 i 50 zł będą się różnić, ale wystarczająco dużo się naczytałam, żeby tak samo myśleć o kremach za 50 i 500 zł. Moje przekonanie pogłębia się od czasu, gdy ogarnęłam kosmetyki mineralne (dobra, nie są super tanie, ale niektóre marki są w Polsce już na tyle popularne, że ceny mogą tylko iść w dół - taki EDM) tudzież samorobione (BU), o różnych pojedynczych cudownych specyfikach nie wspominając.

Nie twierdzę, że wszystkie drogie kosmetyki to niemożebnie przepłacone średniaki. W dość groteskowych okolicznościach stałam się niedawno posiadaczką korektora z Benefitu i po raz pierwszy w życiu wyszłam z domu bez cieni pod oczami sięgającymi żuchwy. Jeśli kiedyś nadejdzie ta smutna chwila, gdy Boi-ing mi się skończy, a nie będę miała 95 zł, to niechybnie sprzedam nerkę, żeby je zdobyć :P
A może tak naprawdę 95 zł to nie jest dużo za świetny, wartościowy kosmetyk? Dżizas, będą miała teraz rozkminę.

Ale wracając do kissboxa - zamówię jeszcze jednego, jak mnie nie zachwyci, to chyba wtedy się pożegnamy.
Dziś pierwszy cień z EDM, czyli Flora, od której zaczęła się moja przygoda z sypańcami. Flora przywędrowała do mnie w opakowaniu travel size (czy tylko mnie bawi ta dość prosta gra słowna?), więc przesypałam ją do słoiczka i wszyscy są szczęśliwi.
Strona EDM twierdzi, że ten cień wygląda tak:




Aha, srali muchy, idzie wiosna. Ja na tym zdjęciu widzę jakiegoś łososia. A florka prezentuje się w rzeczywistości tak:




No i co to jest? Ja myślę, że to - uwaga uwaga, będę tworzyć - piaskowy beż podbity brązem. Łososia może i widać w opakowaniu, ale zapewniam, że na oku go nie ma. Dowód:


Do tego zdjęcia napakowałam sobie podwójną ilość cienia, żeby w ogóle było coś widać. Bo Flora stapia się z powieką i wyrównuje jej koloryt, jest idealna do nude. Chociaż wykończenie ma błyszczące, to drobinki naprawdę są drobne i nie błyszczą się jak bombka, a ładnie rozświetlają.

I uwaga, teraz swatche na ręce z prawdziwego zdarzenia.



Jak teraz na nie patrzę, to dochodzę do wniosku, że faktycznie tam jest bliżej nieokreślone "coś" różowawe. Ale to wychodzi tylko w ostrym słońcu - w sztucznym oświetleniu znika.
Czary.
Ten wpis jest raczej przypominajką dla mnie na przyszłość, żeby tego BB nie kupować. Wykorzystałam próbkę (o zbawienie!) i co mam pamiętać za kilka miesięcy?

- Jak na moje wymagania, ma za niski filtr (podchodzę do tego ironicznie - gdy normalne kremy do twarzy mają jakikolwiek filtr, to jest już sukces, a ja tu wybrzydzam o spf25 :D)
- Teoretycznie przeznaczony do cery suchej lub mieszanej: cholera wie, jaką mam teraz cerę, ale jeśli BB zostawia na niej tłusty poblask (w złym tego słowa znaczeniu), a nie zdrowy błysk (znowu ironia, bawi mnie opis "healthy glow"), to coś nie bangla.
- Producent nie gwarantuje krycia, a tylko "wyrównanie kolorytu". Doceniam fakt, że Gold Super Plus dopasował mi się do ryjka, ale zrobił to dopiero po... godzinie. Seriously, godzina?! Może to znowu kwestia rozpuszczenia - już trafiłam na taki jeden BB, którego aplikację wizualizuję sobie jako włożenie głowy do photoshopa i wyszpachlowanie się narzędziem "zrób ze mnie bóstwo NATYCHMIAST".

Sorki, VIP Gold, miłości z tego nie będzie, you're dissmissed.
Vexgirl chyba czyta mi w myślach i organizuje rozdanie, w którym można zdobyć najnowszego Carmexa.
Więcej można się dowiedzieć na jej blogu.

Kolejny z cieni w samplowym słoiczku. Mam problem z tym cieniem - jest soczyście miedziany i napakowany drobinkami, w sumie nigdy nie używam go na całe oko - groteskowy efekt będzie można podziwiać poniżej ;)




jak wspominałam, cień jest miedziany, ale w cieniu robi się wiewiórkowo rudy
A tak wygląda na całej powiecie - czyli średnio dobrze ;)

w świetle dziennym bez lampy

A tutaj swatch na ręce - maznęłam palcem bez bazy. Cholernie nieostre, ale przynajmniej udało mi się złapać shimmer :)

tak się błyszczy w słońcu :)

U mnie 3-day weekend ląduje najczęściej w załamaniu powieki. Jakość - jak we wszystkich cieniach EDM - rewelacyjna :)
Pierwsze wrażenia - oby trochę omylne :]

Gdyby kosmetyki miały tożsamość, to satynowy mus do ust z Avonu siedziałby smutny i zastanawiałby się "kim jestem?!", a wyglądałoby to tak:



Szminka w opakowaniu błyszczyka. Taaa... Mus ma konsystencję roztopionej w lecie szminki, więc taka forma opakowania wydaje się być słuszna. Jednak mimo wszystko jest zbyt gęsty, żeby wygodnie go nałożyć na usta cudacznym, spłaszczonym aplikatorem. Może to jest jakaś zaleta, że trzeba się nagrzebać w pojemniczku - nie wyciągniemy musu za dużo. Ale dokładanie kolejnych warstw też średnio wychodzi...

Kolor, który sobie zaserwowałam, to shimmering nude. Na zdjęciach w katalogu wygląda jak śliwa, w opakowaniu jak burgund, na ustach na szczęście wychodzi taki ciemny nude. Czyli w sumie ok.
Nie ma drobinek, a wykończenie faktycznie jest satynowe, lekko lśniące. Cieszy mnie też fakt, że ten mus pielęgnuje i nawilża usta - a to jest dla mnie szczególnie ważne, gdy leczę się retinoidami... 
Czym jesteś, musie? Szminką, błyszczykiem, cholera wie czym?

A teraz drugi mus - też z Avonu, ale do ciała. Mam potężny katar, ale wyczułam chemiczny zapach róży godny płynu do zmiękczania tkanin. Fajna, lekka konsystencja. I uwaga, zdziwienie tygodnia - bo te kosmetyki z serii Naturals są średnie - nawilża w stopniu akceptowalno-zadowalającym. Przynajmniej takie mam wrażenia 3 godziny po aplikacji - zobaczymy, jak będzie wieczorem ;)
Oto i mój wczorajszy nabytek z przybytku ze szmatkami: lakier, którego nazwa to ani chybi Berry Love, numerków żadnych się nie dopatrzyłam.
Na pierwszy rzut oka jest to całkiem fajne cacko: idealnie średni pędzelek, którym się wygodnie maluje i rzadka konsystencja. Cienkie warstwy schną w ekspresowym tempie. A jak się to prezentuje na paznokciach?
lampa, 2 warstwy bez top coatu


Czy ta butelka nie jest śliczna? :D

tak samo: lampa, 2 warstwy bez top coatu

Jak widać, pomimo 2 warstw białe końcówki lekko prześwitują... Cóż, nie można mieć wszystkiego.
Powyższe zdjęcia wykonałam jakieś 30 minut po pomalowaniu pazurów. Ślicznie się błyszczy, czerwień jest taka jaka powinna być (mam jedno brzydkie określenie na to, ale staram się ograniczać wulgaryzmy). Położyłam top coat i co się stało następnego dnia? Na lewą dłoń, którą zaraz pokażę, położyłam mineralny utwardzacz z Avonu. Jest już stary, więc nie zdziwiłam się, gdy rano odkryłam ryski na lakierze (jak wiemy, spanie jest bardzo niebezpieczne i porysowany lakier to najmniejsze niebezpieczeństwo, na jakie można się narazić :] ). Specjalnie zachowałam duży rozmiar zdjęcia - ja te ryski widzę, wprawne oko może też je wyhaczy. 

Na drugi dzień, lampa, top coat

Na prawą rękę, której nie pokażę, bo nie ma szans, żebym ją sobie samodzielnie sfotografowała, nałożyłam lakier 3w1 z Essence. Tutaj rysek nie było, ale za to końcówki starły się przerażająco szybko (a jak widać, nie mam przerażająco długich szponów). I ten lakier zdecydowanie zmienił kolor Berry Love na bardziej karminowy. Siedzę teraz jak debil i mam zagwozdkę, który podoba mi się bardziej :]

W skrócie: przepiękna czerwień z kremowym wykończeniem średniej jakości. Kupić nie zaszkodzi :)


...skrobnąć?

Z okazji choroby piątkowy wieczór spędzam w domu. Z okazji zatkanego nosa nałożyłam sobie na głowę dzikie ilości Sesy - moja wrażliwość zapachowa spadła do poziomu 25% i niuchając butelkę stwierdziłam, że takie sesowe aromaty są znośne.

Wykończyłam odżywczy krem do ciała z serii SSS Avonu i gdyby nie fakt, że choruję na nowościozakupoholizm, to pewnie wylądowałby u mnie znowu. Świetnie nawilża i faktycznie czułam ten "dotyk jedwabiu" - nie ma się czego przyczepić przy kremie, który w promocji kosztuje 8 zł :D

Nadrabiałam dziś braki odzieżowe w mojej szafie (ehe, serio, nie ma czegoś takiego, chciałam sobie humor poprawić) i jak zwykle wylądowałam w H&M (nic na to nie poradzę, uwielbiam te szmatki!). Od wieszaka do wieszaka, trafiłam do kasy, a tam...

...koszyczek wypełniony absolutnie prześlicznyyyymi, czerwonymi lakierami (tak, teraz się ślinię jak postać z mangi) ze świątecznej kolekcji (czy może innej limitowanki, bo jest w to zaangażowany Disney). Lakiery to moja absolutna słabość, a gdy na horyzoncie pojawiają się czerwone lakiery o kremowym wykończeniu* to tracę cały zdrowy rozsądek. Tym razem oczywiście nie było inaczej - śmieszna cena 9,90 za 14 ml - już jest u mnie na paznokciach, zdążyłam nawet zdjęcia zrobić, ale z lenistwa ich dziś nie wrzucę :c

Taaak, po wrzuceniu tych jakże nieodkrywczych myśli do sieci idę sobie dalej chorować. Mrrr.

*jakoś tak mi się ostatnio zrobiło, że brokaty i drobinki w ogóle mi nie podchodzą
Dużo tego YR u mnie, aż się zdziwiłam :0 Ten szampon wylądował u mnie przypadkiem, kupiła mi go mama (jak znam życie, pewnie jej brakowało kilku złotych do jakiegoś prezentu czy poziomu, whatever). Butelka prezentuje się tak:

fot. ze strony producenta

...i mieści 200 ml szamponu - czyli nieco mniejsza pojemność, niż zazwyczaj. Standardowa cena to 11,90 zł, więc źle nie jest, a przy dzikiej ilości promocji na pewno da się go kupić połowę taniej ;) 
YR dodaje do butelek pompki - według mnie to fajny bajer, korzystanie jest łatwiejsze, a i samego produktu zużywa się mniej. Odkryłam, że na moje włosy o średniej długości wystarczają trzy pompki - objętościowo wychodzi to o połowę (!) mniej, niż normalnie bym sobie nałożyła na czerep - daje do myślenia, nie? Sam szampon jest dość.. glutowaty. Lepszego określenia nie znajdę - nie leje się jak szalony, więc glut :D (ale nie z tych, co wracają do butelki, jeśli wiecie, o co mi chodzi).

Ważna informacja dla silikonofobek*: formuła tego szamponu nie zawiera parabenów. Nie wiem, co w takim razie tam upakowali, bo całkiem zacnie się pieni. 
Ale do rzeczy - czy to działa? Na pewno nieźle zmywa oleje (więc sprawnie oczyszcza bez splątywania). Trudno mi niemniej odnieść się do zapowiadanego przez producenta "przywrócenia blasku". Na pewno błyszczą się (w dobrym tego słowa znaczeniu) bardziej niż kiedyś. Stosuję też oleje, odżywki, maski, suplementy i inne czary, więc byłoby grubym nietaktem ze strony mojego czerepu, gdyby nie wyglądał dobrze. 
Ogólnie mogę chyba wystawić mocne 4, jeśli już mam się odnosić do klasycznego systemu oceniania ;) Ale następny raz już go nie kupię - potrzebuję teraz szamponu, który mi nawilży i zregeneruje farbowane włosy.


* określenie "silikonofobka" nie ma tu wydźwięku ironicznego - sama przeszłam przez tą fazę, ale gdy (po raz kolejny w swoim życiu) doszłam do wniosku, że moje włosy chyba są zrobione z teflonu, to dałam sobie spokój. są grube i mocne, nie katuję ich nadmierną stylizacją, jeśli suszę to tylko chłodnym powietrzem, więc sls mi niestraszne! ;)
I oto pierwszy z zapowiedzianych swatchy.. W ogóle nie widziałam, jak się za to zabrać - moja lustrzanka nie lubi się z trybem makro, a ja mam tendencję do podkręcania zdjęć w programach graficznych. Przysięgam - tylko po to, by lepiej oddawały rzeczywistość ;)

Oto i pierwszy cień z EDM o nazwie Lip lock - samplowy słoiczek o pojemności jednego grama. Nie sfotografowałam wieczka, zrobię to przy następnym - wszystkie są takie same ;)
Taki mały słoiczek, a tyle informacji na denku: kod, nazwa cienia, rodzaj wykończenia (w tym wypadku perłowe), skład, pojemność...



O, a tak prezentuje się po otwarciu ;)


Słoiczek ma sitko, ja pierdoła oczywiście kilka razy za mocno potrząsnęłam nim i większość cienia wylądowała tam, gdzie nie powinna... Ale zawsze delikatnie otwieram go nad kartką, więc nawet jak coś mi się wysypie, to i tak nie idzie na zmarnowanie.
Ale do rzeczy! Co to właściwie za kolor? Nie jestem w tym mocna, a i muszę zaznaczyć, że cienie w słoiczkach są o wiele ciemniejsze niż na powiece. Więc tu na zdjęciach Lip lock prezentuje się jak, hm, wręcz śliwka...? Odkręcone denko zawierające drobiny lepiej oddaje kolor: ciepły, ładny beż z różowym podbiciem (nie wiem, czy ktoś rozumie, o co mi chodzi... może taki łosoć? :D)
 Przez lampę błyskową Lip lock wygląda jakby miał drobiny, ale gwarantuję - zero brokatu, wykończenie jest perłowe, stąd ten połysk.
A teraz Lip lock w akcji na moim biednym oku... Internetowym hejterom polecam moje brwi*. Na rzęsach mam maskarę z Oriflame, ale za nic sobie teraz nie przypomnę którą :c Albo Giordani Gold albo Endless Lash.


trochę światła dziennego udało się złapać :)




Jak pisałam we wstępie do cieni kilka notek wcześniej, zawsze używam bazy pod cienie, taki nawyk. Z ciekawości próbowałam nałożyć cień na gołą powiekę. Mission failed, do moich tłustych powiek żaden sypaniec nie przywiera ;)
Lip lock jest dość delikatny i jasny, więc nadaje się na całą ruchomą powiekę, ale do rozświetlania kącika oczu już bym go nie użyła ;) Czy coś jeszcze trzeba dodawać?

A tu zbiorowy swatch, proszę bardzo:




A tak według producenta wygląda ten kolor ;) Zdjęcie ze strony everydaycosmetics.pl





*dopiero na zdjęciach zauważyłam, jak kiepsko wyglądają :D normalnie się nimi nie przejmuję, bo mam grube okulary i grzywkę na bok, więc moja "stylizacja brwi" ogranicza się do tego, żeby nie były złączone tudzież zwichrzone.
Szybko o lakierze, który bardzo lubię.
Generalnie moja mama jest wielką maniaczką YR, ma ichniejszą kartę stałego klienta i zawsze, ale to zawsze coś kupi .A że pracuje w biurze, to kupuje pastelowe, bezpieczne kolory (ja w domu jestem od neonu na paznokciach :D). I któregoś razu wylądował u nas ten oto nabytek.. Właśnie sprawdziłam na polskiej stronie YR, ile kosztuje - cena wyjściowa 25 zł, ale jest zniżka 30%, więc cena schodzi do 17.50 zł. Dla mnie to mimo wszystko jest cena zaporowa, jeśli chodzi o lakier - zwłaszcza, że to tylko 5,5 ml.. (aha, i w tej chwili akurat ten kolor jest niedostępny, klasyk). Ale w tym przypadku cena idzie w parze z jakością. Lakier ma idealną konsystencję, długi pędzel, całkiem żwawo schnie (zawsze nakładam dwie cienkie warstwy, więc dla mnie w sumie większość lakierów szybko schnie ;).
Jestem słaba w nazywaniu kolorów, więc ograniczę się do stwierdzenia, że jest to beż :D Zdjęcie, choć niewyraźne, to oddaje kolor lakieru (dżizas, tak bardzo nie potrafię robić zdjęć makro, prawie całe swoje życie działam na obiektywie 55-200, czyli do krajobrazów :D)

YR, 52 Beige Nacre
Jakość jest świetna - lakier wytrzymuje epicko długo na moich paznokciach, czyli jakieś 3-4 dni bez odpryskiwania i ścierania ;) Nie wiem, czy daje radę więcej, bo malowanie paznokci mnie relaksuje i w sumie robię to co 2 dni xddd
Gdy szukałam w sieci lepszych swatchy, to trafiłam na francuskiego bloga jakiejś tipsiary... Linka nie podaję, bo nie chcę siać zgorszenia, ale osobiście byłam zszokowana takimi szponami ;)
Tak jakoś wyszło, że obłowiłam się jak dzika w cienie EDM. Mam ich kilkanaście, muszę przystopować, bo zaczyna mi brakować miejsca na te wszystkie upiększacze w mojej łazience.
Zaczęło się od zestawów, w których cienie były w próbkowych słoiczkach o pojemności 1 grama. W zestawie dostałam też sample róży o gramaturze 2,5 g, czyli tyle, ile wynosi "normalna" pojemności cieni. Odpadłam, to jest jakaś gigantyczna ilość, w życiu bym tego nie zużyła :o
...więc tym łatwiej było mi kupić kolejne zestawy :D Potem już niestety były tylko opakowania travel size. Doceniam inwencję producenta, że niby ta kulka to taki fikuśny bajer - ale ja tym kulkom mówię zdecydowane NIE. Najpierw je wyjęłam, ale cienie rozsypywały się jak szalone, więc ostatnio zaopatrzyłam się w maleńkie słoiczki z sitkiem na kolorówce. Nawet naklejki z nazwami udało mi się przekleić, więc jestem niemożliwie szczęśliwa.

Przyznam szczerze, że jestem od cieni EDM uzależniona. Nie potrafię się malować, nie eksperymentuję z papuzimi kolorami, więc potrzebuję produktu, który bez zbytniego wysiłku ładnie podkreśli mi oko. Jaśniejszy cień na powiekę, ciemniejszy na załamanie plus kreska - tyle potrzebuję. I EDM nadaje się idealnie :3
Aplikacja, jak to z cieniami sypkimi, bywa irytująca... Lubią się osypywać, gdy nałoży się od razu za dużo na pędzel. Ale gdy nakłada się kilka cieńszych warstw, to z niektórych cieni można zetrzeć shimmer. Mnie to akurat nie przeszkadza, bo nie mam fioła na punkcie blink-blink ;)
A, co do cieni - są tak jakby trzy formuły. Wspomniany shimmer, czyli błyszcząca, perłowa i matowa. Matowe cienie na bazie trzymają się jak szatan. Ba, pozostałe zresztą też ;) Używam bazy z artdeco, co daje duet idealny. Serio. Te cienie nie rolują się nawet po grubo 12 godzinach :o Gdy kiedyś popełniłam jeden poimprezowy grzeszek, czyli poszłam spać w makijażu, rano cienie nadal trzymały się absolutnie niewstrzymane.

Dobra, ja tu gadu gadu - a teraz czas na deklaracje: jutro część swatchy tych moich dobroci :)
Ja po prostu nie ogarniam - będę miała kiedyś problem z rozdaniem, bo serce będzie mnie bolało, gdy będę musiała się rozstać z takimi fajnymi rzeczami ;) Tutah można poczytać więcej i wziąć udział :)

Curlygirl organizuje bardzo fajne rozdanie :) Zobaczcie co organizuje:

Pisałam w poprzedniej notce krótko o mojej przygodzie z retinoidami, a konkretnie ze specyfikiem zwanym Aknenormin. Cholerstwo jest szatańsko drogie, ale spełnia swoje zadanie, czyli czyści ryjek na potęgę. Można by długo pisać o magicznych efektach, ja się ograniczę do jednego: mój nos samoczynnie oczyścił się z wągrów, których żaden plasterek nie był w stanie wyciągnąć* ani piling wypolerować ;)


Żeby skóra z nami współpracowała, trzeba spełnić żelazne 3 warunki:


1) Ochrona przed słońcem.
Filtr 50 na twarz to podstawa. Ja akurat zaczęłam się leczyć pod koniec kwietnia, więc miałam całą wiosnę i lato na trzymanie się tego punktu. Wyrobiłam sobie nawyk smarowania twarzy przed każdym wyjściem na zewnątrz, nawet przy złej pogodzie. Nawet przy deszczu. Retinoidy są silnie fotouczulające, więc nie dość, że możemy niepotrzebnie się nabawić przebarwień, to poparzenia mamy gwarantowane. W ciągu dnia powtarzałam aplikację filtra co 2, może 3 godziny - jak łatwo się domyślić, pożegnałam się z podkładem na całe lato. 
Resztę ciała też trzeba chronić. Ja trochę olałam rady dermatologa i na resztę używałam filtra 30, bo sorry, ale dobra 50tka na moje... obszerne ciało by długo nie wystarczyła ;) Na szczęście ręce i nogi nie wariowały, gdy przypadkiem ich nie posmarowałam. 
Teraz na jesień problem sam się rozwiązuje, bo o 16 już jest ciemno ;) Jeśli zapowiada się bardzo słoneczny dzień (a przyznacie, że tych jest podejrzanie dużo jak na jesień), to nadal używam filtra, jak nieco bardziej bury, to szpachluję się bb kremem. Mój krem nawilżający nadzień teoretycznie zawiera spf 20, ale to jest dobre akurat na noc xdddd
Miałam szczęście, bo dość szybko trafiłam na dobre i skuteczne filtry. Najpierw biały anthelios - cóż, jak łatwo się domyślić, bielił - co jest dziwne, bo i tak jestem blada ;) Przerzuciłam się na antheliosa barwionego. Bałam się, że będzie zbyt ciemny, bla bla, ale dawał radę! Mogę nawet mówić o jakimś minimalnym kryciu mniejszych przebarwień. Co do zarzutów, że filtry się świecą okrutnie na twarzy - spokojnie, podczas kuracji retinoidami skóra tak wysycha, że filtry wchłaniają się do matu. True story. A zresztą od czego są pudry? ;) *z tym że pudry nakładamy 20 minut po filtrze, żeby zaczął działać*


2) Nawilżanie
Po pierwotnym wysypie pryszczoli przyjdzie faza wylinki. Można to przyrównać do efektu kwasów - skóra złazi płatami. Chociaż punkt ten nazwałam "nawilżanie", to okrutna prawda jest taka - NIC nie pomoże ;) No chyba że ktoś jest tak zmotywowany, żeby co godzinę się smarować. U mnie wylinka na szczęście ograniczyła się do twarzy (bo w sumie tylko tam miałam problemy trądzikowe), ale reszta skóry na ciele była przesuszona. Jeśli nie utrzymałam reżimu smarowania się gęstymi masłami dwa razy dziennie, to potem kurowałam to przez tydzień. I niech to ktoś ogarnie - gęste masła w lato, gdy myśli się o lekkich lotionach czy balsamach... Mam traumę.
Skoro tak wspominam o wysuszaniu, muszę wspomnieć o wszystkich aspektach ;) O szminkach i błyszczykach można zapomnieć, co pół godziny trzeba smarować usta wazeliną czy czymś o podobnej sile rażenia. W mojej aptece do aknenorminu dodają rewelacyjne pomadki ochronne - też im poświęcę notkę w przyszłości.
Trzeba też zrezygnować z noszenia soczewek. Dla mnie to nie był problem, bo soczewki noszę tylko na specjalne okazje, ale znam ludzi, co na dźwięk słów "tylko okulary" dostają drgawek. 
I ostatnia mocno wysychająca część ciała, czyli.. Tak, pochwa (no, mężczyzn ten problem nie dotyczy.. a przynajmniej nie bezpośrednio. eee, zaczynam pieprzyć głupoty). Jeśli się prowadzi aktywne życie seksualne, to bez żelu nawilżającego ani rusz, do tego trzeba sobie zafundować nawilżające globulki, które się aplikuje dwa razy w tygodniu. 
Co ogólnie mogę powiedzieć o pielęgnacji cery? Jak najmniej aplikować sobie na ryjek! I możliwie najdelikatniej. Ja teraz lecę na cetaphilu do mycia, drugi do nawilżania na noc, lekki krem nawilżający na dzień z avonu, dwa razy w tygodniu serum z BU. Oczywiście makijaż i demakijaż też się pojawia, ale staram się, żeby na mojej twarzy lądowały maksymalnie 3 warstwy kosmetyków. 
Retinoidy mają taką cudowną właściwość, że w sumie nieważne, czym się posmaruje twarz, to nic nie jest w stanie jej zapchać. No ok, może nie piszę tu o benzynie, ale wiem, że wiele dziewczyn narzeka na glicerynę czy jakieś woski. I nie zaczną brać retino tylko po to, żeby pacykować się wszystkim, co komodogenne ;) 


3) Zakaz pilingowania
Ścisły zakaz dotyczy tych sfer, które leczymy z trądziku. Zresztą nawet gdyby ktoś o tym zapomniał, to nawet po najdelikatniejszym pilingu z trzepotu skrzydeł motyla czułby się jakby zjechał po nieheblowanej desce do wanny spirytusu. Co z resztą? Hmm, ja z przezorności zrezygnowałam z moich ulubionych solnych pilingów na rzecz delikatnych mazi, które pełnią bardziej w sumie rolę niepieniącego się żelu do mycia - mam tu na myśli słynną chemię od Joanny i nowość na naszym rynku, czyli Alterrę. Kupiłam ją dla zapachu, ale działanie jest tak żałosne.. No, będę teraz przeżywać ;) 
Jak już wcześniej wspominałam - skóra sama się nam łuszczy pod wpływem działania leku, więc dodatkowe zdzieranie i tak nie jest potrzebne :)


Voila! Mam nadzieję, że początkujące ofiary witaminy A zyskają coś z tych porad.






*Czemu nie poszłam na oczyszczanie do kosmetyczki? Ban od dermatologa od 3 lat, w moim przypadku manualne oczyszczanie tylko pogarszało sytuację.
Dziewczyny szaleją i rozdają dzikie ilości fajnych rzeczy. 


El Burda kusi między innymi kosmetykami naturalnymi. Tutaj możecie poczytać więcej o rozdaniu :) A na pokuszenie bardzo apetyczne zdjęcie nagród: (nic na to nie poradzę, jaram się jak głupia tymi naturalnymi mazidłami, mam obecnie fazę :D)




Kolejne pokuszenie mamy u Ensepeunse. Fanki MACa pewnie właśnie szaleją z zachwytu, bo i kolory są do wyboru. Więcej można dowiedzieć się tutaj.



Dobra, naszedł czas opowiedzieć (miejcie nadzieję, że w miarę krótko, bo nie wiem, co zaraz tu spłodzę), co mnie tu przywiodło.

Zaczęło się rok temu, gdy rzucił mnie chłopak, a ja, jak to kobieta, najpierw stosownie utopiłam smutki w wódce, pudełku lodów i innych niezdrowych (aczkolwiek chwilowo pocieszających) smakołykach. Jak wytrzeźwiałam i przestałam się obżerać, wkroczyłam w fazę znaną z każdego bzdurnego pisemka kobiecego, czyli "zadbałam o siebie".
Zadbanie przejawiało się kompulsywnymi zakupami kosmetycznymi i odzieżowymi. O ile kosmetyki zużyłam, to zakupione czółenka na obcasie założyłam dosłownie RAZ - no ale miałam pisać o czymś innym, niż moim strachem wysokości, który pojawia się, gdy zakładam obcasy wyższe niż 3 cm ;)
Wpadłam wtedy w uzależnienie od Lusha i minerałów. I tak oto zaczęłam dbać o to, co sobie nakładam na ryjek ;)

Tutaj muszę zrobić retrospekcję i wspomnieć o moich odwiecznych problemach z trądzikiem. Gdy miałam 17 lat, moja ówczesna pani dermatolog zasugerowała, żeby mi przepisać retinoidy, coby się rozprawić z wrogiem. Jednak po przeczytaniu, jak to wpływa na organizm, stwierdziłam "no pasaran!" i dalej się bujałam z maściami (maśćmi? cholera, nie wiem, jak to odmienić), tonikami, pilingami, maseczkami i czarami, jakie serwowały mi kosmetyczki.
Tutaj drobna dygresja: mam wrażenie, że na dermatologię przyjmują tylko ludzi, z których wyglądem jest coś nie tak. Ta dermatolożka od pierwszych retino była tak rumiana, że wyobrażałam ją sobie, jak w przerwach między pacjentami maluje się sokiem z buraków.
Potem zmieniło nam się (w sensie rodzinie) ubezpieczenie, więc wylądowałam u pani dermatolog, która była  naciągnięta do granic możliwości, ale jeszcze ciekawsze było to, że jej skóra wyglądała jak zrobiona z wosku. Pani Tussaud, jak ją nazywałam, przez pół roku szprycowała mnie antybiotykami, ale było coraz gorzej.
Więc co zrobiłam? Tak, kolejny lekarz :D I tu trafiła mi się pani Dinozaurowa. Przysięgam, kobieta miała już dobrze po 70-tce. Spojrzała na mnie, cyknęła z niesmakiem i zdiagnozowała mój problem jako - uwaga - trądzik STARCZY. Było to pół roku temu, 3 miesiące po moich 22. urodzinach XDD
I tak oto po 5 latach jednak rozpoczęłam kurację retinoidami, a gdy zaczęłam widzieć efekty, to miałam ochotę cofnąć się w czasie i walnąć 17letnią mnie w nos i kazać wziąć te prochy.
Z usług pani Dinozaurowej zrezygnowałam z lenistwa - przyjmowała w przychodni na drugim końcu miasta - a że mieszkam w stolicy, to jak łatwo się domyślić - szlag mnie trafiał, że jadę półtorej godziny na 10minutową konsultację. I tak wylądowałam u pani z zezem.

(Żeby nie było - nie wyśmiewam się, bo kobieta ma zeza, tylko zauważam dziwną prawidłowość, że w wyglądzie moich lekarek zawsze jest coś osobliwego)

Pani Zezowa kontynuuje mi kurację, ale gdy usłyszała, jaką dawkę brałam, załamała się (ja zresztą też). Żeby efekty kuracji utrzymały się, trzeba odpowiednio "nasycić" ciało. Dotychczas miałam przepisaną dawkę, która przez rok dałaby efekty dla osoby ważącej... 40 kg. Ja ważę spooooro więcej, więc dobiłam się, gdy usłyszałam, że jestem może dopiero w 1/3 kuracji. Cóż, badanie krwi zrobione, wizyta umówiona, pewnie będzie zwiększenie i rozprawię z trądzikiem starczym (NO BŁAGAM) na zawsze XDDD.

Ale o co tyle krzyku z tymi retinoidami, zapytają ci, co nie wiedzą, o co kaman.
Nie będę tu wklejać opisu z wiki, bo każdy sobie może to znaleźć, więc krótko: są to pochodne witaminy A, które hamują wydzielanie sebum (czy jakoś tak). Porównam to krótko - działanie tego świństwa jest tak mocne, że antybiotyki przy tym wyglądają jak placebo. Lista skutków ubocznych zawiera ponad 100 pozycji. Obowiązkowa jest antykoncepcja w trakcie kuracji i kilka miesięcy po, bo te substancje wywołują wady rozwojowe płodu (yuk!). Nawet dla 14-letnich dziewczynek, bo dermatolog bierze na siebie winę, jak się takie dziecię spłodzi...

Ja na całe szczęście przechodzę to całkiem dobrze - pewnie przez dawkę dla karła :] Już po kilku dniach nastąpił wysyp totalny (zakończył się po miesiącu). Nie żebym nie była przyzwyczajona do moich pryszczy, ale było tak źle, że opuściłam kilka imprez, tak byłam załamana swoją facjatą XDD Po tygodniu zaczęło się suszenie ust - i to właściwie utrzymuje mi się do dzisiaj. Byłam uzbrojona w carmexy po zęby, leżały w każdym pokoju w domu, żeby zawsze były pod ręką. Jedno smarowanie wystarczało na godzinę. Jak zaniedbałam usta, to skóra pękała i schodziła, dramat po prostu. Z reszty twarzy skóra też mi schodziła, przez co mój (następny) chłopak nazywał mnie "jaszczureczką". Po dwóch miesiącach twarz przestała mi się łuszczyć, a także wyschły mi włosy.
Nie wiem, jak to inaczej opisać. Mam grube, mocne (wtedy też przetłuszczające się)włosy, które musiałam myć co drugi dzień, jak nie częściej, a nagle w wakacje zauważyłam, że spokojnie dają radę bez mycia 4 dni. Kiedyś zrobiłam eksperyment i w sumie włosy wytrzymały w dobrym stanie 6 (!) dni, ale stwierdziłam, że to już przesada ;) Teraz myję co trzeci dzień, bo mam słabość do olejków i różnych innych mazideł do włosów.

Tak, to jest ten moment, gdzie orientuję się, że nikt tego nie przeczyta, bo długi post i bez obrazków ;)

Następnym razem opiszę jeszcze mój lek, jego działanie i moje kosmetyczne rozterki związane z pielęgnacją mojego wrażliwego ryjka (bo przecież byłoby zbyt prosto, gdybym nagle jednego dnia obudziła się z cerą normalną bez pryszczy. o nie. z tłuściocha przeistoczyłam się we wrażliwca).

Pozdrawiam was serdecznie!
Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby na stare lata założyć bloga, a w dodatku poświęconego kosmetykom. Ani się na nich nie znam, ani aż tak bardzo się nie jaram, zdjęć nie chce mi się robić, więc będzie nudnawo i wbrew wszelkim blogowym tradycjom ;)

Coś o mnie na dobry początek? 22 lata, jedno studia już szczęśliwie za mną, drugie wykańczam (albo one wykańczają mnie, różnie to bywa). Rodzeństwa brak, za to mam kota, który w moim odczuciu zabiera za dużo uwagi moich rodziców. A tak, z rodzicami nadal mieszkam - taki ze mnie pasożycik.

Pasjonuję się kinem (efektem czego jest mój drugi fakultet), kosmetyki jakoś tak przypadkiem "pojawiły się" w moim życiu, gdy wzięłam się porządnie za dbanie o swój wygląd. Historia mojej "urody", a raczej jej braku, zapełni na pewno kilka postów :P

Co za dużo to niezdrowo, zmywam się na razie.

Blog Archive

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia