Nie pamiętam, kiedy zaczęłam regularnie malować paznokcie, ale za to doskonale pamiętam dramat, jaki towarzyszył mi przy otwieraniu na wpół zaschniętych buteleczek kupionych zaledwie kilka miesięcy - jak nie tygodni - wcześniej.

Wszelkie metody odratowania lakierów się nie sprawdzały, więc postanowiłam coś zmienić w samym sposobie przechowywania lakierów. Najczęściej sugerowanym rozwiązaniem w sieci okazało się być trzymanie naszych drogocennych zabawek w lodówce. Nigdzie co prawda nie tłumaczono, jak chłód wpływa na lakier, ale postanowiłam spróbować.

Jedyna trudność, jaką na początku trzeba przezwyciężyć, to przekonanie współmieszkańców (u mnie na początku rodziców), że nasz pomysł wcale nie jest taki głupi, zamknięte lakiery nie są toksyczne dla żywności (w to cały czas wierzę, ale pewności nie mam), a w dłuższej perspektywie jest to czysta oszczędność.

Uwaga techniczna: ja swoje lakiery trzymam na najwyższej półce drzwi - jest tam nieco cieplej, więc lakiery nie zamarzają i są gotowe do użytku w kilka minut. 

Odpowiedzmy sobie zatem w końcu na pytanie: czy trzymanie lakierów do paznokci w lodóce ma sens?

Moje drogie, na podstawie wieloletnich obserwacji moich lakierów stwierdzam, że owszem, przechowywanie lakierów w lodówce to najlepsza rzecz, jaką możecie zrobić, jeżeli chcecie, by trzymały jakość i konsystencję przez długie - I shit you not - lata.

Warto tu nadmienić, że cudów nie ma. Jeśli nabyty lakier od samego początku sprawiał problemy techniczne w postaci beznadziejnej konsystencji, w lodówce to się magicznie nie zmieni. 

Case study

Przejrzałam specjalnie archiwa bloga, żebys sprawdzić, czy do dziś w lodówce uchowały mi się jakieś starocie. I co się okazuje, pisałam o następujących lakierach naprawdę dawno temu:
  • 2012 - matowy lakier Wibo, antyczne limitowanki z Sensique 
  • 2013 - Essie Sexy Divide
  • 2014 - Essie Braziliant
I wiecie co? Mam je wszystkie do dziś - sprawne w 100%.

Oczywiście można dywagować nad wyznaczonymi przez producenta terminami przydatności kosmetyku w kontekście zachowania nie tylko jakości, ale i bezpieczeństwa użytkowania. Tylko bądźmy szczere - która z Was wywaliła tusz do rzęs, bo minął jej "przepisowy" termin 6 lub jak kto woli, 3 miesięcy? Lub szminkę po - teoretycznie - 2 latach? Nie wspominając w ogóle o wszelkich produktach pudrowych, zwłaszcza gdy w grę wchodzą limitowanki marek ekskluzywnych (zapłaciłaś 230 zł za bronzer o gramaturze 15g, to wiadomo, że wystarczy Ci na najbliższe 5 lat, a wiadomo, że takich rzeczy nie używa się codziennie. Co więcej, masz przynajmniej kilka egzemplarzy!).

Dlatego w tym miejscu zaznaczam, że swoich 5-letnich lakierów używam na własne ryzyko, ale na razie nie zauważyłam, by miały negatywny wpływ na paznokcie.

Pojawia się jeszcze druga kwestia - lodówka ma ograniczoną pojemność, a część dziewczyn pierdolca, co objawia się nałogowymi zakupami (zwłaszcza tych tańszych lakierów, bo w sumie nie szkoda tych 5 zł). W takiej sytuacji jedna skromna półeczka może nie wystarczyć, więc szczerze mówiąc, trzymanie lakierów w lodówce jest dobre dla osób trzymajacych reżim zakupowy bądź potrafiących co jakiś czas pozbyć się kosmetyków ;) Nawet mając 20-30 lakierów ciężko jest się wszystkimi szybko znudzić (zakładam optymistycznie, że 30 lakierów to jest "mało", co dość sugestywnie obrazuje mój stosunek do tej kwestii). 

A jakie są Wasze doświadczenia z przechowywaniem lakierów do paznokci w lodóce?

Dziś bajka o dwóch baaaaardzo zbliżonych do siebie produktach. Biorę na tapetę dwa peelingujące żele do mycia twarzy: jeden to
ziaja.com
Ziaja z linii Manuka, drugi to AA z serii Oil Infusion.

kosmetykiaa.pl
 Przystępujemy do analizy dwóch gagatków bez większych ceregieli.

Cechą wspólną jest: sama idea żelu do codziennego mycia twarzy z drobinkami. Musiałam to dodać dla porządku, proszę mnie nie posądzać o brak rozsądku ;) Konsystencja jest w mojej ocenie zbliżona - ani zbyt stała, ani lejąca, choć Ziaja jest zdecydowanie bardziej "zwarta", co przekłada się również na jej wyższą wydajność.

Różnice zaczynają się dalej. Co osobliwe, żele są skierowane do dwóch różnych typów cery. Ziaja jest skierowana przede wszystkim do cer mieszanych i tłustych, natomiast AA stworzono z myślą o cerze wrażliwej i skłonnej do alergii. Jakby nie było, w tym ujęciu jestem adresatką obydwu produktów.
Warto oczywiście zwrócić też uwagę na różnice w opakowaniach i pojemnościach:  AA to klasyczna tubka 150 ml z wygodnym i niesprawiającym problemów (to się ceni!) zamknięciem. Ziaja to natomiast pojemnik 200 ml z pompką - moja się nie zacinała, ale kto wie, co się wyprawia z innymi.

Zapach: żel Ziai ma charakterystyczny dla całej linii lekki, świeży aromat - mi odpowiada, niemniej na początku może nie przypaść do gustu. AA natomiast nie wyróżnia się pod żadnym względem - ot, coś co ma za zadanie uprzyjemnić korzystanie z produktu i szybko zapomnieć.

Drobinki peelingujące: zdecydowanie większe i ostrzejsze w Ziai, mniejsze i delikatniejsze w AA (skoro do skóry wrażliwej), natomiast jest ich więcej.

I dochodzimy do meritum, czyli działanie: amatorzy obfitej piany będą rozczarowani. Obydwa żele pienią się minimalnie (w końcu jako światłe osoby znające się na składach wiemy, że nie od tego skuteczność oczyszczania zależy).
W mojej ocenie produkty spełniają obietnice producenta pod kątem dopasowania do cery: Ziaja działa zdecydowanie intensywniej, odświeża skórę i nawet lekko ją ściąga po umyciu (uczucie do wytrzymania bądź natychmiastowej eliminacji za pomocą toniku), a ze względu na wspomniane ostrzejsze drobinki można wykonać mocniejszy masaż. Nie należę do osób z zapędami sadystycznymi w obszarze mechanicznych peelingów, dlatego nie testowałam bardzo mocnego tarcia - mam wrażenie natomiast, że żelem Ziai nie idzie sobie podrażnić twarzy.
Odnośnie żelu AA - dzięki zawartości olejku babassu oraz z awokado można się tu doszukać realizacji założeń producenta w kwestii odpowiedzenia na potrzeby cer wrażliwych (wiecie, olejki, więc niby naturalniej, a więc i lepiej dla cery). O tyle wyszło to na dobre, że żel faktycznie zostawia buzię ukojoną - a w moim wypadku to naprawdę rzadkie!

Podsumowując - w zakresie działania jest spoko w obydwu przypadkach, ale ze względu na korzystniejszy stosunek ceny do pojemności, Ziaja wypada lepiej (8-10 zł/200ml) od konkurenta (12-15 zł/150 ml). Należy jednak pamiętać, że osoby borykające się ze srogimi problemami skórnymi nie powinny jednak korzystać z Ziai tak często - co odnosi się do całej instytucji peelingów mechanicznych w ogóle.

+++

Znowu mnie długo nie było, co?
Wiem.

+++

Rok na swoim. Awansowałam. Chyba wychodzi mi bycie dorosłym, a przynajmniej większych fakapów nie ma.
Bhawo Olga!
Pomaltretujmy dziś pewien produkt do ciała... Będzie to słodka zemsta.

Dax Cosmetics, Perfecta, Cukrowy peeling do ciała ujędrniający o zapachu creme brulee

oficjalna strona producenta
Słoiczek o pojemności 225 gram wypełniony brązową breją nabyłam niechybnie w hipermarkecie, dociśnięta kompulsywnym "wydałabym hajs na pierdulet, którego w sumie nie potrzebuję, ale i tak jakoś zużyję". Budżetowe peelingi do ciała spełniają się w tej roli idealnie - poprawiają humor, cała ich egzystencja opiera się na tym, żeby wystarczyć na 5-6 zabiegów i wydawać by się mogło, że w takim produkcie nic nie da się zepsuć.

W jakimże wielkim błędzie ja byłam. Tyle kilometrów przetuptanych po drogeryjnych alejkach, stara a głupia.
Plus dla Perfecty za solidnie zaklajstrowane wieczko - teraz dałabym jednak wiele, żeby standardowo spotykane sreberko przepuszczało zapach. Ułatwiłoby mi to życie o tyle, że po samym aromacie zrobiłabym wielkie "nope" i wybrałabym coś innego. A tak to stwierdziłam "zapach breme brulee? Co można zepsuć w "świecie karmelkowo-waniliowej rozkoszy", jak to ujął producent?". Otóż można spieprzyć i to całkiem konkretnie, serwując klientom cukrowy, niewyobrażalnie przesłodzony ulep. Chociaż na pierwszy rzut oka (węch nosa?) można się było tego spodziewać po - nomen omen - cukrowym peelingu, ale osobie kreującej zapachy kosmetyków Perfecty poleciłabym zapoznanie się z pierwowzorem. Nie trzeba się fatygować do Francji - wystarczy pójść do dyskontu i nabyć którykolwiek z ordynarnych deserów z syropem glukozowo-fruktozowym inspirowanych creme brulee i gwarantuję, że będzie pachniał lepiej (za smak nie ręczę).

Ok, jeśli już ktoś przebrnie przez zapach i podejmie wyzwanie dalszego zapoznawania się z tym cudem, natrafi na dalsze przeciwieństwa losu. Otóż ktoś tu ewidentnie przedobrzył w założeniach: peeling ma nie tylko złuszczać, ale dzięki obecności oleju ze słodkich migdałów oraz macadamia ma także ujędrniać i regenerować.
No nie wiem.
Upakowanie cukru w oleistym, śmierdzącym ulepie okazało się być - w moim przypadku - tragiczne w skutkach. Pragnę na wstępie podkreślić, że samo rozsmarowanie peelingu na wilgotnej skórze i masaż nie należały do utrudnionych - konsystencja tego nie utrudniała, kryształki cukru nie były przesadnie ostre i nie rozpuszczały się szybko. 
Problemem natomiast stawała się niemożebnie tłusta skorupa, która została na skórze po całym tym procederze. Z czymś takim daaaawno nie miałam do czynienia. To nie była przyjemna warstewka nawilżenia, do jakiej przyzwyczaiły mnie inne - także tanie - produkty. Nie, tu mamy do czynienia z regularnym, tłustym i brudnym dziegciem, który trzeba regularnie po prostu zmyć (i to najlepiej dwa razy). 

Wydajność - na całkowicie przeciętnym poziomie, czyli w moim przypadku 6 razy na całe ciało (proszę wziąć poprawkę na fakt, że noszę XL, więc jest co masować, może na mniejszych ciałkach wyjdzie więcej). 

Podsumowując: peeling zasadniczo spełnia swoje funkcje w podstawowym zakresie zdarcia naskórka i wygładzenia, lecz z mojej perspektywy robi to w niesprzyjających okolicznościach potwornego zapachu (który się utrzymuje, co w tym wypadku uznaję za wadę) oraz totalnie nieakceptowalnej, oleistej warstwy. Jeśli ktoś lubi takie przygody, może się skusić na wydanie pieniędzy (źródła mówią między 14 a 19 zł), ale myślę, że o wiele lepszy efekt osiągnie się domowym sposobem (fusy po kawie for the win!). 
Zdarzają się takie dni, gdy seria malutkich smuteczków oraz wkurwików kumuluje się i po osiągnięciu masy krytycznej jedynym sensowym rozwiązaniem wydaje się wchłonięcie na kolację tłuszczy trans oraz cukrów prostych, najlepiej w postaci paczki czipsów lub innych podobnych szitów. 

Tego typu sytuacjom towarzyszy często także zignorowana wcześniej potrzeba umycia włosów tudzież fatalny wysyp dziwnych krost na twarzy upodabniający do ofiar trądu. W wersji hard występuje jeszcze wzmożony pms.
Takie kombo właśnie dziś mnie dopadło i nie ma co kłamać, nawiedziłam sklep osiedlowy celem nabycia stosownych produktów spożywczych pod postacią wspomnianych czipsów, a także masła orzechowego i czekolady, które to miałam plan wykorzystać przy pieczeniu bezglutenowego brownie z ciecierzycy (bo przecież na co dzień trzymam fason, piję craftowe piwa, wpierdalam hummus, a jakieś ordynarne ciasto na mące pszennej to obraza majestatu).
Stoję sobie w kolejce do kasy z artefaktami zła (I regret nothing), rozkminiam po raz setny te same błędy - ogólnie czuję się jak życiowa spierdolina i nawet nie podejrzewam, że wszechświat trzyma jeszcze coś dla mnie w zanadrzu.
WTEM.
W kolejce za mną w kolejce pojawia się przecudnej przystojności koleś - olśniewający niewymuszonym luzem, urzekający zawadiackim spojrzeniem, emanujący magnetyzmem (od którego mogą eksplodować jajniki). W jego koszyka była - oczywiście - jedna jebana sałatka.
A ja wyglądam jak lump i miętoszę te czipsy w rozpaczliwej nadziei, że się zdematerializuję, bo trochę blamaż. I poczułam taki irracjonalny wstyd, jakby mnie ktoś przyłapał na przypadkowym kopnięciu małego kotka lub powiedzeniu zbyt szybko dowcipu o Żydach w towarzystwie, które jeszcze nie wie, że nie miałam tego serio na myśli.
Oczywiście wiem, że jestem jedyną osobą, która miała z tym problem, a cała reszta sklepu, z typem na czele, miała głęboko w dupie, co kupuję.
Niemniej niesmak pozostał.



#TypowaOlga
Achtung, achtung.

W ramach chorobowego wylegiwania się w łóżku postanowiłam pogrzebać w szablonie. Myślę, że jeszcze trochę czasu minie, zanim całość przestanie wyglądać parszywie. Wybaczcie ;)
Po tych wszystkich miesiącach, gdy blogosfera o mnie zapomniała - na moje własne życzenie - niewątpliwie nadszedł bardzo niewłaściwy czas, żeby popełnić... Denko!

Bardzo opornie mi się ostatnio zużywa kosmetyki - mam pootwierane po 3, nieraz 4 opakowania produktu jednego typu. A nawet myjąc włosy (w tej ilości jaką jeszcze posiadam) codziennie, mimo wszystko nie idzie zużyć szamponów, odżywek i masek tak szybko. To tylko jeden z przykładów. 

Beng, zaczynamy!

Maska Kallos Latte z proteinami mlecznymi
zdjęcie za blondhaircare.com




Maski Kallos to ten kaliber wszędobyja co revlonowy Colorstay. Wszyscy je mieli, mają lepsze lub gorsze opinie, nikt nie jest obojętny. 
Wersja Latte kupiła mnie od razu nieziemskim, śmietankowym zapachem - słodycz nie podejdzie wszystkim, ale spokojnie, długo na włosach się nie utrzymuje. Ma rzadką konsystencję, ale nie spływa z włosów. 
Efekty działania na grubych, prostych włosach: totalnie, przeciętnie zadowalające. Może tyle fajnego, że te moje nieszczęsne kudły układały się odrobinę lepiej, niż zazwyczaj.
Można odczuć gładkość, która utrzyma się do następnego mycia.
Czy rekomenduję? Na pewno tym osobom, które nie mają problematycznych włosów ani wydumanych oczekiwań.

Isana Med, Urea szampon

Szampon na miarę wyborców Kukiza - rzekomo tak bardzo pozbawiony potencjalnie drażniących składników, że nic tylko myć włosy i czekać na zbawienie (siebie lub Polski). Faktycznie intensywnie pielęgnuje włosy - moje po dwukrotnym użyciu tego szamponu nie potrzebowały już odżywki. Jak nietrudno się domyślić, połączenie z maską (chociażby powyższym Kallosem) dawało umiarkowanie atrakcyjne skutki wizualne z serii obciążenie i totalny oklap (jak napalony facet, który po pół litra jednak nie może - ten rodzaj smutku). Odniosłam też wrażenie, że szampon średnio radzi sobie z dogłębnym oczyszczeniem włosów z produktów do stylizacji. Akurat nie nadużywam ich, ale przy okazjonalnym wykorzystaniu pianki czy lakieru miałam poczucie, jakby Isana Urea tylko dalej oblepiała włosy. Brrr.
Trzeba jednak przyznać, że czyścidło spełnia dobrze swoją rolę przy łagodzeniu podrażnień skalpu, ale nie polecałabym go do codziennego użytku.

Balea, Oil Repair Shampoo


Moje pierwsze zetknięcie z Baleą, do którego przyczynił się Jeż, to obłędnie pachnący szampon regenerujący z olejkiem arganowym (między innymi). Jeż rekomendował mi ten szampon, bo "pachnie ciasteczkami i robi push-up" - coś w tym faktycznie jest. Uważam to za niesamowite, że w tak taniej tubce upchnięto produkt ryjący banię ciasteczkowym aromatem i istotnie poprawiający kondycję włosów. Nie postawiłabym go oczywiście w jednym rzędzie z biblijnymi cudami, bo moim grubym, prostym włosom niewiele potrzeba, żeby dobrze wyglądały. Niemniej zawsze jestem zdziwiona, gdy po szamponie już nie muszę odżywiać włosów kolejnym produktem. 
Za co jeszcze polubiłam ten produkt? Sprawiał, że moje kapryśne w zakresie układania się włosy były uniesiona u nasady, a także ładnie się wywijały (czekajcie, jak na to mówią włosomaniaczki, "wydobycie skrętu"? :D). 
Ostatnia uwaga - zapach. Słodki, przyjemny, utrzymuje się kilka godzin na włosach. Ale podobnie jak w przypadku Kallosa - podejrzewam, że nie każdemu przypadnie do gustu, a wręcz może męczyć. Ale jeśli lubicie takie klimaty - zachęcam do przetestowania.

+++

Gdy myślę, że po kolejnym ciężkim dniu w pracy już nic mnie nie zdziwi, obrywam ptasim gównem idealnie na środku głowy. For your information: tak, Balea z tym też sobie radzi. 

Wiesz, że masz zapierdol, gdy jesteś zadeklarowaną obsesjonatką pomalowanych paznokci, ale przez tydzień nie masz siły na dokonanie tejże czynności. A gdy już to zrobisz, to decydujesz się na Essie, bo wiesz, że jeden kolor MUSI trzymać się tydzień. 

+++

Iran okazał się być o wiele mniej egzotyczny, niż się spodziewałam. W pewnym stopniu jestem rozczarowana. Ale jak to, ludzie tam żyją względnie normalnie? 
Seriously.

+++

Bo wiecie, to nie jest normalne, żeby za noc w pięciogwiazdkowym hotelu płacić równowartość 50 euro. 

+++

Noszenie namiotów, pardą, czadorów, też z naszej europejskiej perspektywy zakrawa o ekstremum. Myślę, że wzbudzałam politowanie w zwiedzanych szramach, gdy kroczyłam sobie radośnie w tym przyodziewku.
Radośnie. Jak Buka.


Mija pierwszy miesiąc po wyprowadzce od rodziców. Akcję "Olga na swoim" można - póki co - ocenić pozytywnie. 

Miałam pewne uzasadnione obawy co do własnych poczynań. 
- procentowy udział kebabów w diecie nie uległ zwiększeniu (mam słabość do kebsonków i nie wstydzę się tego)
- procentowy udział piwa uległ minimalnemu zwiększeniu z uwagi na mieszkanie z wesołymi ludźmi. czuję się wtedy jak na koloniach.
- nie jem więcej słodyczy. ba! wręcz jem ich mniej, bo z własnej wątłej kieszeni płacić to tak przykro.

Czynności, których wykonanie na razie sprawia mi zbyt duży problem, to oczywiście:
- prasowanie (eee, jak dobrze złożę, to prawie będzie proste i gładkie)
- wstawanie o optymalnej porze gwarantującej spokojne przygotowanie i spożycie śniadania ORAZ lajtowy spacer do pracy (bo wiecie, gwiazdy mi sprzyjają, mieszkam w Warszawie i mam tak blisko do roboty, że nawet nie opłaca się korzystać z komunikacji miejskiej)

Jak się również okazuje, można przeżyć miesiąc prawie nie malując (wiecie, wow, ODKRYCIE). Ale moja wewnętrzna pańcia już domaga się dopieszczenia, tapety, tipsów i futerka w panterkę (takie mentalne tipsy i futerko, rzecz jasna). 

Wierzę też głęboko w to, że nowy laptop zmotywuje mnie skuteczniej do pisania. 

+++

Piosnka dla Was. Tak cudnie optymistyczna. Do porzygu.




Ledwo się wyrabiam na zakrętach.

W kwietniu lecę na wyprawę do Iranu. Będzie trochę śmiesznie, trochę straszno. Specjalnie dla was zrobię research irańskich sklepów, podpatrzę tamtejszą kulturę związaną z urodą i wysmaruję elaborat. Podobno tamtejsze specjalistki od depilacji są prawdziwymi mistrzyniami - zobaczymy.

+++

Skończyłam 26 lat i wyprowadzam się z domu rodziców. Dopiero. Ale na stałe!

Uwaga, nic nie warte przemyślenia:
Musiałam podejść na poważnie do kwestii aktualnego stanu posiadania, zwłaszcza kosmetyków. W lodówce dzielonej na 3 niespokrewnione ze sobą osoby nie upchnę 40 lakierów - to znaczy, może bym i upchnęła, ale wolę z tymi fanaberiami tak nie wyskakiwać znienacka.
Postanowiłam podejść na poważnie również do kredek do oczu. Kolekcjonuje się je przerażająco łatwo, bo zajmują tak mało miejsca i zawsze ma się usprawiedliwienie, że te odcienie jednak się różnią, bo jeden jest ciemny, chłodny i z drobinkami, a ten drugi tylko umiarkowanie chłodny i jaśniejszy.
Wiecie o czym mówię, nie wymigacie się.


+++


Jest możliwe, że przeoczyłyście najbardziej radosny w swej kiczowatości teledysk świata. Niewiele osób może sobie pozwolić na bezkarne popierdalanie w srebrnym kombinezonie.




Doskonale wiemy, że można sobie samemu w domu ukręcić tanim kosztem dobre serum nawilżające, ale powiedzmy sobie szczerze - mało która z nas ma do tego wystarczająco dużo cierpliwości.

Ok, pisząc "mało która" miałam na myśli tylko i wyłącznie siebie (wierząc po cichu, że nie jestem sama). A że serum to w moim przypadku niezbędny element pielęgnacji (zwłaszcza na dzień), regularnie badam temat. Nie będę ukrywać, że poczułam szczególną ekscytację, gdy trafiłam na polską markę Clochee serwującą kosmetyki naturalne. Choć sam temat ostatnio jest wałkowany do porzygu w mediach i blogosferze, postanowiłam wypróbować kilka kosmetyków, w tym między innymi Serum silnie nawilżające. 
Zastanawiałam się na początku, czy dobrze postępuję, gdyż jest to produkt skierowany do cer normalnych i suchych. Po wpadce z serum ANR z Estee Lauder skonsultowałam się z właścicielkami Clochee i poprosiłam o próbki - dostałam ich aż w nadmiarze, dzięki czemu moje wątpliwości zostały rozwiane. 

Zasadniczo serum "nawilża, widocznie poprawia napięcie skóry, wygładza, łagodzi podrażnienia" (za informacją ze strony). Skład: prosty jak budowa cepa (ale chyba działającego): Aqua, Glycerin, Hydrolyzed Sodium Hyaluronate, Sodium Hyaluronate, Aqua (and) Hydrolyzed Corn Starch (and) Beta Vulgaris (Beet) Root Extract, Sodium Dehydroacetate. 



Pomijając profesjonalnie i ślicznie zapakowaną paczkę, pierwsze, co rzuca się w oczy, to eleganckie, szklane opakowanie o pojemności 30 ml z pipetą i gustowna etykieta. Po prostu klasa.



Ale, ale! Jak wiemy z komedii romantycznych, "liczy się wnętrze".

Serum na żelową, płynną konsystencję (bardziej typ gluta, niż lotionu) - świetnie się rozprowadza, szybko wchłania, jest niesamowicie wydajne. Zapachu nie odnotowałam. Przy stosowaniu codziennie rano i czasem wieczorem, flaszka o pojemności 30 ml wystarczyła mi na 5 miesięcy - konkret, nieprawdaż?

Kluczowa kwestia, czyli działanie: muszę tu zaznaczyć, że w zależności od dnia serum różnie działało na moją skórę - niestety nie udało mi się zdefiniować, czy na taki stan rzeczy miała wpływ nakładana ilość, metoda nakładania (wklepywanie, rozsmarowanie), bo za każdym razem było totalnie inaczej. W większości przypadków odczuwałam od razu ulgę i nawilżenie, ale zdarzały się dni, gdy serum niekomfortowo napinało skórę - tych było zdecydowanie mniej.
Co równie ważne, serum Clochee bardzo dobrze współpracowało ze stosowanymi przeze mnie kremami matującymi - w efekcie tego nie pamiętam, aby choć raz przydarzyło mi się "rolowanie" kremu lub, nie daj Odynie, podkładu.

Mam pewne obawy, iż serum może się nie sprawdzić w przypadku cer mocno przetłuszczających się. Można się również, rzecz jasna, zżymać, że podobny kosmetyk można stworzyć samemu. Owszem, da się. Ja jednak doszłam do tego etapu w swoim życiu, gdy wolę zapłacić za to komuś innemu, otrzymać esetetyczny i przebadany produkt, amen.
W sklepie internetowym Clochee regularnie zdarzają się promocje - zaiste, warto z nich skorzystać i zapoznać się z tym gagatkiem.

+++

Im więcej piszę w pracy, tym mniej pewnie czuję się pisząc dla siebie, a docelowo dla Was. Korekta powyższego, skandalicznie krótkiego, tekstu zajęła mi dwa tygodnie. Auć. Nie jestem z siebie dumna. 
Nie lubię tego parcia na podejmowanie noworocznych postanowień, bo doskonale wiem, że nic mi nigdy z nich nie wychodzi.

ALE.

Bardziej dążę do tego, by podejmować takie decyzje, których potem nie będę żałować.

I to, moje drogie Panie (a może nawet i Panowie), udało mi się w tym toku wyśmienicie - przynajmniej w tej krótkiej perspektywie. Jestem z siebie cholernie dumna, że mogę rano spojrzeć sobie w twarz - pomijając, rzecz jasna, obrzydzenie i szok estetyczny związany z własna szpetotą, ale cóż, powiedzmy, że jest to rzecz do przepracowania w kolejnym roku. 

Nie podoba mi się tylko fakt, że blog taki zaniedbany. Ale to za rok zobaczymy, co z moich decyzji wyjdzie.

Świąteczno-sylwestrowy cmok w czółko dla Was! :*
Poszukiwania dobrego kremu na dzień chyba się zakończyły - ale byłoby zbyt pięknie, gdyby popełniona poniżej recenzja wyczerpywała temat dostatecznie. 
Po krem matująco-nawilżający dla cery mieszanej od AA sięgnęłam z trzech powodów - obiecywano dobry balans nawilżenia i kontroli sebum, podobno zawiera filtry i był w promocji (a ja potrzebowałam kremu "na już"). 
Czy pochopne zakupy dały radę? Zapraszam do dalszej części recenzji :)

Patrzcie, jak się postarałam, nawet zrobiłam własne zdjęcia. Brzydkie niesamowicie, ale są. Szaleństwo!



Na plus warto odnotować pancerne opakowanie kremu - zafoliowany kartonik, a jakby komuś było mało, to na samym słoiczku była dodatkowa zabezpieczająca plomba. I folia pod wieczkiem, o ile dobrze pamiętam. 

Spodziewałam się, że produkt dla cery mieszanej będzie miał lekką konsystencję - tu się zdziwiłam, bo AA zaserwowało kosmetyk dość gęsty, który ku mojemu zdziwieniu dobrze się rozsmarowywał i szybko wchłaniał, zostawiając lekki, aksamitny film na twarzy - rzecz do przeżycia, jeśli ktoś nie ma paranoi na punkcie wchłaniania się do matu. Zapach - hm, dość intensywny, w moim odczuciu przyjemny, kojarzy mi się z letnimi kosmetykami przeciwsłonecznymi (w dobrym tego słowa znaczeniu).



Wszystko dobrze, tylko teraz przechodzimy do efektów działania... Krem ten z założenia ma być produktem na dzień i na noc dla skóry mieszanej - ja stosowałam go tylko na dzień. Podstawowy problem tego mazidła polega na niedostatecznym działaniu w obydwu aspektach - matuje i nawilża, owszem, ale niewystarczająco. 
Kompleks DryMatt reguluje aktywność gruczołów łojowych, dzięki czemu ogranicza produkcję sebum i niweluje błyszczenie się skóry. 
Do składników tajemniczego kompleksu dotrą tylko biochemicy zaprawieni w bojach. Z mojej perspektywy gruczoły łojowe nie zostały dostatecznie "przykręcone", w związku z czym skóra błyszczała się zupełnie tak samo, jak po niezastosowaniu kremu. Z nawilżeniem jest jeszcze dziwniej - gdyby nie dodatkowe serum, szybko bym sobie przesuszyła policzki (dlatego na pewno nie jest to dobry krem na noc). 

Mimo tych małych upierdliwostek podkłady wszelkiego rodzaju, zwłaszcza te ciężkie i kryjące, nie spływają z twarzy posmarowanej kremem AA - niech będzie zatem drobny plus. Nie odnotowałam również negatywnego, długotrwałego wpływu na stan skóry. 

Pomimo szczerych chęci nie jestem w stanie wycisnąć z siebie więcej na temat tego kremu. Klasyk tematu - po prostu jest poprawnie, bez szaleństw w żadną stronę. 

Myliłam się. Moje życie uczuciowe jednak jest jedną wielką porażką. Ciężko tu cokolwiek dodawać - na pocieszenie mam chociaż tyle, że moje włosy lśnią jak pojebane. To zawsze dodaje życiowego animuszu.
Mam opadający łuk brwiowy, 25 lat i dyplom wizażysty. Dopiero teraz mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że potrafię narysować na powiekach dwie w miarę proste, eleganckie kreski, których estetyka nie przypomina wykresu elektrokardiogramu.

Ciągle inwestuję w rozwój własnych umiejętności i mam nadzieję, że przed trzydziestką dotrę do takiego poziomu, że owe ładne dwie kreski zaczną być do siebie podobne.

+++

Najlepsze uczucie dla uzależnionego chomika walczącego z nałogiem - doprowadzić do sytuacji, gdy wykończy się kosmetyk danego typu, nie mieć następnego w zanadrzu i móc pójść z czystym sumieniem do sklepu. W roli głównej tego sukcesu - peeling do ciała.

+++


W pierwszym wpisie na temat Benefitu dałam upust swoim frustracjom jak i zachwytom, jakie generują we mnie kosmetyki rzeczonej marki. Śmiesznym trafem opisałam aż 8 kosmetyków w dwóch kategoriach. Teraz mogę spokojnie opisać całą resztę, z którą miałam do czynienia. Bez zbędnego przedłużania zapraszam na swobodny, nieposkromiony potok myśli Olgi G. 

Miniatura They're Real przybyła do mnie całkiem niedawno z Glossyboxem, choć z samą maskarą miałam już kilkakrotnie wcześniej do czynienia w szkole i podczas bezczelnego testowania w Sephorze za czasów pracy w galerii handlowej. Szczerze mówiąc, nie miałabym obiekcji, gdyby miniaturyzacja mojego egzemplarza objęła także szczoteczkę, a właściwie szczotę - zabójcze bydlę nastręcza niemało kłopotów na początku, w dodatku włoski są ostre i nie uginają się. Moje oczy nie są szczególnie wrażliwe (cóż, to chyba tylko kwestia czasu), a mimo to kilka razy dziabnęłam się w nie dość dotkliwie. 
TR słynie z także z fikuśnego, specjalnego czubka szczoty, którym można podkreślić trudno dostępne partie rzęs. Sztuka ta nigdy mi się nie powiodła, albowiem rzeczony czubek jest zawsze ufajdany w produkcie (może w pełnowymiarowej wersji jest magiczny zaworek odprowadzający nadmiar maskary? let me know!), a ja sama też nigdy nie poczułam szczególnej potrzeby dziabania się tym ustrojstwem (kto wie, może to resztki instynktu samozachowawczego).



Jak już się przezwycięży strach przed szczotą, przychodzi czas na refleksję "ale o co tyle krzyku?". Jeśli mam czas na machanie i staranne wyczesywanie dwóch warstw maskary, jestem w stanie wyciągnąć maksimum możliwości z moich idealnie przeciętnych rzęs. Pisząc "maksimum" mam tu bardziej na myśli wydłużenie i umiarkowane pogrubienie, aniżeli zagęszczenie (o podkręceniu można zapomnieć). 
Na pewno na plus They're Real można zaliczyć fakt, że nie skleja rzęs i nie tworzy klumpów. Mamy tu wręcz chirurgiczne rozdzielenie rzęs i wydłużenie ich - ale taki efekt wymaga cierpliwości. Jeśli dokładnie tego potrzebujecie od maskary i w dodatku macie rano 10 minut na same rzęsy - polecam.

Osobną kwestią jest już sama trwałość - tak jak do kruszenia u mnie nie doszło, tak niestety odnotowałam skłonności do malowniczych, czarnych potoków sunących po policzkach. Żeby było ciekawiej, do owego rozmazania doszło u mnie raptem po dwóch czy trzech łezkach spowodowanych atakiem (niemal) gruźliczego kaszlu. Jak używam maskar od gimnazjum (CZYLI MATKO BOSKA, JUŻ 10 LAT), tak nie pamiętam takiej sytuacji (mówimy o rozmazywaniu się od byle czego, nie o kaszlu). A jak się człowiek popłacze i zamieni w wielki test rorschacha, to nowo powstałych plam nie idzie usunąć po dobroci chusteczką. Naprawdę niesamowita właściwość.
Łączy się z tym inna cecha. Zauważyłam ze smuteczkiem, że maskara ma tendencję do ulatniania się. Jest to ciekawe zjawisko - maskara jakby wyparowuje w ciągu dnia z rzęs, ale czyni to bez śladu na policzkach (co ma swoje zalety). To, co zostanie do wieczornego demakijażu, w starciu z micelem lub dwufazą robi "no pasaran" i rozmazuje się szpetnie i/lub zostaje w najdziwniejszych zakamarkach oka, aby cieszyć nas pandą po umyciu twarzy wodą. Upierdliwość demakijażu jestem w stanie zaakceptować do pewnego określonego momentu - niestety benefitowa maskara wystawia moją cierpliwość na ciężkie próby, którym chyba dalej nie podołam.

Nie ma co ukrywać ukrywać - maskara srodze mnie rozczarowała, ale potrafię dostrzec jej (nieliczne) zalety. Na pewno świetnie się sprawdzi na sesjach zdjęciowych (pod warunkiem, że kontroluje się temperaturę).
Osobna sprawa, że z biegiem czasu polaryzuje się moje stanowisko w kwestii maskar - jest to produkt tak kapryśny, że nie widzę większego sensu inwestowania weń więcej niż 50-60 zł. Podsumowując: w moim mniemaniu They're Real jest maskarą przesadnie wyhajpowaną, a jakością nie prezentuje nic nadzwyczajnego, czego nie dadzą tusze Yves Rocher lub Max Factor. Jeśli ktoś ma ciśnienie na drogie tusze, polecam podstawową wersję Double Wear od Estee Lauder. 


Co jeszcze zostało do opisania?

Śmieszna, mała kredka High Brow. Jest to kolejna rzecz, którą regularnie podkradam mamie - prawdopodobnie bardziej praktycznie byłoby kupić sobie własny egzemplarz. High Brow dedykowana jest do użytku na łuku brwiowym, ale nie ma przeszkód, by używać jej w innych miejscach potrzebujących rozświetlonego zaakcentowania i wymodelowania (przykładowo łuk Kupidyna).



Fakty są takie, że definiowanie rysunku brwi poprzez modelowanie łuku brwiowego nie jest wybitnie trudną sztuką - ale należy do mało popularnych, wręcz nieznanych technik (czytelniczki blogów kosmetycznych będą w tej chlubnej mniejszości). W związku z tym oferta dedykowanych produktów jest niezwykle uboga - wiem, że jeszcze Catrice ma podobny wynalazek (takie sprzężenie zwrotne). Doskonale rozumiem te wszystkie kobiety, którym nie chce się bawić w kredki, tylko przejadą jasnym* cieniem aż po same brwi i są zadowolone. Ja jednak jestem całym sercem za kredką - można wykonać ostrzejszy rysunek, produkt jest trwalszy, a uniwersalny, bladoróżowy kolor ożywia spojrzenie i pięknie się wtapia.
Cena odstrasza, to fakt - 95 zł za kredkę brzmi tak jakoś niedorzecznie. Niemniej jeśli ktoś faktycznie bawi się codziennie w poprawianie łuku brwiowego, to nie widzę innej alternatywy niż High Brow. 
A, sorki. Z uwagi na matowe wykończenie i jasny kolor HB może dawać niekorzystny efekt na osobach charakteryzujących się ciemniejszą i cieplejszą karnacją. Dla nich podobno stworzono High Brow Glow - jak nietrudno się domyślić, wersja delikatnie błyszcząca, idąca podobno w stronę koloru "champagne pink". Ja po pobieżnym macaniu znalazłam tam beż, ale stara jestem, może mam już problemy ze wzrokiem.

*Pół biedy, jeśli ten jasny cień jest matowy lub lekko wpada w satynę, ale nie brakuje też miłośniczek pereł. Nie definiowałabym tej nieszczęsnej perły w kategoriach estetycznego horroru - bardziej stawiam na komedię.


Ostatni bohater tego zostawienia to róż, który już wycofano z produkcji i sprzedaży (powinnam w tym momencie napisać "ku mojej rozpaczy, co ja zrobię, jak za 5 lat skończę obecny egzemplarz?!?! muszę zrobić zapas!").
Cóż, Bella Bamba specjalnie nie podbiła sieci ani blogosfery w przeciwieństwie do kultowej Coralisty. Jako że opisywanie produktu niedostępnego odrobinę mija się z celem, podzielę się ogólnymi wrażeniami z użytkowania benefitowego różu (podobno wszystkie są bardzo zbliżonej jakości, ale nie chcę uogólniać).



Kartonik trzyma się dobrze i jest o tyle praktyczny, że w przypadku upadku na podłogę nie dostanie się spazmów ze strachu o opakowanie (i prawdopodobnie zawartość). Sam produkt, choć sprawia wrażenie ciemnego (ach ten odcień arbuza <3), dzięki idealnej konsystencji (nie pyli!) daje możliwość stopniowania intensywności jak  i zblendowania. Oczywiście duża też w tym rola odpowiedniego narzędzia - ja używam Blush Brush z Real Techniques (który jest i-d-e-a-l-n-y), przy mocniej zbitym włosiu niewątpliwie mogą pojawić się plamy, placki i inne mało urokliwe bohomazy.
Zauważyłam, że Bamba trzyma się lepiej na cięższych, matujących podkładach - co oczywiście nie oznacza, że z lekkiego bb kremu ulatnia się po godzinie, ale wyraźnie blednie. Bella Bamba zawiera połyskujące, złote drobinki, które również dzielnie trzymają się twarzy - ciekawa jestem, jak sytuacja trwałości przedstawia się w przypadku matowych produktów.

W razie wystąpienia przemożnej chętki na róż z Benefitu zachęcam do podjęcia wysiłku, jakim jest wizyta w Sephorze obejmująca intensywnie macanko oraz wypróbowanie kosmetyku na sobie (konsultanci Benefitu sami to proponują - w sensie próbny makijaż, nie macanko - jeśli takowego nie ma akurat w sklepie, wystarczy poprosić osobę z "ogólnego" teamu drogerii). Gdyby nie taki serwis, siedziałabym teraz pewnie średnio zadowolona z Coralisty, na którą pierwotnie miałam ochotę - makijażysta przekonał mnie do Belli (wiecie, typy urody i inne tego typu pierdolety, których jednak ostatecznie nie wolno lekceważyć).

Moja kolekcja róży jest maleńka - już nawet nie chodzi o ograniczony budżet (jeszcze tylko miesiąc!), ale o satysfakcję, jaką daje mi używanie Bamby. Nie będę teraz wyolbrzymiać, tylko podzielę się suchym faktem - to mógłby być jeden jedyny róż w mojej kosmetyczce i byłabym zadowolona (no dobrze, jedyny połyskujący, już się tak nie umartwiajmy i pozwólmy sobie na mat).

I tym oto optymistycznym akcentem pragnę zakończyć moją małą podróż po benefitowym arsenale. Voila!

Jeszcze nigdy nie zebrałam się na podsumowanie marki - ten wpis też nie ma takiego charakteru. Chciałabym jedynie podzielić się wrażeniami z testowania kilku produktów i zdecydowanie odradzić kilka pozycji. Wszystkie zdjęcia produktów zerżnęłam bezczelnie z oficjalnej strony polskiej Sephory, bo jestem leniem i przeróbka fotek przerasta moje możliwości (chociaż pisać mogę).

Mam z Benefitem problem, gdyż kreuje się na markę bliską każdej kobiecie, czemu stanowczo zaprzeczają ceny. O tej sferze oczywiście trudno sensownie dyskutować, bo każda z nas ma inne możliwości finansowe jak i oczekiwania wobec kosmetyków. Kategoria luksusu też obecnie się rozmywa - dla jednych to marki selektywne z drogerii, dla innych małe manufaktury (tu patrzę z utęsknieniem na Fridge).
Trudno jednak znieść ból dupy, gdy patrzy się na ceny benefitowych róży, a potem myśli "hmm, w sumie dopłaciłabym niewiele więcej i miałabym Diora". Jak kiedyś pisałam, kwestia poczucia zajebistości wynikająca z posiadania produktów luksusowych jest bardzo indywidualna, ceny nie zawsze idą w parze z jakością (na ogół jednak tak)*, a w świetle tych rozważań Benefit jest w mojej ocenie odrobinkę schizofreniczny.

Urocze opakowania są po prostu tylko urocze, a nie luksusowe, więc płacąc za wspomniany przykładowy róż w kartoniku można mieć poczucie, że płaci się uczciwie głównie za produkt, a nie ozdobne puzderko, które "jest ozdobą każdej toaletki" <--- sorry, musiałam, ale ta wyświechtana fraza powraca jak mantra przy recenzji niemal każdego produktu kolorowego z wyższej półki. Że niby mam zrobić muzeum, zaprosić koleżanki i kazać im się zachwycać? Lubię ładne przedmioty, ale bez przesady.
Z drugiej strony ten kartonik czy plastik (porządny, ale jednak plastik) sprawia, że odrobinkę rzednie minka tym, którzy potrzebują do szczęścia szkła, złoceń, metalu czy chuj wie z czego tam jeszcze robią te opakowania. W dodatku kartonik ma szansę szybko się popsuć, zedrzeć i zaburzyć nasze estetyczno-ontologiczne szczęście. 

Tutaj dygresja: miałam kiedyś puder w porządnym kartoniku z TheBalm (recenzja nigdy nie ukazała się na blogu, bo jakoś zabrakło mi werwy) i muszę z uznaniem przyznać, że pół roku w mojej podręcznej kosmetyczce nie zrobiło większego wrażenia na rzeczonym kartonie, więc argument za niepraktycznością takiego opakowania odrobinę właśnie mi osłabł. Brawo Olga, że sama sobie przeczysz ;)

Powiem zupełnie szczerze: jestem gdzieś pośrodku, reprezentując typowo polskie kredytowe cebulactwo na dorobku z serii "płacę - wymagam". Czyli nie mam pretensji o koszmarkowe opakowania szminek Golden Rose za 9 zł (bo zawartość jest skandalicznie znakomita), ale kartonik różu za 145 zł nie podnosi mi morale (mam nadzieję, że widać tu, jak się zbijam).

Skoro już popieprzyłam trochę o opakowaniach, to teraz przejdźmy do zawartości. Z tą w Beneficie bywa różnie - są kosmetyki, które uwielbiam, a są i takie, bez których wszechświat byłby odrobinkę lepszy.

No to jazda!

Pierwszy z wesołej gromadki to korektor Boi-ing, o którym pisałam tutaj. Przyzwoitość nakazywałaby wyrzucić produkt, który mam już 2,5 roku, ale z drugiej strony jeszcze sporo mi go zostało, nie podrażnia, więc zostaje. Świetny pod oczy jak i na niespodzianki.

Na kupno korektora Erase Paste, zwłaszcza w odcieniu Medium, sama bym nigdy nie wpadła - był w zestawie miniaturek, który kupiłam sobie już dawno temu. 


Dość długo nie wiedziałam, co z nim zrobić, aż któregoś razu błądząc po rubieżach internetów przeczytałam, że łososiowe odcienie są świetne na sińce pod oczami. Ja debil do tej pory używałam tylko korektorów beżowych i przypomniałam sobie o skitranym gdzieś w szufladzie Erase. To był strzał w dziesiątkę - korektor ma świetną, kremową konsystencję, w porównaniu do Boi-ing jest zdecydowanie wilgotniejszy. Dzięki temu nie roluje się i nie zbija w załamaniach tak bardzo, jak na ogół robią to produkty pod oczami. W sumie mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że w ogóle nie ląduje w załamaniach - ale nie wiem, jak sprawa wygląda u innych dziewczyn (u mnie korektor ląduje na grubej warstwie kremu). Z oczywistych względów kolorystycznych nie użyję go na krostki, ale pod oczami jest zdecydowanie lepszy od Boi-inga.

Swego czasu do zakupów dostałam też miniaturę Stay Don't Stray, który pomyślano jako korektor i baza pod cienie w jednym (że niby taki kompleksowy produkt do oka). W dziedzinie baz pod cienie naprawdę ciężko zrobić na mnie wrażenie (pozostaje wierna Artdeco) i nawet się specjalnie nie zdziwiłam, gdy cienie położone na SDS zwałkowały się po 5 godzinach (hańba). Jeśli chodzi o tuszowanie cieni pod oczami - całkiem spoko dla osoby, która ma małe i umiarkowane problemy w tym zakresie. Jeśli kiedykolwiek przestanę wyglądać po 8 godzinach regenerującego snu jak stara heroinistka, to zamieniłabym Erase Paste na SDS.

Żeby płynnie przejść z korektorów do rozświetlaczy, to teraz słów kilka o Ooh La Lift. Kosmetyk ten określany jest jako "żel rozświetlający pod oczy", którego użycie ma dać efekt 8 godzin snu. Taaa, pierdolenie.


Dobrze, może się rozpędziłam w swojej ocenie. Z żelu jest zadowolona moja mama, która w przeciwieństwie do mnie nie ma sinych worów pod oczami. I takie osoby może zauważą u siebie efekt "wypoczętej, jędrnej skóry". Ooh La Lift w pojedynkę nie poradzi sobie z sinymi areałamai, a nakładanie go na korektor zakrawa już o jakieś szaleństwo. Myślę, że nie zaszkodzi pójść do Sephory, pomacać i sprawdzić, do której grupy się zaliczacie ;)
Warto podkreślić, że na rynku funkcjonuje mało podobnych kosmetyków pod oczy, które by nie były stricte korektorami - a może to ja nie ogarniam (w chwili pisania tego tekstu moja temperatura dobija do 37,5). 

Dość wiekowy jest też mój egzemplarz rozświetlacza Watt's Up!, ale z perspektywy czasu nie żałuję wydanych na niego $$ (promocja poświąteczna w Sephorze zawsze na propsie). Tworzy przepiękną, szampańską, a jednocześnie elegancką taflę na policzkach. Nie ściera się. Pieprzony ideał.


Daje radę również jako cień do powiek. Sztyft jest wygodny w użyciu, choć do rozświetlania łuku brwiowego trzeba nałożyć odrobinę produktu na palec i wklepać - starałam się kilka razy przejechać bokiem sztyftu po tym małym obszarze i skutki były opłakane (albo za dużo produktu, albo ubrudzone brwi).

Skoro jesteśmy przy rozświetlaczach, to popastwię się nad innymi produktami tego typu.

Pierwszy z nich to niezbyt popularny Girl Meets Pearl (miniaturka o pojemności 7,5 ml). Po zużyciu niemal całej tubki nadal nie wiem, co mam o tym myśleć - troszkę tej perełki jest, daje subtelny blask - chyba aż nazbyt subtelny (do kościoła spoko, ale na imprezę odradzam - zakładając, że komuś się te dwie okazje nie mylą). 

W dodatku ciężko nie porównać koloru GMP to kultowego High Beam - z tą różnicą, że High Beam daje bardziej metaliczny, chłodniejszy efekt. Ponadto oryginalne opakowanie HB może wkurzać - na ściankach zostaje mnóstwo produktu, którego wygrzebywanie jest uciążliwe nawet dla osób zaprawionych w tego typu bojach (miniaturka HB to już w ogóle funkcjonalny dramat).


Obydwa produkty są płynne, więc zgodnie z prawidłami sztuki makijażu (ahaha, sorki) lądują na podkładzie, a pod pudrem, czego skutkiem jest przynajmniej częściowe zmatowienie/zakrycie efektu rozświetlenia. Cóż, ja zdecydowanie wolę widoczną taflę w wykonaniu Watt's Up! i/lub rozświetlacze pudrowe (nie będę w wyjątkiem - Mary Lou Manizer królem jest i tyle w temacie).

Żeby skończyć raz na zawsze temat rozświetlania, zatrzymajmy się na chwilę przy That Gal. Jest to rozświetlająca baza pod makijaż, którą w chwili rozpusty (wyprzedaż w Sephorze) kupiła sobie moja matka i jako główna użytkowniczka produktu była z niego kontenta. Mama dobiega 50tki, pomimo palenia ma skórę w niezłym stanie, ale też ma dość niskie wymagania wobec efektu końcowego makijażu (nie piszę tu złośliwie) i nie potrafiła mi dokładnie określić, co jej się w działaniu That Gal dokładnie podobało. 


Moja niechęć do That Gal bierze się prawdopodobnie z całości moich złych doświadczeń związanych z bazami tego rodzaju - za chuja nie wiadomo, jaki w sumie ma być efekt końcowy i czego się spodziewać. Hasło reklamowe Our silky pink primer takes your complexion from dull to darling! jest nie do zinterpretowania, a mnie teraz nie chce się pierdolić po raz setny o "zdrowym glow". Gdyby ta baza jeszcze chociaż przedłużała trwałość podkładu... Po przetestowaniu bazy koło 15 razy w połączeniu z różnymi podkładami muszę odnotować z blogerskiego obowiązku porażkę na całej linii (jeśli dla kogoś 15 razy to za mało na wydanie wyroku, proszę o stosowny komentarz). Specjalnie dla That Gal ukułam termin BeneBubel/BeneBadziew (chociaż jestem pewna, że ktoś już to kiedyś wymyślił). Pewne pocieszenie można odnaleźć w fakcie, że za to gówienko płacimy tylko 129 zł, a równie beznadziejne bazy z Estee Lauder i MUFE to odpowiednio 145 i 165 ciężko zarobionych złotówek. Nawet jeśli jesteście żonami znanych piłkarzy, to pamiętajcie - nie po to wasi mężowie tyle się nabiegali i napocili, żebyście teraz przepieprzały kasę na kosmetyki, które nie robią NIC (swoją drogą, ironicznie współczuję trochę WAGsom; mają jakieś odgórne, chore zobowiązanie wobec społeczeństwa, żeby zawsze wyglądać perfekcyjnie. niech się taka pokaże publicznie z odrostem lub pryszczem na czole, to tragedia na dwa miesiące). 

Będzie część druga - ale kiedy, to nie wiem :)



* już nie wspominając o efekcie końcowym - nieumiejętnie nałożony kosmetyk wygląda tragicznie niezależnie od tego, czy kosztował 15 czy 150 zł. Just sayin.
Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek to napiszę: mam taki zapierdol w pracy, że w ciągu dnia może ze dwa razy sprawdzę przelotnie fejsa.

I CIESZĘ SIĘ Z TEGO.

Serio.

Powoli chudnę. Moim przyjaciołom też wychodzi realizacja planów większych i mniejszych. Dobrze się zapowiada ta jesień, powiadam wam.

Do blogowania wrócę, jak tylko wejdę na dobre w nowy tryb życia. Czyli pewnie niedługo, bo jedyna rzecz, na którą mogę obecnie narzekać, to niektóre kosmetyczne niewypały ;)


W życiu każdej bambaryły przychodzi moment brutalnego otrzeźwienia - skóra we wrażliwych miejscach robi "no pasaran" i pojawiają się rozstępy. 

W moim przypadku ten moment przyszedł zimą, gdy zobaczyłam nowe rozstępy na brzuchu. Nie jestem w ciąży, a jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności mój tłuszcz zadomowił się na dobre właśnie na brzuchu (tak bardziej niż kiedyś) i postanowił nie ruszać się w inne rejony, np na nogi. 
Tak źle i tak niedobrze. 

Większość moich rozstępów pochodzi z czasów intensywnego wzrostu w podstawówce, czyli sprzed 12-13 lat. Kolejna partia to gimnazjum, kiedy przytyłam. Kolejne pojawiały się pojedynczo na udach i pośladkach. Tak czy siak, wszystkie do dziś zblakły i nawet nie są tak szokująco szerokie i głębokie, jak można by się tego spodziewać. Smarowałam zawsze te rejony produktami ujędrniającymi, nawilżającymi i przeciw cellulitowi, ale bez większego pietyzmu i regularności (w sensie raz dziennie). 
Aż tu nagle bam, czerwone pręgi na brzuchu. W stadzie.



Zdecydowałam, że czas podjąć zdecydowane kroki i po krótkiej rozkmince w drogerii sięgnęłam po skoncentrowany krem przeciw rozstępom marki Palmers. Cóż tu dużo mówić, marka nie jest demonem  eko-sreko naturalności w składach i przynajmniej dla mnie nie jest to poważny zarzut, bo mimo wszystko naturalne ekstrakty dominują na pierwszych miejscach. Zapachy są mocno dyskusyjne - linia kakaowa mi odpowiada, ale znam osoby, które na ten aromat reagują agresją ;) 
Dla mnie sporym atutem przy wyborze była właśnie koncentracja kremu - to nie był czas na popierdółki i jakieś lekkie balsamiki, o nie (sorry Babydream).




Ale do rzeczy.

Miękka tubka zawiera 125 g dość zbitego kremu, który zaskakująco łatwo się rozsmarowuje (można też określić konsystencję jako lżejsze masło do ciała). Wchłania się dopiero po kilku minutach, więc trzeba solidnie odczekać z ubieraniem się. Od razu po użyciu ma się uczucie gładkości i nawilżenia. Przy umiarkowanie regularnym stosowaniu (czasem 2 razy dziennie, czasem raz, czasem nic, taka sytuacja) krem zużyłam w 5 miesięcy.





Nie znam się, ale mimo wszystko skupię się na tych przyjemnych rzeczach ze składu (kolejność pojawiania się, jeśli coś popieprzyłam, proszę o sprostowanie w komentarzu):

  • masło kakaowe, dziwnym nie jest, w końcu od niego nazwę bierze cała seria. ZSK: działanie natłuszczające, nawilżające oraz ochraniające (emolient). 
  • olej kokosowy: a to zdziwko, na opakowaniu nikt nie zająknął się ani słowem. tak popularny, że chyba nie muszę o nim pisać ;)
  • olej palmowy: w żywności to tani wypychacz, którego należy unikać, ale w kosmetykach już tak nie mierzi. podaję za ZSK: działa przeciwzapalnie, odżywczo, przeciwobrzękowo, łagodząco, oczyszczająco, przyśpiesza regenerację tkanek. Wywiera doskonały wpływ nawilżający, natłuszczający, uelastyczniający i wygładzający skórę. Zawiera naturalne antyoksydanty i wymiatacze  (uwielbiam to słowo) wolnych rodników. 
  • masło shea. no też nie mam co dodawać :)
  • olej ze słodkich migdałów. ecospa.pl: Olej ze słodkich migdałów jest bardzo dobrym emolientem, tj. wygładza skórę. Ma bardzo wysokie zdolności nawilżania skóry, szczególnie jeśli jest stosowany systematycznie.Olej migdałowy stosowany jest w leczeniu egzemy, łuszczycy oraz do skóry suchej, swędzącej i podrażnionej. Jest lekki i łatwo wchłania się w skórę dzięki temu chętnie używany jest do masażu.
  • ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej: Wyciągi z rośliny działają silnie antyseptycznie, przeciwzapalnie i ujędrniająco. Stymuluje fibroblasty (komórki tkanki łącznej wytwarzające włókienka białkowe budujące tkankę, np. w skórze) do syntezy kolagenu i elastyny. Wzmagają syntezę kwasu hialuronowego. Roślina ma zdolnośc modyfikowania struktury skóry i warstwy podskórnej. Przyśpiesza gojenie ran, zmienia strukturę blizn, dzięki czemu można je wygładzić i zmniejszyć ich przebarwienie. Wąkrotka (Centella) zapobiega celulitis i hamuje powstawanie zmarszczek.(wizaz.pl)
  • olej arganowy - zdecydowany marketingowy król ostatnich lat, nawet nie będę pisać, że oprócz odmłodzenia o 30 lat zrobi nam aromatyczną kawę. 
  • Olej z nasion krokosza barwierskiego: Zastosowany w preparatach do pielęgnacji skóry i włosów tworzy na ich powierzchni warstwę okluzyjną (film), która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni (jest to pośrednie działanie nawilżające), przez co kondycjonuje skórę i włosy, zmiękcza i wygładza. (kosmopedia.pl) Może właściwości dupy nie urywają, ale "krokosz barwierski" brzmi tak niesamowicie, że od razu mamy +5 do zajebistości od samego przeczytania, a co dopiero użycia w kosmetyku, oh yeah. 

Zostaje nam bardzo ważna kwestia: czy te wszystkie cudowności upakowane razem działają? 
Po swoim sadełku widzę, że tak: dalsza ekspansja rozstępów została zahamowana, a te istniejące zostały wyraźnie zwężone i spłycone. Myślę, że to spory sukces jak na produkt budżetowy (27-30 zł w stacjonarnych drogeriach). 
Oczywiście to moja percepcja i nie wątpię, że dla kogoś innego takie efekty mogą być co najmniej zabawne. Nie będę ukrywać, że mam na swój sposób bardzo małe wymagania - przy obecnej wadze (jak i budżecie) po prostu nie mam jak oczekiwać, że zmiany magicznie znikną, a moja skóra będzie gładka. No kurde, nie ma szans. 
Teraz jestem nastawiona głównie na prewencję i profilaktykę, a wraz z (miejmy nadzieję) oczekiwanym spadkiem wagi może będzie lepiej. Zobaczymy. 


Moja budżetowa epopeja trwa w najlepsze. Jednym z przystanków był sympatyczny krem Ziai - kto ciekaw, co to za gagatek, niech czyta dalej. 

Zaczęło się od mojej zajawki na witaminę C i jej działania poprawiającego koloryt skóry (tu z kolei mam obsesję). Utknęłam w temacie naprawdę głęboko - przerobiłam rozmaite samodzielnie wykonane preparaty dostępne w formie gotowych zestawów na stronach oferujących półprodukty. Z żadnego nie byłam do końca zadowolona - standardowe, w miarę proste w przygotowaniu serum starcza na 10 dni (jak dla mnie to i tak za dużo pieprzenia się, jeśli coś ma się tak szybko zużyć), a kremy mi po prostu nie wyszły (jestem niedojdą) i zraziłam się do tej formy wybielania ryjka ;) Bogatsza w doświadczenia postanowiłam poszukać gotowych kosmetyków (mając jednocześnie w pamięci przestrogi o stabilności witaminy C, a właściwie to jej braku). 

I tak po researchu, pardą, poszukiwaniach zdecydowałam się na wspomniany już na początku Ujędrniający krem na dzień. Seria zawiera jeszcze krem na noc oraz serum nazwane szumnie esencją rewitalizującą. Z tymi produktami nie miałam do czynienia przez moje chorobliwe skłonności do chomikowania zwyciężone tym razem przez zdrowy rozsądek ("ok, cała seria stosowana razem da lepsze rezultat, ale czego jak czego, kremów na noc i serum to Ci Oluś nie brakuje"). Inne składniki aktywne to nasi starzy znajomi: kwas hialuronowy i D-panthenol. Całkowitym nowum była dla mnie hydroksyprolina, która podobno stosowana jest w leczeniu i profilaktyce rozstępów dzięki pobudzaniu syntezy kolagenu i elastyny (jakie to mądre, jejku). 

własne zdjęcie z insta zawsze na propsie

Krem pomyślany jest jako główny instrument w profilaktyce zmarszczek dla osób umiarkowanie młodych (czyli 25+, do której to grupy już się zaliczam, chlip). Ale z oficjalnej strony dowiemy się, że docelowym adresatem jest osoba posiadającą skórę 
potrzebującą intensywnej odnowy – cienka, o niskiej spoistości, zwiotczała, z widocznymi zmarszczkami i przebarwieniami, pozbawiona zdrowego kolorytu i młodzieńczego blasku.
Fiu fiu, powiało dermatologicznym armagedonem. U mnie tak źle nie jest, niemniej profilaktyka ma to do siebie, że utrzymanie pozytywnego stadium jak najdłużej jest łatwiejsze niż dotarcie do niego z gorszej pozycji (i nie chodzi tu tylko o tak oczywiste rzeczy, jak zdrowe zęby czy zgrabna sylwetka). 
Oczywiście wzięłam pod uwagę fakt, że aktywnej witaminy C w kremie za dużo nie będzie koniec końców, ale przecież nie jestem w tej kwestii autorytetem, więc może ktoś ogarniający biochemię potwierdzi, czy "kwas askorbinowy w formie naturalnego glukozydu" jest stabilny - to wytrzasnęłam z opakowania. 

Jako że krem jest przeznaczony do wszystkich rodzajów skóry, miałam pewne obawy co do optymalnego nawilżenia jak i utrzymania produkcji sebum w ryzach. Dlatego zawsze używałam dodatkowo serum nawilżającego, a gdy wyczuwałam, że szykuje mi się bad face day, sięgałam po inny krem stricte matujący. 

Ziaja nie dokonała rewolucyjnego przewrotu w kwestii konsystencji, ale też nie zawiodła - krem dobrze się rozsmarowuje, szybko się wchłania. Zabawne jest to, że początkowo sprawia wrażenie odrobinkę tłustego, by po chwili wchłonąć się do przyjemnej, zdrowo wyglądającej satyny (taki efekt jest u mnie przy cerze mieszanej, nie mam bladego pojęcia, jak to wychodzi przy np. suchej lub bardzo tłustej). 
Spełnione są obietnice producenta w kwestii sprawdzania się jako baza pod makijaż - przetestowałam chyba wszystkie tapety, jakie mam i tak jak jestem daleka od stwierdzenia, że krem przedłuża ich trwałość, tak na pewno jej nie skraca ani nie roluje się. Przetestowałam to solidnie w lipcowych upałach ;) 

Tak jak pisałam, ciężko mi się odnieść do kwestii nawilżenia z powodu stosowania serum, niemniej spokojnie mogę potwierdzić, że krem sprawdził się przy mojej mieszanej cerze. Wiosną bardzo często zdarzało mi się w ogóle nie używać podkładów ani pudrów (bo na kij się malować, jak się siedzi w domu), więc mogłam spokojnie zaobserwować, że sebum produkowało się w takim samym tempie jak przy tapecie (czyli według mnie umiarkowanym). 

To tyle w dość podstawowej kwestii "używalności" produktu. 




Moja cera nie ma wybujałej skłonności do zapychania, niemniej łatwo ją podrażnić. Tutaj krem też spisał się pozytywnie - zero krostek, wągrów i innych nieprawdopodobnych wykwitów lub uczulenia (najszybciej pewnie na kwas askorbinowy). Na KWC jest kilka recenzji osób, którym krem zmasakrował twarze - cóż, cieszę się, że u mnie do tego nie doszło. 

Co z wyrównaniem kolorytu? Tutaj widzę dalszy progres, przy czym regularni Czytelnicy wiedzą, że jest to mój maleńki kosmetyczny pierdolec i nigdy nie stosuję tylko jednej metody przybliżającej mnie do pozbycia się przebarwień potrądzikowych z policzków (a może kiedyś również i blizn, kto wie). Cera jest odżywiona i ma zdrowy blask, to też się zgadza. Nie mogę się wypowiedzieć na temat wygładzenia zmarszczek - na razie mam tylko zaczątki mimicznych od śmiechu, pozostaje mi mieć nadzieję, że synteza kolagenu i elastyny jest tak energiczna, że rzeczone zmarszczki nie zamienią się przed 30tką w bruzdy (biorąc pod uwagę, jakim żartem jest ostatnio moje życie i ile mam dużo okazji do gorzkiego śmiechu przez łzy, nie jest to takie nieprawdopodobne). 

Mogłabym sprowadzić recenzję do nudnego "ogólnie to jestem zadowolona, hehe", ale jeśli mam się do czegoś przyczepić, będą to dwie rzeczy:
1) krem jest solidnie perfumowany - nie jest to aromat uprzykrzający korzystanie, w sumie to całkiem przyjemny, niemniej moim zdaniem zdecydowaniem za mocny jak na kosmetyk hipoalergiczny (utrzymuje się pół godziny). Lubię jak mi ładnie pachnie balsam do ciała czy żel pod prysznic, od produktów do twarzy tego nie wymagam. To chyba zresztą składniki zapachowe są często odpowiedzialne za uczulenia - no serio, całkowicie zbędny feature tego kremu. Jak zwykle proszę o sprostowanie, jeśli się mylę.

2) ktoś troskliwie zadbał również o ochronę przeciwsłoneczną o imponującej mocy 6 SPF w formie filtrów organicznych. z jednej strony to fajnie, że te filtry są (zawsze coś), a z drugiej mam wrażenie, że tak licha ochrona to kolejny zbędny składnik. to już większość podkładów ma wyższy faktor, co nie budzi takiego politowania. 

Ostatnie ważne informacje - tubka jest miękka, po jej rozcięciu w środku zostało mi produktu na raptem dwa zastosowania. Cena wyborna i nie robiąca spustoszenia w portfelu, około 12-14 zł w regularnej sprzedaży, poniżej dyszki w promocji. 

Uważam, że krem ujędrniający z witaminą C jest fajnym rozwiązaniem dla osób o nieupierdliwych (lub umiarkowanie) cerach, zaczynających myśleć o profilaktyce starzenia się skóry. 
Zamierzam teraz sięgnąć po esencję rewitalizującą z tej serii - właśnie się doczytałam, że stosuje się ją po kremie na dzień, co trochę mi nie styka, ale liczę na jeszcze lepsze działanie wyrównujący koloryt :)

Stosowałyście? Byłyście zadowolone? Czy macie doświadczenia z innymi kosmetykami z witaminą C?

+++

Wakacje się kończą, ludzie w końcu odbierają maile, w których krótko, acz treściwie piszę, jakim to cennym pracownikiem mogę się stać. W tym tygodniu mam 4 rozmowy kwalifikacyjne, szaleństwo. 

Gdybym miała się zadeklarować, jakim typem grubasa jestem, zdecydowanie stwierdziłabym, że wyjątkowym. Firmy kosmetyczne nie mają ze mnie w tym zakresie pociechy - do obietnic producentów podchodzę z niemal grobowym entuzjazmem. Nie mam złudzeń, że wszelkiego typu wcieradła odwalą same roboty za mnie, bo gdyby tak było, to rynek produktów wyszczuplających nie pękałby w szwach. 
Największy wkład w bogatą ofertę ma chyba w Polsce Eveline - marka, która w mojej świadomości ledwo istnieje jako producent kosmetyków do twarzy czy kolorówki. Słyszysz "Eveline", bam, widzisz zatrzęsienie kolorowych tubek krzyczących o innowacjach, niezależnych testach i milionie składników. 

Dla utrzymania higieny psychicznej wychodzę z założenia, że przy mojej obecnej wadze skupianie się na walce z cellulitem nie ma większego sensu, natomiast zwracam uwagę na ujędrnianie skóry i zapobieganie nowym rozstępom. 
Powiem wręcz brutalnie szczerze - nosząc rozmiar 44/46 mam wyjebane na mój cellulit. I to nawet nie dlatego, że regularnie widuje go tylko jedna osoba (mój facet), sporadycznie lekarze, a raz do roku randomowi ludzie na plaży. Moja pomarańczowa skórka po prostu nie jest tak straszna, jak można by się tego spodziewać - i za to odpowiada głównie zdrowa dieta oraz ćwiczenia. Bez tego się nie da i taka jest smutna prawda. 

Jednocześnie nie chcę tu demonizować kosmetyków - są potrzebne, uzupełniają działanie ćwiczeń i razem dają wymierne rezultaty, czego jestem przykładem (słabym to słabym, ale jednak). 

To z czym miałam do czynienia z Eveline?

W sezonie letnim namiętnie smaruję się Serum Intensywnie Wyszczuplająco-Ujędrniającym - zamiłowanie do tego produktu bierze się głównie z mocnego efektu chłodzącego, który przynosił mi ukojenie przez cały lipiec. Gdyby nie upały, prawdopodobnie nie nie używałabym go codziennie i nie zauważyłabym, że skóra ud staje się coraz lepiej napięta i gładsza w dotyku (ale to inny rodzaj gładkości niż po balsamie nawilżającym).


Jestem potwornym zmarźluchem, więc gdy temperatura spada, sięgam po Termoaktywne Serum Wyszczuplające, które (jak łatwo się domyślić) ma efekt rozgrzewający. Jestem daleka od zgodzenia się z producentem, że jego preparacik "redukuje złogi tłuszczu", bo to niemożliwe przy tak powierzchownej aplikacji. Efekt rozgrzewający jest bardzo silny, dlatego nie polecam serum jako podstawy do masażu i produktu do body wrappingu. Oczywiście każdy organizm reaguje inaczej i możliwe, że poczuje się tylko lekkie mrowienie. Tak czy siak uważam, że w przypadku tego typu produktów na opakowaniu powinna znaleźć się adnotacja w kwestii smarowania pośladków - o podrażnienie okolic odbytu naprawdę nietrudno (i wspomnienie o niedawnej wizycie w indyjskiej knajpie nagle staje się łagodniejsze). 

U mnie serum przyniosło widoczną poprawię napięcia skóry - zresztą po takim wypaleniu nie ma innej opcji, żeby było inaczej ;)

Sera (taka jest liczna mnoga?) nie pomogły zupełnie w kwestii redukcji widoczności starych rozstępów - ale jakoś mnie to nie rusza. 

Jakie są wasze doświadczenia? Polecacie coś specjalnego z podobnej półki cenowej?

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane lodówka loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek nails narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przechowywanie przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia