Nie lubię tego parcia na podejmowanie noworocznych postanowień, bo doskonale wiem, że nic mi nigdy z nich nie wychodzi.

ALE.

Bardziej dążę do tego, by podejmować takie decyzje, których potem nie będę żałować.

I to, moje drogie Panie (a może nawet i Panowie), udało mi się w tym toku wyśmienicie - przynajmniej w tej krótkiej perspektywie. Jestem z siebie cholernie dumna, że mogę rano spojrzeć sobie w twarz - pomijając, rzecz jasna, obrzydzenie i szok estetyczny związany z własna szpetotą, ale cóż, powiedzmy, że jest to rzecz do przepracowania w kolejnym roku. 

Nie podoba mi się tylko fakt, że blog taki zaniedbany. Ale to za rok zobaczymy, co z moich decyzji wyjdzie.

Świąteczno-sylwestrowy cmok w czółko dla Was! :*
Poszukiwania dobrego kremu na dzień chyba się zakończyły - ale byłoby zbyt pięknie, gdyby popełniona poniżej recenzja wyczerpywała temat dostatecznie. 
Po krem matująco-nawilżający dla cery mieszanej od AA sięgnęłam z trzech powodów - obiecywano dobry balans nawilżenia i kontroli sebum, podobno zawiera filtry i był w promocji (a ja potrzebowałam kremu "na już"). 
Czy pochopne zakupy dały radę? Zapraszam do dalszej części recenzji :)

Patrzcie, jak się postarałam, nawet zrobiłam własne zdjęcia. Brzydkie niesamowicie, ale są. Szaleństwo!



Na plus warto odnotować pancerne opakowanie kremu - zafoliowany kartonik, a jakby komuś było mało, to na samym słoiczku była dodatkowa zabezpieczająca plomba. I folia pod wieczkiem, o ile dobrze pamiętam. 

Spodziewałam się, że produkt dla cery mieszanej będzie miał lekką konsystencję - tu się zdziwiłam, bo AA zaserwowało kosmetyk dość gęsty, który ku mojemu zdziwieniu dobrze się rozsmarowywał i szybko wchłaniał, zostawiając lekki, aksamitny film na twarzy - rzecz do przeżycia, jeśli ktoś nie ma paranoi na punkcie wchłaniania się do matu. Zapach - hm, dość intensywny, w moim odczuciu przyjemny, kojarzy mi się z letnimi kosmetykami przeciwsłonecznymi (w dobrym tego słowa znaczeniu).



Wszystko dobrze, tylko teraz przechodzimy do efektów działania... Krem ten z założenia ma być produktem na dzień i na noc dla skóry mieszanej - ja stosowałam go tylko na dzień. Podstawowy problem tego mazidła polega na niedostatecznym działaniu w obydwu aspektach - matuje i nawilża, owszem, ale niewystarczająco. 
Kompleks DryMatt reguluje aktywność gruczołów łojowych, dzięki czemu ogranicza produkcję sebum i niweluje błyszczenie się skóry. 
Do składników tajemniczego kompleksu dotrą tylko biochemicy zaprawieni w bojach. Z mojej perspektywy gruczoły łojowe nie zostały dostatecznie "przykręcone", w związku z czym skóra błyszczała się zupełnie tak samo, jak po niezastosowaniu kremu. Z nawilżeniem jest jeszcze dziwniej - gdyby nie dodatkowe serum, szybko bym sobie przesuszyła policzki (dlatego na pewno nie jest to dobry krem na noc). 

Mimo tych małych upierdliwostek podkłady wszelkiego rodzaju, zwłaszcza te ciężkie i kryjące, nie spływają z twarzy posmarowanej kremem AA - niech będzie zatem drobny plus. Nie odnotowałam również negatywnego, długotrwałego wpływu na stan skóry. 

Pomimo szczerych chęci nie jestem w stanie wycisnąć z siebie więcej na temat tego kremu. Klasyk tematu - po prostu jest poprawnie, bez szaleństw w żadną stronę. 

Myliłam się. Moje życie uczuciowe jednak jest jedną wielką porażką. Ciężko tu cokolwiek dodawać - na pocieszenie mam chociaż tyle, że moje włosy lśnią jak pojebane. To zawsze dodaje życiowego animuszu.
Mam opadający łuk brwiowy, 25 lat i dyplom wizażysty. Dopiero teraz mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że potrafię narysować na powiekach dwie w miarę proste, eleganckie kreski, których estetyka nie przypomina wykresu elektrokardiogramu.

Ciągle inwestuję w rozwój własnych umiejętności i mam nadzieję, że przed trzydziestką dotrę do takiego poziomu, że owe ładne dwie kreski zaczną być do siebie podobne.

+++

Najlepsze uczucie dla uzależnionego chomika walczącego z nałogiem - doprowadzić do sytuacji, gdy wykończy się kosmetyk danego typu, nie mieć następnego w zanadrzu i móc pójść z czystym sumieniem do sklepu. W roli głównej tego sukcesu - peeling do ciała.

+++


W pierwszym wpisie na temat Benefitu dałam upust swoim frustracjom jak i zachwytom, jakie generują we mnie kosmetyki rzeczonej marki. Śmiesznym trafem opisałam aż 8 kosmetyków w dwóch kategoriach. Teraz mogę spokojnie opisać całą resztę, z którą miałam do czynienia. Bez zbędnego przedłużania zapraszam na swobodny, nieposkromiony potok myśli Olgi G. 

Miniatura They're Real przybyła do mnie całkiem niedawno z Glossyboxem, choć z samą maskarą miałam już kilkakrotnie wcześniej do czynienia w szkole i podczas bezczelnego testowania w Sephorze za czasów pracy w galerii handlowej. Szczerze mówiąc, nie miałabym obiekcji, gdyby miniaturyzacja mojego egzemplarza objęła także szczoteczkę, a właściwie szczotę - zabójcze bydlę nastręcza niemało kłopotów na początku, w dodatku włoski są ostre i nie uginają się. Moje oczy nie są szczególnie wrażliwe (cóż, to chyba tylko kwestia czasu), a mimo to kilka razy dziabnęłam się w nie dość dotkliwie. 
TR słynie z także z fikuśnego, specjalnego czubka szczoty, którym można podkreślić trudno dostępne partie rzęs. Sztuka ta nigdy mi się nie powiodła, albowiem rzeczony czubek jest zawsze ufajdany w produkcie (może w pełnowymiarowej wersji jest magiczny zaworek odprowadzający nadmiar maskary? let me know!), a ja sama też nigdy nie poczułam szczególnej potrzeby dziabania się tym ustrojstwem (kto wie, może to resztki instynktu samozachowawczego).



Jak już się przezwycięży strach przed szczotą, przychodzi czas na refleksję "ale o co tyle krzyku?". Jeśli mam czas na machanie i staranne wyczesywanie dwóch warstw maskary, jestem w stanie wyciągnąć maksimum możliwości z moich idealnie przeciętnych rzęs. Pisząc "maksimum" mam tu bardziej na myśli wydłużenie i umiarkowane pogrubienie, aniżeli zagęszczenie (o podkręceniu można zapomnieć). 
Na pewno na plus They're Real można zaliczyć fakt, że nie skleja rzęs i nie tworzy klumpów. Mamy tu wręcz chirurgiczne rozdzielenie rzęs i wydłużenie ich - ale taki efekt wymaga cierpliwości. Jeśli dokładnie tego potrzebujecie od maskary i w dodatku macie rano 10 minut na same rzęsy - polecam.

Osobną kwestią jest już sama trwałość - tak jak do kruszenia u mnie nie doszło, tak niestety odnotowałam skłonności do malowniczych, czarnych potoków sunących po policzkach. Żeby było ciekawiej, do owego rozmazania doszło u mnie raptem po dwóch czy trzech łezkach spowodowanych atakiem (niemal) gruźliczego kaszlu. Jak używam maskar od gimnazjum (CZYLI MATKO BOSKA, JUŻ 10 LAT), tak nie pamiętam takiej sytuacji (mówimy o rozmazywaniu się od byle czego, nie o kaszlu). A jak się człowiek popłacze i zamieni w wielki test rorschacha, to nowo powstałych plam nie idzie usunąć po dobroci chusteczką. Naprawdę niesamowita właściwość.
Łączy się z tym inna cecha. Zauważyłam ze smuteczkiem, że maskara ma tendencję do ulatniania się. Jest to ciekawe zjawisko - maskara jakby wyparowuje w ciągu dnia z rzęs, ale czyni to bez śladu na policzkach (co ma swoje zalety). To, co zostanie do wieczornego demakijażu, w starciu z micelem lub dwufazą robi "no pasaran" i rozmazuje się szpetnie i/lub zostaje w najdziwniejszych zakamarkach oka, aby cieszyć nas pandą po umyciu twarzy wodą. Upierdliwość demakijażu jestem w stanie zaakceptować do pewnego określonego momentu - niestety benefitowa maskara wystawia moją cierpliwość na ciężkie próby, którym chyba dalej nie podołam.

Nie ma co ukrywać ukrywać - maskara srodze mnie rozczarowała, ale potrafię dostrzec jej (nieliczne) zalety. Na pewno świetnie się sprawdzi na sesjach zdjęciowych (pod warunkiem, że kontroluje się temperaturę).
Osobna sprawa, że z biegiem czasu polaryzuje się moje stanowisko w kwestii maskar - jest to produkt tak kapryśny, że nie widzę większego sensu inwestowania weń więcej niż 50-60 zł. Podsumowując: w moim mniemaniu They're Real jest maskarą przesadnie wyhajpowaną, a jakością nie prezentuje nic nadzwyczajnego, czego nie dadzą tusze Yves Rocher lub Max Factor. Jeśli ktoś ma ciśnienie na drogie tusze, polecam podstawową wersję Double Wear od Estee Lauder. 


Co jeszcze zostało do opisania?

Śmieszna, mała kredka High Brow. Jest to kolejna rzecz, którą regularnie podkradam mamie - prawdopodobnie bardziej praktycznie byłoby kupić sobie własny egzemplarz. High Brow dedykowana jest do użytku na łuku brwiowym, ale nie ma przeszkód, by używać jej w innych miejscach potrzebujących rozświetlonego zaakcentowania i wymodelowania (przykładowo łuk Kupidyna).



Fakty są takie, że definiowanie rysunku brwi poprzez modelowanie łuku brwiowego nie jest wybitnie trudną sztuką - ale należy do mało popularnych, wręcz nieznanych technik (czytelniczki blogów kosmetycznych będą w tej chlubnej mniejszości). W związku z tym oferta dedykowanych produktów jest niezwykle uboga - wiem, że jeszcze Catrice ma podobny wynalazek (takie sprzężenie zwrotne). Doskonale rozumiem te wszystkie kobiety, którym nie chce się bawić w kredki, tylko przejadą jasnym* cieniem aż po same brwi i są zadowolone. Ja jednak jestem całym sercem za kredką - można wykonać ostrzejszy rysunek, produkt jest trwalszy, a uniwersalny, bladoróżowy kolor ożywia spojrzenie i pięknie się wtapia.
Cena odstrasza, to fakt - 95 zł za kredkę brzmi tak jakoś niedorzecznie. Niemniej jeśli ktoś faktycznie bawi się codziennie w poprawianie łuku brwiowego, to nie widzę innej alternatywy niż High Brow. 
A, sorki. Z uwagi na matowe wykończenie i jasny kolor HB może dawać niekorzystny efekt na osobach charakteryzujących się ciemniejszą i cieplejszą karnacją. Dla nich podobno stworzono High Brow Glow - jak nietrudno się domyślić, wersja delikatnie błyszcząca, idąca podobno w stronę koloru "champagne pink". Ja po pobieżnym macaniu znalazłam tam beż, ale stara jestem, może mam już problemy ze wzrokiem.

*Pół biedy, jeśli ten jasny cień jest matowy lub lekko wpada w satynę, ale nie brakuje też miłośniczek pereł. Nie definiowałabym tej nieszczęsnej perły w kategoriach estetycznego horroru - bardziej stawiam na komedię.


Ostatni bohater tego zostawienia to róż, który już wycofano z produkcji i sprzedaży (powinnam w tym momencie napisać "ku mojej rozpaczy, co ja zrobię, jak za 5 lat skończę obecny egzemplarz?!?! muszę zrobić zapas!").
Cóż, Bella Bamba specjalnie nie podbiła sieci ani blogosfery w przeciwieństwie do kultowej Coralisty. Jako że opisywanie produktu niedostępnego odrobinę mija się z celem, podzielę się ogólnymi wrażeniami z użytkowania benefitowego różu (podobno wszystkie są bardzo zbliżonej jakości, ale nie chcę uogólniać).



Kartonik trzyma się dobrze i jest o tyle praktyczny, że w przypadku upadku na podłogę nie dostanie się spazmów ze strachu o opakowanie (i prawdopodobnie zawartość). Sam produkt, choć sprawia wrażenie ciemnego (ach ten odcień arbuza <3), dzięki idealnej konsystencji (nie pyli!) daje możliwość stopniowania intensywności jak  i zblendowania. Oczywiście duża też w tym rola odpowiedniego narzędzia - ja używam Blush Brush z Real Techniques (który jest i-d-e-a-l-n-y), przy mocniej zbitym włosiu niewątpliwie mogą pojawić się plamy, placki i inne mało urokliwe bohomazy.
Zauważyłam, że Bamba trzyma się lepiej na cięższych, matujących podkładach - co oczywiście nie oznacza, że z lekkiego bb kremu ulatnia się po godzinie, ale wyraźnie blednie. Bella Bamba zawiera połyskujące, złote drobinki, które również dzielnie trzymają się twarzy - ciekawa jestem, jak sytuacja trwałości przedstawia się w przypadku matowych produktów.

W razie wystąpienia przemożnej chętki na róż z Benefitu zachęcam do podjęcia wysiłku, jakim jest wizyta w Sephorze obejmująca intensywnie macanko oraz wypróbowanie kosmetyku na sobie (konsultanci Benefitu sami to proponują - w sensie próbny makijaż, nie macanko - jeśli takowego nie ma akurat w sklepie, wystarczy poprosić osobę z "ogólnego" teamu drogerii). Gdyby nie taki serwis, siedziałabym teraz pewnie średnio zadowolona z Coralisty, na którą pierwotnie miałam ochotę - makijażysta przekonał mnie do Belli (wiecie, typy urody i inne tego typu pierdolety, których jednak ostatecznie nie wolno lekceważyć).

Moja kolekcja róży jest maleńka - już nawet nie chodzi o ograniczony budżet (jeszcze tylko miesiąc!), ale o satysfakcję, jaką daje mi używanie Bamby. Nie będę teraz wyolbrzymiać, tylko podzielę się suchym faktem - to mógłby być jeden jedyny róż w mojej kosmetyczce i byłabym zadowolona (no dobrze, jedyny połyskujący, już się tak nie umartwiajmy i pozwólmy sobie na mat).

I tym oto optymistycznym akcentem pragnę zakończyć moją małą podróż po benefitowym arsenale. Voila!

Jeszcze nigdy nie zebrałam się na podsumowanie marki - ten wpis też nie ma takiego charakteru. Chciałabym jedynie podzielić się wrażeniami z testowania kilku produktów i zdecydowanie odradzić kilka pozycji. Wszystkie zdjęcia produktów zerżnęłam bezczelnie z oficjalnej strony polskiej Sephory, bo jestem leniem i przeróbka fotek przerasta moje możliwości (chociaż pisać mogę).

Mam z Benefitem problem, gdyż kreuje się na markę bliską każdej kobiecie, czemu stanowczo zaprzeczają ceny. O tej sferze oczywiście trudno sensownie dyskutować, bo każda z nas ma inne możliwości finansowe jak i oczekiwania wobec kosmetyków. Kategoria luksusu też obecnie się rozmywa - dla jednych to marki selektywne z drogerii, dla innych małe manufaktury (tu patrzę z utęsknieniem na Fridge).
Trudno jednak znieść ból dupy, gdy patrzy się na ceny benefitowych róży, a potem myśli "hmm, w sumie dopłaciłabym niewiele więcej i miałabym Diora". Jak kiedyś pisałam, kwestia poczucia zajebistości wynikająca z posiadania produktów luksusowych jest bardzo indywidualna, ceny nie zawsze idą w parze z jakością (na ogół jednak tak)*, a w świetle tych rozważań Benefit jest w mojej ocenie odrobinkę schizofreniczny.

Urocze opakowania są po prostu tylko urocze, a nie luksusowe, więc płacąc za wspomniany przykładowy róż w kartoniku można mieć poczucie, że płaci się uczciwie głównie za produkt, a nie ozdobne puzderko, które "jest ozdobą każdej toaletki" <--- sorry, musiałam, ale ta wyświechtana fraza powraca jak mantra przy recenzji niemal każdego produktu kolorowego z wyższej półki. Że niby mam zrobić muzeum, zaprosić koleżanki i kazać im się zachwycać? Lubię ładne przedmioty, ale bez przesady.
Z drugiej strony ten kartonik czy plastik (porządny, ale jednak plastik) sprawia, że odrobinkę rzednie minka tym, którzy potrzebują do szczęścia szkła, złoceń, metalu czy chuj wie z czego tam jeszcze robią te opakowania. W dodatku kartonik ma szansę szybko się popsuć, zedrzeć i zaburzyć nasze estetyczno-ontologiczne szczęście. 

Tutaj dygresja: miałam kiedyś puder w porządnym kartoniku z TheBalm (recenzja nigdy nie ukazała się na blogu, bo jakoś zabrakło mi werwy) i muszę z uznaniem przyznać, że pół roku w mojej podręcznej kosmetyczce nie zrobiło większego wrażenia na rzeczonym kartonie, więc argument za niepraktycznością takiego opakowania odrobinę właśnie mi osłabł. Brawo Olga, że sama sobie przeczysz ;)

Powiem zupełnie szczerze: jestem gdzieś pośrodku, reprezentując typowo polskie kredytowe cebulactwo na dorobku z serii "płacę - wymagam". Czyli nie mam pretensji o koszmarkowe opakowania szminek Golden Rose za 9 zł (bo zawartość jest skandalicznie znakomita), ale kartonik różu za 145 zł nie podnosi mi morale (mam nadzieję, że widać tu, jak się zbijam).

Skoro już popieprzyłam trochę o opakowaniach, to teraz przejdźmy do zawartości. Z tą w Beneficie bywa różnie - są kosmetyki, które uwielbiam, a są i takie, bez których wszechświat byłby odrobinkę lepszy.

No to jazda!

Pierwszy z wesołej gromadki to korektor Boi-ing, o którym pisałam tutaj. Przyzwoitość nakazywałaby wyrzucić produkt, który mam już 2,5 roku, ale z drugiej strony jeszcze sporo mi go zostało, nie podrażnia, więc zostaje. Świetny pod oczy jak i na niespodzianki.

Na kupno korektora Erase Paste, zwłaszcza w odcieniu Medium, sama bym nigdy nie wpadła - był w zestawie miniaturek, który kupiłam sobie już dawno temu. 


Dość długo nie wiedziałam, co z nim zrobić, aż któregoś razu błądząc po rubieżach internetów przeczytałam, że łososiowe odcienie są świetne na sińce pod oczami. Ja debil do tej pory używałam tylko korektorów beżowych i przypomniałam sobie o skitranym gdzieś w szufladzie Erase. To był strzał w dziesiątkę - korektor ma świetną, kremową konsystencję, w porównaniu do Boi-ing jest zdecydowanie wilgotniejszy. Dzięki temu nie roluje się i nie zbija w załamaniach tak bardzo, jak na ogół robią to produkty pod oczami. W sumie mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że w ogóle nie ląduje w załamaniach - ale nie wiem, jak sprawa wygląda u innych dziewczyn (u mnie korektor ląduje na grubej warstwie kremu). Z oczywistych względów kolorystycznych nie użyję go na krostki, ale pod oczami jest zdecydowanie lepszy od Boi-inga.

Swego czasu do zakupów dostałam też miniaturę Stay Don't Stray, który pomyślano jako korektor i baza pod cienie w jednym (że niby taki kompleksowy produkt do oka). W dziedzinie baz pod cienie naprawdę ciężko zrobić na mnie wrażenie (pozostaje wierna Artdeco) i nawet się specjalnie nie zdziwiłam, gdy cienie położone na SDS zwałkowały się po 5 godzinach (hańba). Jeśli chodzi o tuszowanie cieni pod oczami - całkiem spoko dla osoby, która ma małe i umiarkowane problemy w tym zakresie. Jeśli kiedykolwiek przestanę wyglądać po 8 godzinach regenerującego snu jak stara heroinistka, to zamieniłabym Erase Paste na SDS.

Żeby płynnie przejść z korektorów do rozświetlaczy, to teraz słów kilka o Ooh La Lift. Kosmetyk ten określany jest jako "żel rozświetlający pod oczy", którego użycie ma dać efekt 8 godzin snu. Taaa, pierdolenie.


Dobrze, może się rozpędziłam w swojej ocenie. Z żelu jest zadowolona moja mama, która w przeciwieństwie do mnie nie ma sinych worów pod oczami. I takie osoby może zauważą u siebie efekt "wypoczętej, jędrnej skóry". Ooh La Lift w pojedynkę nie poradzi sobie z sinymi areałamai, a nakładanie go na korektor zakrawa już o jakieś szaleństwo. Myślę, że nie zaszkodzi pójść do Sephory, pomacać i sprawdzić, do której grupy się zaliczacie ;)
Warto podkreślić, że na rynku funkcjonuje mało podobnych kosmetyków pod oczy, które by nie były stricte korektorami - a może to ja nie ogarniam (w chwili pisania tego tekstu moja temperatura dobija do 37,5). 

Dość wiekowy jest też mój egzemplarz rozświetlacza Watt's Up!, ale z perspektywy czasu nie żałuję wydanych na niego $$ (promocja poświąteczna w Sephorze zawsze na propsie). Tworzy przepiękną, szampańską, a jednocześnie elegancką taflę na policzkach. Nie ściera się. Pieprzony ideał.


Daje radę również jako cień do powiek. Sztyft jest wygodny w użyciu, choć do rozświetlania łuku brwiowego trzeba nałożyć odrobinę produktu na palec i wklepać - starałam się kilka razy przejechać bokiem sztyftu po tym małym obszarze i skutki były opłakane (albo za dużo produktu, albo ubrudzone brwi).

Skoro jesteśmy przy rozświetlaczach, to popastwię się nad innymi produktami tego typu.

Pierwszy z nich to niezbyt popularny Girl Meets Pearl (miniaturka o pojemności 7,5 ml). Po zużyciu niemal całej tubki nadal nie wiem, co mam o tym myśleć - troszkę tej perełki jest, daje subtelny blask - chyba aż nazbyt subtelny (do kościoła spoko, ale na imprezę odradzam - zakładając, że komuś się te dwie okazje nie mylą). 

W dodatku ciężko nie porównać koloru GMP to kultowego High Beam - z tą różnicą, że High Beam daje bardziej metaliczny, chłodniejszy efekt. Ponadto oryginalne opakowanie HB może wkurzać - na ściankach zostaje mnóstwo produktu, którego wygrzebywanie jest uciążliwe nawet dla osób zaprawionych w tego typu bojach (miniaturka HB to już w ogóle funkcjonalny dramat).


Obydwa produkty są płynne, więc zgodnie z prawidłami sztuki makijażu (ahaha, sorki) lądują na podkładzie, a pod pudrem, czego skutkiem jest przynajmniej częściowe zmatowienie/zakrycie efektu rozświetlenia. Cóż, ja zdecydowanie wolę widoczną taflę w wykonaniu Watt's Up! i/lub rozświetlacze pudrowe (nie będę w wyjątkiem - Mary Lou Manizer królem jest i tyle w temacie).

Żeby skończyć raz na zawsze temat rozświetlania, zatrzymajmy się na chwilę przy That Gal. Jest to rozświetlająca baza pod makijaż, którą w chwili rozpusty (wyprzedaż w Sephorze) kupiła sobie moja matka i jako główna użytkowniczka produktu była z niego kontenta. Mama dobiega 50tki, pomimo palenia ma skórę w niezłym stanie, ale też ma dość niskie wymagania wobec efektu końcowego makijażu (nie piszę tu złośliwie) i nie potrafiła mi dokładnie określić, co jej się w działaniu That Gal dokładnie podobało. 


Moja niechęć do That Gal bierze się prawdopodobnie z całości moich złych doświadczeń związanych z bazami tego rodzaju - za chuja nie wiadomo, jaki w sumie ma być efekt końcowy i czego się spodziewać. Hasło reklamowe Our silky pink primer takes your complexion from dull to darling! jest nie do zinterpretowania, a mnie teraz nie chce się pierdolić po raz setny o "zdrowym glow". Gdyby ta baza jeszcze chociaż przedłużała trwałość podkładu... Po przetestowaniu bazy koło 15 razy w połączeniu z różnymi podkładami muszę odnotować z blogerskiego obowiązku porażkę na całej linii (jeśli dla kogoś 15 razy to za mało na wydanie wyroku, proszę o stosowny komentarz). Specjalnie dla That Gal ukułam termin BeneBubel/BeneBadziew (chociaż jestem pewna, że ktoś już to kiedyś wymyślił). Pewne pocieszenie można odnaleźć w fakcie, że za to gówienko płacimy tylko 129 zł, a równie beznadziejne bazy z Estee Lauder i MUFE to odpowiednio 145 i 165 ciężko zarobionych złotówek. Nawet jeśli jesteście żonami znanych piłkarzy, to pamiętajcie - nie po to wasi mężowie tyle się nabiegali i napocili, żebyście teraz przepieprzały kasę na kosmetyki, które nie robią NIC (swoją drogą, ironicznie współczuję trochę WAGsom; mają jakieś odgórne, chore zobowiązanie wobec społeczeństwa, żeby zawsze wyglądać perfekcyjnie. niech się taka pokaże publicznie z odrostem lub pryszczem na czole, to tragedia na dwa miesiące). 

Będzie część druga - ale kiedy, to nie wiem :)



* już nie wspominając o efekcie końcowym - nieumiejętnie nałożony kosmetyk wygląda tragicznie niezależnie od tego, czy kosztował 15 czy 150 zł. Just sayin.
Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek to napiszę: mam taki zapierdol w pracy, że w ciągu dnia może ze dwa razy sprawdzę przelotnie fejsa.

I CIESZĘ SIĘ Z TEGO.

Serio.

Powoli chudnę. Moim przyjaciołom też wychodzi realizacja planów większych i mniejszych. Dobrze się zapowiada ta jesień, powiadam wam.

Do blogowania wrócę, jak tylko wejdę na dobre w nowy tryb życia. Czyli pewnie niedługo, bo jedyna rzecz, na którą mogę obecnie narzekać, to niektóre kosmetyczne niewypały ;)


W życiu każdej bambaryły przychodzi moment brutalnego otrzeźwienia - skóra we wrażliwych miejscach robi "no pasaran" i pojawiają się rozstępy. 

W moim przypadku ten moment przyszedł zimą, gdy zobaczyłam nowe rozstępy na brzuchu. Nie jestem w ciąży, a jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności mój tłuszcz zadomowił się na dobre właśnie na brzuchu (tak bardziej niż kiedyś) i postanowił nie ruszać się w inne rejony, np na nogi. 
Tak źle i tak niedobrze. 

Większość moich rozstępów pochodzi z czasów intensywnego wzrostu w podstawówce, czyli sprzed 12-13 lat. Kolejna partia to gimnazjum, kiedy przytyłam. Kolejne pojawiały się pojedynczo na udach i pośladkach. Tak czy siak, wszystkie do dziś zblakły i nawet nie są tak szokująco szerokie i głębokie, jak można by się tego spodziewać. Smarowałam zawsze te rejony produktami ujędrniającymi, nawilżającymi i przeciw cellulitowi, ale bez większego pietyzmu i regularności (w sensie raz dziennie). 
Aż tu nagle bam, czerwone pręgi na brzuchu. W stadzie.



Zdecydowałam, że czas podjąć zdecydowane kroki i po krótkiej rozkmince w drogerii sięgnęłam po skoncentrowany krem przeciw rozstępom marki Palmers. Cóż tu dużo mówić, marka nie jest demonem  eko-sreko naturalności w składach i przynajmniej dla mnie nie jest to poważny zarzut, bo mimo wszystko naturalne ekstrakty dominują na pierwszych miejscach. Zapachy są mocno dyskusyjne - linia kakaowa mi odpowiada, ale znam osoby, które na ten aromat reagują agresją ;) 
Dla mnie sporym atutem przy wyborze była właśnie koncentracja kremu - to nie był czas na popierdółki i jakieś lekkie balsamiki, o nie (sorry Babydream).




Ale do rzeczy.

Miękka tubka zawiera 125 g dość zbitego kremu, który zaskakująco łatwo się rozsmarowuje (można też określić konsystencję jako lżejsze masło do ciała). Wchłania się dopiero po kilku minutach, więc trzeba solidnie odczekać z ubieraniem się. Od razu po użyciu ma się uczucie gładkości i nawilżenia. Przy umiarkowanie regularnym stosowaniu (czasem 2 razy dziennie, czasem raz, czasem nic, taka sytuacja) krem zużyłam w 5 miesięcy.





Nie znam się, ale mimo wszystko skupię się na tych przyjemnych rzeczach ze składu (kolejność pojawiania się, jeśli coś popieprzyłam, proszę o sprostowanie w komentarzu):

  • masło kakaowe, dziwnym nie jest, w końcu od niego nazwę bierze cała seria. ZSK: działanie natłuszczające, nawilżające oraz ochraniające (emolient). 
  • olej kokosowy: a to zdziwko, na opakowaniu nikt nie zająknął się ani słowem. tak popularny, że chyba nie muszę o nim pisać ;)
  • olej palmowy: w żywności to tani wypychacz, którego należy unikać, ale w kosmetykach już tak nie mierzi. podaję za ZSK: działa przeciwzapalnie, odżywczo, przeciwobrzękowo, łagodząco, oczyszczająco, przyśpiesza regenerację tkanek. Wywiera doskonały wpływ nawilżający, natłuszczający, uelastyczniający i wygładzający skórę. Zawiera naturalne antyoksydanty i wymiatacze  (uwielbiam to słowo) wolnych rodników. 
  • masło shea. no też nie mam co dodawać :)
  • olej ze słodkich migdałów. ecospa.pl: Olej ze słodkich migdałów jest bardzo dobrym emolientem, tj. wygładza skórę. Ma bardzo wysokie zdolności nawilżania skóry, szczególnie jeśli jest stosowany systematycznie.Olej migdałowy stosowany jest w leczeniu egzemy, łuszczycy oraz do skóry suchej, swędzącej i podrażnionej. Jest lekki i łatwo wchłania się w skórę dzięki temu chętnie używany jest do masażu.
  • ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej: Wyciągi z rośliny działają silnie antyseptycznie, przeciwzapalnie i ujędrniająco. Stymuluje fibroblasty (komórki tkanki łącznej wytwarzające włókienka białkowe budujące tkankę, np. w skórze) do syntezy kolagenu i elastyny. Wzmagają syntezę kwasu hialuronowego. Roślina ma zdolnośc modyfikowania struktury skóry i warstwy podskórnej. Przyśpiesza gojenie ran, zmienia strukturę blizn, dzięki czemu można je wygładzić i zmniejszyć ich przebarwienie. Wąkrotka (Centella) zapobiega celulitis i hamuje powstawanie zmarszczek.(wizaz.pl)
  • olej arganowy - zdecydowany marketingowy król ostatnich lat, nawet nie będę pisać, że oprócz odmłodzenia o 30 lat zrobi nam aromatyczną kawę. 
  • Olej z nasion krokosza barwierskiego: Zastosowany w preparatach do pielęgnacji skóry i włosów tworzy na ich powierzchni warstwę okluzyjną (film), która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni (jest to pośrednie działanie nawilżające), przez co kondycjonuje skórę i włosy, zmiękcza i wygładza. (kosmopedia.pl) Może właściwości dupy nie urywają, ale "krokosz barwierski" brzmi tak niesamowicie, że od razu mamy +5 do zajebistości od samego przeczytania, a co dopiero użycia w kosmetyku, oh yeah. 

Zostaje nam bardzo ważna kwestia: czy te wszystkie cudowności upakowane razem działają? 
Po swoim sadełku widzę, że tak: dalsza ekspansja rozstępów została zahamowana, a te istniejące zostały wyraźnie zwężone i spłycone. Myślę, że to spory sukces jak na produkt budżetowy (27-30 zł w stacjonarnych drogeriach). 
Oczywiście to moja percepcja i nie wątpię, że dla kogoś innego takie efekty mogą być co najmniej zabawne. Nie będę ukrywać, że mam na swój sposób bardzo małe wymagania - przy obecnej wadze (jak i budżecie) po prostu nie mam jak oczekiwać, że zmiany magicznie znikną, a moja skóra będzie gładka. No kurde, nie ma szans. 
Teraz jestem nastawiona głównie na prewencję i profilaktykę, a wraz z (miejmy nadzieję) oczekiwanym spadkiem wagi może będzie lepiej. Zobaczymy. 


Moja budżetowa epopeja trwa w najlepsze. Jednym z przystanków był sympatyczny krem Ziai - kto ciekaw, co to za gagatek, niech czyta dalej. 

Zaczęło się od mojej zajawki na witaminę C i jej działania poprawiającego koloryt skóry (tu z kolei mam obsesję). Utknęłam w temacie naprawdę głęboko - przerobiłam rozmaite samodzielnie wykonane preparaty dostępne w formie gotowych zestawów na stronach oferujących półprodukty. Z żadnego nie byłam do końca zadowolona - standardowe, w miarę proste w przygotowaniu serum starcza na 10 dni (jak dla mnie to i tak za dużo pieprzenia się, jeśli coś ma się tak szybko zużyć), a kremy mi po prostu nie wyszły (jestem niedojdą) i zraziłam się do tej formy wybielania ryjka ;) Bogatsza w doświadczenia postanowiłam poszukać gotowych kosmetyków (mając jednocześnie w pamięci przestrogi o stabilności witaminy C, a właściwie to jej braku). 

I tak po researchu, pardą, poszukiwaniach zdecydowałam się na wspomniany już na początku Ujędrniający krem na dzień. Seria zawiera jeszcze krem na noc oraz serum nazwane szumnie esencją rewitalizującą. Z tymi produktami nie miałam do czynienia przez moje chorobliwe skłonności do chomikowania zwyciężone tym razem przez zdrowy rozsądek ("ok, cała seria stosowana razem da lepsze rezultat, ale czego jak czego, kremów na noc i serum to Ci Oluś nie brakuje"). Inne składniki aktywne to nasi starzy znajomi: kwas hialuronowy i D-panthenol. Całkowitym nowum była dla mnie hydroksyprolina, która podobno stosowana jest w leczeniu i profilaktyce rozstępów dzięki pobudzaniu syntezy kolagenu i elastyny (jakie to mądre, jejku). 

własne zdjęcie z insta zawsze na propsie

Krem pomyślany jest jako główny instrument w profilaktyce zmarszczek dla osób umiarkowanie młodych (czyli 25+, do której to grupy już się zaliczam, chlip). Ale z oficjalnej strony dowiemy się, że docelowym adresatem jest osoba posiadającą skórę 
potrzebującą intensywnej odnowy – cienka, o niskiej spoistości, zwiotczała, z widocznymi zmarszczkami i przebarwieniami, pozbawiona zdrowego kolorytu i młodzieńczego blasku.
Fiu fiu, powiało dermatologicznym armagedonem. U mnie tak źle nie jest, niemniej profilaktyka ma to do siebie, że utrzymanie pozytywnego stadium jak najdłużej jest łatwiejsze niż dotarcie do niego z gorszej pozycji (i nie chodzi tu tylko o tak oczywiste rzeczy, jak zdrowe zęby czy zgrabna sylwetka). 
Oczywiście wzięłam pod uwagę fakt, że aktywnej witaminy C w kremie za dużo nie będzie koniec końców, ale przecież nie jestem w tej kwestii autorytetem, więc może ktoś ogarniający biochemię potwierdzi, czy "kwas askorbinowy w formie naturalnego glukozydu" jest stabilny - to wytrzasnęłam z opakowania. 

Jako że krem jest przeznaczony do wszystkich rodzajów skóry, miałam pewne obawy co do optymalnego nawilżenia jak i utrzymania produkcji sebum w ryzach. Dlatego zawsze używałam dodatkowo serum nawilżającego, a gdy wyczuwałam, że szykuje mi się bad face day, sięgałam po inny krem stricte matujący. 

Ziaja nie dokonała rewolucyjnego przewrotu w kwestii konsystencji, ale też nie zawiodła - krem dobrze się rozsmarowuje, szybko się wchłania. Zabawne jest to, że początkowo sprawia wrażenie odrobinkę tłustego, by po chwili wchłonąć się do przyjemnej, zdrowo wyglądającej satyny (taki efekt jest u mnie przy cerze mieszanej, nie mam bladego pojęcia, jak to wychodzi przy np. suchej lub bardzo tłustej). 
Spełnione są obietnice producenta w kwestii sprawdzania się jako baza pod makijaż - przetestowałam chyba wszystkie tapety, jakie mam i tak jak jestem daleka od stwierdzenia, że krem przedłuża ich trwałość, tak na pewno jej nie skraca ani nie roluje się. Przetestowałam to solidnie w lipcowych upałach ;) 

Tak jak pisałam, ciężko mi się odnieść do kwestii nawilżenia z powodu stosowania serum, niemniej spokojnie mogę potwierdzić, że krem sprawdził się przy mojej mieszanej cerze. Wiosną bardzo często zdarzało mi się w ogóle nie używać podkładów ani pudrów (bo na kij się malować, jak się siedzi w domu), więc mogłam spokojnie zaobserwować, że sebum produkowało się w takim samym tempie jak przy tapecie (czyli według mnie umiarkowanym). 

To tyle w dość podstawowej kwestii "używalności" produktu. 




Moja cera nie ma wybujałej skłonności do zapychania, niemniej łatwo ją podrażnić. Tutaj krem też spisał się pozytywnie - zero krostek, wągrów i innych nieprawdopodobnych wykwitów lub uczulenia (najszybciej pewnie na kwas askorbinowy). Na KWC jest kilka recenzji osób, którym krem zmasakrował twarze - cóż, cieszę się, że u mnie do tego nie doszło. 

Co z wyrównaniem kolorytu? Tutaj widzę dalszy progres, przy czym regularni Czytelnicy wiedzą, że jest to mój maleńki kosmetyczny pierdolec i nigdy nie stosuję tylko jednej metody przybliżającej mnie do pozbycia się przebarwień potrądzikowych z policzków (a może kiedyś również i blizn, kto wie). Cera jest odżywiona i ma zdrowy blask, to też się zgadza. Nie mogę się wypowiedzieć na temat wygładzenia zmarszczek - na razie mam tylko zaczątki mimicznych od śmiechu, pozostaje mi mieć nadzieję, że synteza kolagenu i elastyny jest tak energiczna, że rzeczone zmarszczki nie zamienią się przed 30tką w bruzdy (biorąc pod uwagę, jakim żartem jest ostatnio moje życie i ile mam dużo okazji do gorzkiego śmiechu przez łzy, nie jest to takie nieprawdopodobne). 

Mogłabym sprowadzić recenzję do nudnego "ogólnie to jestem zadowolona, hehe", ale jeśli mam się do czegoś przyczepić, będą to dwie rzeczy:
1) krem jest solidnie perfumowany - nie jest to aromat uprzykrzający korzystanie, w sumie to całkiem przyjemny, niemniej moim zdaniem zdecydowaniem za mocny jak na kosmetyk hipoalergiczny (utrzymuje się pół godziny). Lubię jak mi ładnie pachnie balsam do ciała czy żel pod prysznic, od produktów do twarzy tego nie wymagam. To chyba zresztą składniki zapachowe są często odpowiedzialne za uczulenia - no serio, całkowicie zbędny feature tego kremu. Jak zwykle proszę o sprostowanie, jeśli się mylę.

2) ktoś troskliwie zadbał również o ochronę przeciwsłoneczną o imponującej mocy 6 SPF w formie filtrów organicznych. z jednej strony to fajnie, że te filtry są (zawsze coś), a z drugiej mam wrażenie, że tak licha ochrona to kolejny zbędny składnik. to już większość podkładów ma wyższy faktor, co nie budzi takiego politowania. 

Ostatnie ważne informacje - tubka jest miękka, po jej rozcięciu w środku zostało mi produktu na raptem dwa zastosowania. Cena wyborna i nie robiąca spustoszenia w portfelu, około 12-14 zł w regularnej sprzedaży, poniżej dyszki w promocji. 

Uważam, że krem ujędrniający z witaminą C jest fajnym rozwiązaniem dla osób o nieupierdliwych (lub umiarkowanie) cerach, zaczynających myśleć o profilaktyce starzenia się skóry. 
Zamierzam teraz sięgnąć po esencję rewitalizującą z tej serii - właśnie się doczytałam, że stosuje się ją po kremie na dzień, co trochę mi nie styka, ale liczę na jeszcze lepsze działanie wyrównujący koloryt :)

Stosowałyście? Byłyście zadowolone? Czy macie doświadczenia z innymi kosmetykami z witaminą C?

+++

Wakacje się kończą, ludzie w końcu odbierają maile, w których krótko, acz treściwie piszę, jakim to cennym pracownikiem mogę się stać. W tym tygodniu mam 4 rozmowy kwalifikacyjne, szaleństwo. 

Gdybym miała się zadeklarować, jakim typem grubasa jestem, zdecydowanie stwierdziłabym, że wyjątkowym. Firmy kosmetyczne nie mają ze mnie w tym zakresie pociechy - do obietnic producentów podchodzę z niemal grobowym entuzjazmem. Nie mam złudzeń, że wszelkiego typu wcieradła odwalą same roboty za mnie, bo gdyby tak było, to rynek produktów wyszczuplających nie pękałby w szwach. 
Największy wkład w bogatą ofertę ma chyba w Polsce Eveline - marka, która w mojej świadomości ledwo istnieje jako producent kosmetyków do twarzy czy kolorówki. Słyszysz "Eveline", bam, widzisz zatrzęsienie kolorowych tubek krzyczących o innowacjach, niezależnych testach i milionie składników. 

Dla utrzymania higieny psychicznej wychodzę z założenia, że przy mojej obecnej wadze skupianie się na walce z cellulitem nie ma większego sensu, natomiast zwracam uwagę na ujędrnianie skóry i zapobieganie nowym rozstępom. 
Powiem wręcz brutalnie szczerze - nosząc rozmiar 44/46 mam wyjebane na mój cellulit. I to nawet nie dlatego, że regularnie widuje go tylko jedna osoba (mój facet), sporadycznie lekarze, a raz do roku randomowi ludzie na plaży. Moja pomarańczowa skórka po prostu nie jest tak straszna, jak można by się tego spodziewać - i za to odpowiada głównie zdrowa dieta oraz ćwiczenia. Bez tego się nie da i taka jest smutna prawda. 

Jednocześnie nie chcę tu demonizować kosmetyków - są potrzebne, uzupełniają działanie ćwiczeń i razem dają wymierne rezultaty, czego jestem przykładem (słabym to słabym, ale jednak). 

To z czym miałam do czynienia z Eveline?

W sezonie letnim namiętnie smaruję się Serum Intensywnie Wyszczuplająco-Ujędrniającym - zamiłowanie do tego produktu bierze się głównie z mocnego efektu chłodzącego, który przynosił mi ukojenie przez cały lipiec. Gdyby nie upały, prawdopodobnie nie nie używałabym go codziennie i nie zauważyłabym, że skóra ud staje się coraz lepiej napięta i gładsza w dotyku (ale to inny rodzaj gładkości niż po balsamie nawilżającym).


Jestem potwornym zmarźluchem, więc gdy temperatura spada, sięgam po Termoaktywne Serum Wyszczuplające, które (jak łatwo się domyślić) ma efekt rozgrzewający. Jestem daleka od zgodzenia się z producentem, że jego preparacik "redukuje złogi tłuszczu", bo to niemożliwe przy tak powierzchownej aplikacji. Efekt rozgrzewający jest bardzo silny, dlatego nie polecam serum jako podstawy do masażu i produktu do body wrappingu. Oczywiście każdy organizm reaguje inaczej i możliwe, że poczuje się tylko lekkie mrowienie. Tak czy siak uważam, że w przypadku tego typu produktów na opakowaniu powinna znaleźć się adnotacja w kwestii smarowania pośladków - o podrażnienie okolic odbytu naprawdę nietrudno (i wspomnienie o niedawnej wizycie w indyjskiej knajpie nagle staje się łagodniejsze). 

U mnie serum przyniosło widoczną poprawię napięcia skóry - zresztą po takim wypaleniu nie ma innej opcji, żeby było inaczej ;)

Sera (taka jest liczna mnoga?) nie pomogły zupełnie w kwestii redukcji widoczności starych rozstępów - ale jakoś mnie to nie rusza. 

Jakie są wasze doświadczenia? Polecacie coś specjalnego z podobnej półki cenowej?

Seria cieni w kremie ze stajni Maybelline narobiła swoim pojawieniem się na polskim rynku spore zamieszanie. Porównywane do macowych Paint Potów na każdym kroku i nie mniej zachwalane. Skuszona pozytywnymi recenzjami zapolowałam na nie w trakcie jednej z pierwszych rossmanowych promocji -40% i mając dostęp do większości kolorów, sięgnęłam po cztery słoiczki.



Z perspektywy czasu oceniam to jako debilną decyzję - pozytywy dotyczyły poszczególnych kolorów, a nie całej serii, a ja w promocyjnym uniesieniu założyłam, że świetna jakość charakteryzuje wszystkie dostępne odcienie. 



Źródłem zamieszania jest kultowy już On and on Bronze #35. Przepiękny, chłodny i połyskujący złoty brąz (brązowe złoto, jeśli uprzemy się na kolor w słoiku), który umiejętnie nałożony staje się duochromem. Cieńsza warstwa daje na oku złotą mgiełkę, grubsza wydobywa brąz. Najlepiej nakładać go palcem lub syntetycznym pędzlem, świetnie współpracuje potem z sypkimi cieniami (jako baza tudzież element składowy makijażu).




 Na mojej piekielnej powiece wytrzymuje bez bazy 7-8 godzin, co czyni go absolutnym rekordzistą. Z bazą Artdeco trwa niewzruszony do zmycia (no dobrze, 12h, dłużej staram się nie trzymać tapety). Ma fantastyczną plastyczną konsystencję, dzięki czemu operowanie nim na powiece jest czystą przyjemnością, choć oczywiście można nałożyć za dużo produktu - wtedy od razu się zroluje, taka już przypadłość cieni w kremie.



Po lewej lekka, cienka warstewka złotka, po prawej grubsza - jest znaczna różnica!

Genialna rzecz dla zielonookich, czyli chociażby dla mnie. Powiem nieskromnie, że On and on Bronze wygląda na mnie fantastycznie i mam nadzieję, że tak długo, jak będę w stanie sama utrzymać pędzel, produkt nie zniknie z półek. Nie doszukałam się w nim żadnej wady, jest absolutnie warty każdej złotówki w regularnej cenie. 

Czy też czujecie charakterystyczne podniecenie, gdy czytacie takie opinie o jednym kolorze? A potem łapiecie za inne, bo też muszą być dobre? 
No właśnie. 

Drugi w kolejne jest matowy Permanent Taupe #40. Powiedzmy sobie szczerze, "taupe" w ogólnej klasyfikacji kolorów to taki zwierz, którego ciężko sklasyfikować, ja na swój własny użytek określam to jako kolor ziemniaka (Gocha, pozdrawiam). Ni to bure, ni szare, czasem gdzieś wychodzą z tego fioletowe tony. Permanent Taupe ma nieco tępą konsystencję, przez co aplikacja bywa problematyczna. Osobiście uważam, że życie jest za krótkie na noszenie tak smutnych kolorów solo, zwłaszcza gdy podbijają naturalnie występujące sińce pod oczami (jak przykładowo u mnie).



Ale ten cień nie jest skazany na porażkę. Dzięki matowemu wykończeniu sprawdza się rewelacyjnie przy charakteryzacji siniaków i sińców - no kidding, użyłam go w ten sposób na przynajmniej trzech planach. Drugie świetne zastosowanie to baza do wymagających sypańców w stylu czyste miki z Kolorówki. Miki to skubańce, które średnio współpracują z bazą (nawet ubóstwianą przeze mnie Artdeco, lol, znalazłam w końcu jakiś słaby punkt), ale z tym cieniem akurat się lubią. Co ciekawe, nasycenie koloru w mikach jest tak wysokie, że ciemny Taupe spod nich nie prześwituje, ale zdarza mu się lekko podbijać te jasne miki.



Po lewej - umiarkowanie lekkie maźnięcie palcem, po prawej średnio staranne zbudowanie jednolitej warstwy koloru. Jak widać, pigmentacja szatańska. Nie trzeba się zbytnio pierdolić z prześwitami i dokładaniem 5 warstw. Co prowadzi nas do trzeciej, dość oczywistej propozycji wykorzystania tego cienia - ciemna baza do smoky eye, bo umówmy się, zasmarowanie powieki cieniem w kremie jest szybsze, wygodniejsze i efektywniejsze niż mazanie kredką, nie wspominam tu już o cierpliwym budowaniu ciemnego koloru cieniem prasowanym, a już nie daj boże sypkim.



Podsumowując - nie jest to propozycja dla wszystkich, ale nie wątpię, że gdzieś na świecie są kobiety, które nakładają tego brzydala cienką warstwą na powiekę i są zadowolone.

Kolejny przedstawiciel wesołej gromadki to Eternal Silver #50. Błyszczące metalicznie srebro bez żadnych niespodzianek. Konsystencją zbliżony do On and On Bronze, choć rozsmarowuje się nieco gorzej. Nawet nałożony grubszą (choć rozsądną) warstwą nie daje tak pięknego efektu jak wspomniany brązowy kolega. Wydaje mi się wręcz, że lepiej wygląda w wydaniu minimalistycznym, maksymalnie lekkim jako subtelne rozświetlenie. Bo problem z Eternal Silver jest taki, że to srebro wali po gałach niemiłosiernie i bardzo łatwo jest uzyskać metaliczny (podobno niesamowicie modny) efekt - ale niestety w niemiłosiernie tandetnej wersji.



Kwestią problematyczną jest tu bez wątpienia dopasowanie kolorystyczne - o ile złoto-brązowe cienie będą wyglądać dobrze prawie na każdym i uzupełniają się z każdym kolorem tęczówki , tak nie wyobrażam sobie srebrnych cieni na ciepłych i/lub opalonych typach urody. Srebrny metalik ni chuja nie będzie wyglądał godnie i z gracją, zwłaszcza jeśli będzie się udawało, że położono go tam, gdzie normalny człowiek użyłby szarości. W celach poglądowych zapraszam do odkopania wczesnych zdjęć Dody.



Eternal Silver w całej swej okazałości niewątpliwie będzie się świetnie sprawdzał na a) bladych zimach b) w karnawale. To oczywiście moje zdanie wynikające z indywidualnego poczucia estetyki (i nikomu go nie narzucam). Przy mojej bladości i zielonych oczach broni się tylko w delikatnej odsłonie (swatch po lewej). Podobnie jak poprzednie kolory też jest trwały, pigmentacja i nasycenie koloru bez zarzutu, więc po prostu trzeba się solidnie zastanowić - czy komuś srebrny metalik podoba się tylko na samochodach, czy na powiekach też.


Ostatni cień w tym zestawieniu to Endless Purple #15.
I tu bierzemy głęboki wdech.
Jedyny nieskończony efekt tego cienia to potok moich soczystych bluzgów. Bez kitu, ten cień lokuje się w ścisłej czołówce kosmetycznych gówien, jakie na moje nieszczęście miałam okazję używać.
W słoiku wygląda całkiem zachęcająco - uuu, nasycony fiolecik, jakieś drobinki, proszę państwa, ja skusiłam się od razu. Myślę, że Endless Purple w zamierzeniu miał mieć błyszczące wykończenie (ale inne od jego braci). Ale żeby to sprawdzić, trzeba nanieść chociaż cień na skórę - co może przerosnąć zwykłych śmiertelników. Jeżeli cień w ogóle się przyczepi do palca, a potem dłoni/powieki, to roluje się przy samej aplikacji - przejechanie po dłoni wysmarowanym palcem daje naprawdę żałosny rezultat. Przy wklepywaniu traci się sporo nasycenia, cień wręcz spektakularnie blednie dając mglistą i niesamowicie brzydką warstewkę koloru siniaka.


Zaznaczam - podciągnęłam odrobinę kontrast, aby było dobrze widać kolor produktu w słoiku - tak, on naprawdę jest taki ładny!

No kurwa, czegoś takiego to ja się nie spodziewałam (nie żeby takie historie nie zdarzały się z innymi produktami). Sytuacja nie poprawia się, gdy do akcji wkracza syntetyczny pędzel. Raz miałam nadmiar cierpliwości i naniosłam cień dokładnie na całą powiekę, a w efekcie wyglądałam, jakbym dzień wcześniej ostro balowała i dostała w ryj. Jest to o tyle ciekawe, że przy aplikacji fioletów zawsze dokładnie kamufluję Sferę Rozpaczy pod oczami, a kolory te fajnie współgrają z moimi zielonymi oczami.


Duża plama wskazana strzałką to trzy starannie i delikatnie wklepane warstwy - cóż, na tym zdjęciu jeszcze to jakoś się prezentuje. Ale czy dla tak kiefektu warto się pieprzyć 10 minut?
Zdecydowanie nie warto. Prześwity, brak jakiejkolwiek współpracy z pędzlem, innymi cieniami itd. 

Uważam, że każda osoba odpowiedzialna za powstanie i dopuszczenie na rynek Endless Purple powinna zostać zwolniona w trybie dyscyplinarnym (i naznaczona karnym kutasem za chujową robotę) lub skazana na słuchanie Biebera. Gdyby cała seria była tak marna, mój bulwers byłby mniejszy - ale reszta jest (w najgorszym razie) poprawna lub wręcz wybitna. 

Nikomu nie polecam, wręcz odradzam - zwłaszcza, jeśli dbacie o higienę psychiczną. 

W kwestii wykorzystania rzeczonych cieni jako eyelinerów sytuacja klaruje się następująco: jak najbardziej da się wykonać ładne i trwałe kreski cieniem srebrnym i brązowym (jest błysk, jest metalik, szafa gra). Taupe od biedy również da się wykorzystać, ale jego konsystencja znacząco utrudnia pracę nawet przy użyciu ulubionego pędzla. 
Fiolet - jak nietrudno się domyślić, nie daje rady nawet jako liner. Przy tak beznadziejnej pigmentacji kreska ma prześwity -  a kto lubi blade, niewyraźne kreski? Fujka. 

Za Oceanem seria jest wzbogacana o limitowane kolory - szczerze żałuję, że nie są dostępne w Polsce, bo jeśli faktycznie jakościowo są zbliżone do On And On Bronze, to brałabym wszystkie w ciemno. 

+++

Kolejna rozmowa kwalifikacyjna i kolejny wyjazd. Oh yeah. 

Z kosmetycznego punktu widzenia podróże mi nie służą - zawsze pojawia się jakiś pielęgnacyjny fuck-up skutkujący podrażnioną skórą twarzy lub skrajnym zaniedbaniem nawilżenia całego ciała. No dobrze, pierwsze to jeszcze mogę zwalić na skutki zewnętrzne w stylu zmiana wody, ale drugie to w całości moja wina ;) Ale nie będę tu kręcić, że jak wracam o 4 nad ranem do łóżka, to mam siłę i ochotę na cokolwiek więcej ponad zmycie tapety.

Moja niedawna wyprawa na Śląsk i Galicję nie była wyjątkiem - wróciłam z niesamowicie podrażnionymi, czerwonymi jak serce komunisty policzkami. Śluńskie powietrze? Krakowska woda? Czort wie.

Grunt, że na tym rewelacje się skończyły, a cały wyjazd oceniam na wyjątkowo udany. 

Fotorelacja jest oszczędna ze względu na potrzebę wyeliminowania wizerunku moich znajomych, którzy pewnie nie chcieliby stać się bohaterami bloga. Podejrzewam też, że większość z was wie, jak wygląda Rynek w Krakowie, więc oczywiste oczywistości sobie daruję ;)

Pańcia się pakuje, kot pomaga. 


Nocny atak na fotobudkę - oranż mi chyba nie służy. 


Absolutnie cudowna i zjawiskowa strefa chilloutu z hamakami <3


Do widzenia.


MOCAK, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie. Fenomenalna architektura, sztuka jak to często bywa - co najmniej kontrowersyjna. Uważam, że wystawa "Zbrodnia w sztuce" powinna mieć jakieś wymagania wiekowe (16 lat?), bo były tam rzeczy dość drastyczne (a do przesadnie wrażliwych nie należę). Albo po prostu założono, że młodsi do takich przybytków nie przychodzą...



"Olga Olga, chodź, zobaczysz krakowskie metro!". Ładnie tam całkiem ;) 


A na deser przepiękna stacja kolejowa w podkrakowskim Zabierzowie. 



+++

Podobno przez sen jestem potwornie gadatliwa - tak przynajmniej twierdzi chłopak, z którym się widuję. 3 w nocy, on jeszcze gierczy na konsoli, ja coś burczę i z tego burczenia wydobywa się nagle całkiem sensowne pytanie.
ja: gdzie jest szczupak?
on: jaki szczupak?
ja: ten z panteonu bóstw...
on: *brechta* jaki?
ja: ten co go zgnietli...


Dziś przykład kosmetyku, który jest tak w mojej opinii tak przyzwoity, że aż ziewam z nudów przy opisie ;)


Chociaż już od dawna jestem over twenty, to "dzięki" mojej mieszanej cerze ciągle sięgam po kosmetyki skierowane do młodzieży z problemami skórnymi. Kremowy żel do mycia twarzy jest dedykowany cerze wrażliwej, co mnie skutecznie zachęciło. 

Dlaczego ten żel jest "nudny"? Bo nie ma się do czego przyczepić ;)

Opakowanie: miękka tuba z zatrzaskiem, otwór dopasowany do gęstości produktu, więc nie ma większych problemów z wyciśnięciem odpowiedniej porcji, nawet pod sam koniec. 
Wspomniana wyżej gęstość: zacna, żel nie jest wodnisty, więc wydajność oceniam na wysoką, a stosowanie mało upierdliwe. 

Efekty: w przypadku mycia twarzy nie ma skomplikowanej filozofii - żel ma ryj oczyścić szybko i skutecznie bez strat w ludziach. Według mnie te warunki są spełnione - żel nie ściąga skóry (na KWC ten zarzut często się pojawia, niemniej wiadomo, każda twarz reaguje inaczej), nie podrażnia oczu, po zastosowaniu czuję odświeżenie i oczyszczenie (niezależnie, czy to rano czy doczyszczanie wieczornej tapety). 

Podobno w formule są  składniki aktywne typu wyciąg z aloesu i ogórka, aktywny cynk i kwas migdałowy. Cóż, najwidoczniej działają. 

Cała tuba tego szczęścia to koszt 12-13 zł, w promocji nawet za 9 zł. 

Olga poleca.

+++

To oficjalne - opaliłam twarz. Bardzo mnie to zdziwiło, bo wybitnie się pilnowałam. Według colorstayowej numerologii już nie jestem 150 buff, tylko 180 sand beige. Cóż, dobrze, że jestem niewydarzoną makijażystką i jednak mam kilka ciemniejszych podkładów. Dziwnie mi. 

Seche Vite to jeden z tych klasyków, którego wypróbowania nie potrafiłam sobie odmówić. Tytuł posta nie jest przypadkowy - stoczyłam z Seche heroiczną walkę. 

SV jest przykładem kosmetyku, którego prawdę mówiąc nie potrzebowałam - manicure planuję bez spiny, gdy mogę sobie pozwolić na długie nicnierobienie rękami, najczęściej oglądanie filmu/serialu lub przeglądanie neta, gdy niewiele stukam w klawiaturę (taki 9gag to ideał). Tak więc funkcja ekspresowego wysuszania średnio jest mi potrzebna (pamiętajmy, że argument "dopiero co pomalowałam pazury" jest skuteczną kartą przetargową w wykręceniu się z wielu obowiązków). 
A co z utwardzaniem? Cóż, tutaj też na ogół zdawałam się na odpowiednią kombinację lakierów podkładowych i topów - w tym zakresie króluje u mnie niezmiennie Nail Tek, obecnie w wersji I. Dobre jakościowo lakiery wytrzymują bez większych uszczerbków 3-4 dni, a po tym czasie na ogół zmieniam kolor, tak więc utwardzanie na tydzień też nie jest mi zbytnio potrzebne. Tematu w ogóle nie ma przy tak lubianych przeze mnie piaskach, bo trzymają się szatańsko dobrze. 

Ale czy byłabym sobą, gdybym jednak nie sięgnęła po SV?
Takie piękne, klasyczne pytanie retoryczne <3




Nabyłam drogą kupna miniaturkę produktu o pojemności 3,6 ml, bo naczytałam się strasznych opowieści o gluceniu. No dobrze. 

Podejście nr 1 - pomna ostrzeżeń, coby nie aplikować Seche zbyt szybko, nałożyłam je po minucie. Jak łatwo się domyślić, to było jednak zbyt późno, kolorowy lakier "ściągnął się" z końcówek, jakby się starł. Byłam ostrzeżona, więc przeżyłam jakoś to niepowodzenie. 

Podejście nr 2 - dla picu nałożyłam grubszą warstwę lakieru niż zazwyczaj, użyłam Seche szybciej. Chyba mi wyszło, końcówki się nie ściągnęły, ale dostrzegłam po chwili, że ochronna warstwa lekko się zbiegła z drugiej strony, przy "początku" paznokcia (jak to się fachowo nazywa, macierz?). Faktycznie wysychanie ekspresowe, a utrwalenie mocne. Tylko tak głupio to wygląda.

Podejście nr 3 - powtórka z dwójki. 

Po trzech aplikacjach zużyłam połowę flaszki, po czym lekko zniechęcona rzuciłam ją w kąt na kilka tygodni. Chciałam dziś do niej wrócić i ponowić eksperyment, ale zszokowana odkryłam, że ta połowa miniaturki przeszła w stan niebłogosławionego ZGLUCENIA. Mojej konsternacji nie złagodziło przypomnienie sobie, że w każdej recenzji jak wół było napisane "glucieje w połowie butelki" - nie spodziewałam się jednak, że proceder ten wystąpi też przy miniaturze (jakby panowały tam inne zasady rządzące wszechświatem czy coś).
Spróbowałam gluta nałożyć na świeży lakier na jednej dłoni i jak łatwo się domyślić, całość nie wygląda teraz przesadnie estetycznie. Zgluciały, wysuszony SV daje specyficzne wykończenie jak każdy top w takim stanie, które jakoś udało mi się złagodzić dwiema warstwami Nail Teka.

Wnioski?

Cóż, przy odpowiedniej aplikacji poprzedzonej szeregiem testów SV niewątpliwie daje porządne rezultaty. Inaczej nie byłby to obiekt kultu większości blogosfery. Niemniej jest to też produkt, bez którego da się żyć - dobry lakier nałożony cienką warstwą schnie całkiem szybko bez pomocy. Nie oszukujmy się też w drugą stronę - myślę, że jeśli mamy do czynienia z naprawdę beznadziejnym lakierem, to żaden top go nie uratuje.
Ja na pewno do SV nie wrócę.

+++

Wchodzę do salony fryzjerskiego.
Fryzjerka: (pitu pitu) to co będziemy robić?
Ja: Grzywkę między innymi.
F: Sama pani cięła?
Ja: A co, bardzo widać?
F: *próbuje utrzymać powagę* Troszeczkę...

Potem laska ucięła mi 3/4 włosów, wycieniowała je, pokazała jak stylizować w domu. Wizualnie szopy mam tyle samo - a może nawet zyskała na objętości, bo teraz włosy jakoś tak raźniej odstają od łba.
Wiem, #firstworldproblem. Dużo włosów. Ehehe.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że Maybelline króluje u mnie w zakresie marek kolorowych ze średniej półki. Przyczyniły się do tego niewątpliwie whisperki, do których początkowo podchodziłam raczej nieufnie i z dystansem.



Było typowo - najpierw przeczytane zachwyty w internecie, potem mazanie się w drogerii, sceptycyzm, a gdy kilka tygodni później trafiłam na wyjątkowo korzystną promocję, skusiłam się na pierwszy egzemplarz. 

Moja początkowa niepewność miała kilka źródeł:
- serdecznie nie cierpię plastikowych, przezroczystych nakładek na pomadki. Kojarzą mi się podskórnie z tandetą, naprawdę nie ma tu żadnych racjonalnych powodów. 
- w gamie kolorystycznej dominują cieliste lub mało wyraziste - na pierwszy rzut oka - odcienie. Z moim nastawieniem na mocny kolor, które dominuje u mnie od dłuższego czasu, nie był to szczególnie nęcący wybór.
- żelowa formuła i transparentność w porównaniu z wyżej wymienionym "brakiem" kolorów dalej była dla mnie niejasna. 

Powiedziałby ktoś - Olga, ty durna babo, a może byś wzięła tester, zrobiła z niego użytek na ustach i pozbyła się wątpliwości? 
W tym momencie muszę zrobić drobną dygresję. Tak jak nie mam zaawansowanej bakteriofobii i myśl o macaniu testerów cieni czy pudrów mnie raczej nie brzydzi, tak od pewnego czasu pomadki testuję tylko na grzbiecie dłoni. Teoretycznie na wścibskich paluszkach można by znaleźć więcej rozmaitego tałatajstwa, niemniej wizja używania testeru pomadki po jakiejś raszpli z opryszczką budzi we mnie lęk i dreszcze. Jakimś cudem udało mi się przeżyć 25 lat i nie złapać (chyba) wirusa opryszczki czy innego syfu i zamierzam dzielnie się tego trzymać. 

Gdyby nie ta fobia, to odkryłabym wcześniej, że Color Whisper ma całkiem solidne krycie, intensywny kolor i w ogóle daje nieźle czadu, choć jest upierdliwy.




Pierwszym whisperkiem był u mnie kolor oznaczony numerkiem 310 i nazwą Mad For Magenta. Można się kłócić, czy magenta jako kolor skłania się bardziej ku fioletowi czy różowi, na stronie producent idzie wyraźnie w tym pierwszym kierunku. Sztyft na pierwszy rzut oka też jest wyraźnie fioletowawy, ale wystarczy aplikacja  i wszystko jasne - ta Magenta jest różowa jak cholera. Przynajmniej na moich ustach - zdaję sobie sprawę z tego, że naturalna barwa warg ma ogromne znaczenie przy takiej żelowej formule (moje niby nie są jakieś intensywne, ale to nie pierwszy raz, gdy wyraźnie fioletowa pomadka na moich ustach okazuje się być bardziej różowa). 


Żeby nie było wątpliwości - taki obrót spraw jak najbardziej mi odpowiada, jestem w Magencie zakochana na zabój. Swatch Mad For Magenta na ręce jest wyraźnie słabo napigmentowany i różowy. Na ustach diametralnie się zmienia, co jest ostatecznym dowodem, że trzeba samemu się przekonać, jak ten gagatek może koniec końców wyglądać.





Gdy przestałam się przejmować plastikowymi nakładkami, uświadomiłam sobie, że reszta opakowania, czyli srebrny sztyft, jest w miarę elegancka. Jak się ma dobry humor, można ją wręcz przyrównać do Dior Addict Lip Glow. 

Drugim whisperem było Who Wore It Red-er. Tak jak doceniam subtelne gry słowne w nazwach, tak trzeba sobie wytłumaczyć kilka spraw - niby czerwone, a naklejka z oznaczeniem idzie w róż. Ok, wybaczamy.



Swatch na ręce nie ma sensu - u mnie jest różowy, na ustach jest czerwono, ale mniej intensywnie niż wskazywałby na to sztyft. 



Ok, no dobra, swatche na ręce prezentują się tak:


Dupy nie urywa, prawda? Cóż, nic dziwnego, że pierwsze testy w drogerii mnie nie przekonały. Zwłaszcze, że Red-er wydaje się być różowy.

A na ustach Magenta wygląda tak (gratis moje miny; pamiętajcie, że przednia kamera w smartfonie ma dość słabe parametry).


A gdybyście kiedyś się zastanawiały, jak się ustawić do samojebki, żeby w ogóle siebie nie przypominać - zalecam takie ustawienie. Z najgłupszą miną, jaką jesteście w stanie zrobić. 


Samojebek z Red-erem brak, przepraszam za to niedopatrzenie.

Podsumowując: Color Whispery to świetne rozwiązanie dla osób szukających lekkiego acz wyraźnego koloru na ustach. Trwałość, zjadanie się - typowe dla tego typu formuły, więc bez szału, niemniej malowanie się Whisperami jest czystą przyjemnością. Mam na oku jeszcze trzy kolory :> 

Przemogłam się i po kilku latach słonecznego detoksu skusiłam się na opalenie moich bladych członków. Nie uniknęłam przy okazji opalenia ryjka, co jest teraz problematyczne przy podkładach - nie, nie mam awaryjnego pudełka z podkładami na "kiedy się opalę". Z drugiej strony na cholerę mi tapeta, gdy przy 32 stopniach wszystko się topi ;)

Odwołam się tutaj do produktów, które już na blogu się pojawiały, jak i do blogowych debiutantów. 

Zaczęło się, gdy już w zeszłym roku nieśmiało zamarzyłam o opalonych łydkach i nabyłam w Biedrze przyspieszacz opalania Kolastyny. Psikus polega na tym, że tubkę rozcięłam, zanim zrobiłam zdjęcie (klasyczna Olga), a Wizaż twierdzi, że ten kosmetyk już jest "zapomniany". KLIK
W sumie może to i lepiej, bo nabożne smarowanie się tym specyfikiem nie przyniosło żadnych wymiernych rezultatów, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy może przypadkiem biała moja skóra na nogach straciła zdolność do przetwarzania promieni słonecznych (a może wszystkie tak skutecznie odbijała sama z siebie?). 
Jeśli ktoś zna jakiś przyspieszacz, który naprawdę przynosi rezultaty, niech da znać w komentarzu. 

O filtrach doryjnych pisałam już rozlegle tutaj i po roku muszę ciut zweryfikować swoje opinie.
Dax Sun 50 do twarzy - tłusta, biała masakra. Po kilku dniach zauważyłam, że bardzo obciąża skórę. Nie polecam. 
Babydream 50 - niewątpliwie dobry przy ochronie delikatnej skóry dzieci, ale czemu musi tak walić alkoholem? Dla dorosłych też dobry, na twarz tylko gdy nikt was nie widzi, pod makijaż w ogóle się nie sprawdza. 
Avene 50 do twarzy - sam krem w sobie jest super, nawet nałożony w dużej (czyli prawidłowej) ilości nie bieli. Niestety ma kretyńskie opakowanie, które ciężko rozciąć, a kryje w sobie wystarczająco dużo produktu na jeszcze 4-5 aplikacji. Biorąc pod uwagę, że jest to 30 ml, trzeba się zastanowić porządnie nad kupnem (chyba że macie zasobniejszy portfel i takie rzeczy nie spędzają wam snu z powiek). 
Bioderma 50 - też super, miękka tubka, 40 ml, opłaca się przy licznych promocjach.
Moim zdecydowanym faworytem w tym sezonie jest Bielenda 30, która z powodzeniem może być używana przez cały rok. 

W tym roku temat uzupełniam o pomadki ochronne z filtrem.




Pokazana powyżej Nivea Sun Protect z SPF30 - swojego zdania nie zmieniam, esencja dramatu pomadkowego. W sumie powinnam ją wypieprzyć, ale trzymam na wszelki wypadek przy biurku dla skąpego nawilżenia ust. 
L`Biotica, Ochronny balsam do ust SPF 30 - byłam, jestem i będę hejterem tak ściętych aplikatorów. Zwłaszcza, gdy wydobywany produkt jest tak gęsty,  jego rozsmarowanie i tak trzeba dokończyć palcem. Balsam L'Biotiki jest przewidziany na skrajne warunki atmosferyczne, także na wiatr i mróz, stąd pewnie taka formuła kosmetyku. Myślę, że faktycznie lepiej by się sprawdził zimą na stoku narciarskim niż latem - ostatnie, czego wszak trzeba na plaży, to gęsta warstwa tego tłuściocha (osobna sprawa - jak bez zdejmowania narciarskich rękawic go rozprowadzić). Na plus - ładny, smakowity zapach i solidna ochrona (choć mocno wyczuwalna na ustach - co kto lubi). 
Tisane Suntime - skuszona sympatią do klasycznej wersji poczyniłam zakup wersji z SPF30. Nie ma jak się przyczepić do sztyftu, który dość gładko sunie po ustach i zostawia solidną, pielęgnacyjną warstwę o przyjemnym zapachu. Byłabym szczęśliwsza, gdyby ktoś w końcu wymyślił kolorowe balsamy do ust z SPF - Suntime też zostawia taką bielącą warstwę, przez którą wyglądam jak trupek. W sumie najlepsza z całego zestawu.

Filtry do całego ciała - cóż, tu bez rewelacji. Bardziej po kosztach ;)

Soraya wodoodporny balsam SPF10 - przykład kosmetyku, który został wybrany czysto przez przypadek i równie dobrze mogło to być coś innego. Filtry podobno są fotostabilne, dziurka do wylewania nie za duża, przyjemnie pachnie. Ot, totalny przeciętniaczek, który jednak spełnia swoje zadanie.


Drugi filr znowu buchnięty z dziecięcej półki ;) Kolastyna, Dla Dzieci, Emulsja do opalania SPF 50. Prawdę mówiąc zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że jest to jeden z tańszych balsamów do ciała z wysoką ochroną (chociaż to tylko 150 ml). Tutaj zalecam sprawdzić supermarkety - w Carrefourze widziałam go za bodajże 18,50 zł, w drogeriach ceny zaczynają się od 22 zł. Nie maże się, sprawdza się też na twarzy - pod warunkiem, że nie nakłada się go na krem matujący (przepiękne rolowanie gwarantowane).


A jak już człowiek usmaży tego dupsztala, to wieczorem warto go czymś posmarować. Znowu propozycja Kolastyny z zasobów Biedronki i supermarketów: Nawilżający balsam po opalaniu. O, dokładnie taki:



Była to inwestycja za bodajże 8 zł i za tyle można przeboleć składniki zapachowe daleko przed pantenolem, alantoiną i elastyną. Dobrze się wchłania, niestety nie chłodzi, nie zawiera bajerów w postaci jakichś gównianych rozświetlających drobinek

A dla prawdziwych hardkorów król budżetowców, czyli balsam po opalaniu Sun Ozon z Rossmana za całe 4,99 zł. Nie wiem czemu kosmetyk regenerujący po opalaniu zawiera alkohol, ale dobra, przecież nie znam się. Ma lejącą konsystencję i dość długo się wchłania. Producent zastrzegł nawet, żeby uważać przy ubieraniu się, bo może zostawić "trwałe plamy" - żeby było śmieszniej, linijkę dalej możemy przeczytać, że nie zostawia tłustych śladów. Nie wiem jak wy, ale ja tu mam klasyczny dysonans poznawczy. Raczej nie polecam, chyba że budżet macie napięty jak baranie jaja na wiosnę.




Osobna sprawa to wszelkiego rodzaju kosmetyki brązujące do ciała - ale o tym kolejną razą :)
Macie jakieś doświadczenia z kosmetykami pokazanymi wyżej? Lub sugestie, czego warto jeszcze spróbować? Chętnie się dowiem!

Blog Archive

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane lodówka loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek nails narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przechowywanie przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia