O patrzcie, kto tu dziś się przypałętał...
Oprócz mnie, rzecz jasna - jestem zapracowana niczym polscy celebryci niemający czasu na ślub. 
Nie no, tylko nikt mi nie płaci za uśmiechanie się w telewizji. Jeszcze nie. 



Dziś będzie o kredkach z Avonu, nieco mniej popularnych od żelowych SuperShocków. W katalogu można je znaleźć jako "diamentowe konturówki do oczu" - nie lubię określenia konturówka, bo kojarzy mi się z zadaniami domowymi z techniki, więc będę dalej pisać po prostu o kredkach. 

Kredki są wysuwane, na dole mają napisy oraz kolorowe oznaczenia. Dobre i to, chociaż pod względem wygody szukania rano odpowiedniego koloru i tak wygrywają u mnie inne produkty, których całe opakowanie jest kolorowe. 

Przygarnęłam do siebie (już bardzo dawno) trzy kolorki:



Wszystkich kolorów jest bodaj siedem czy osiem. Oczywiście jest jeszcze czerń, zieleń, niebieski. Pamiętam, że chyba jeszcze były limitowane kolory zahaczające o złoto tudzież miedź. Czyli bez szaleństw i fikołków. 

Co zabawne, zamówiłam Smokey Diamond myśląc, że to czarna kredka właśnie (w tym momencie powinien pojawić się mem z "Hobbita" z Thorinem mówiącym "never have I been so wrong). Jestem klasyczną gapą, zamówiłam Smokey, które udaje, że jest szare, a czerń odkryłam kilka miesięcy później przeglądając katalog. W sumie mnie to nie boli, bo mam przynajmniej 5 innych produktów, którymi zrobię sobie czarną krechę - ostrzegam innych :)

No dobrze, to może wytłumaczę, o co chodzi z tym rzekomym diamentem w kredkach. Tajemnicy wielkiej nie zdradzę - to po prostu drobinki. Cały pic polega na tym, że w niektórych kredkach drobinek jest więcej, w niektórych mniej, mogą też rozmaicie opalizować. Skoro dzieje się tak w tych moich trzech egzemplarzach, to w reszcie na pewno też. 


Po wysunięciu sztyfty prezentują się następująco. Lubią ubabrać opakowanie. 
Kredki nie są twarde jak klasyczne ołówki, ale też nie są miękkie jak żelowe supershocki. Przy wysunięciu widocznym na zdjęciu już łatwo je złamać, lepiej wysuwać je maksymalnie na 3 mm. Jeśli macie dodatkową małą temperówkę, to rzecz jasna można je zaostrzyć - od razu jednak zastrzegam, że trudno zrobić cienką, ostro zakończoną kreskę. Ale jeśli gustujecie w grubych krechach i nawet macie cierpliwość, żeby ich końce lekko wycierać patyczkiem - no to witam w domu. W miarę używania można oczywiście zmasterować wyostrzanie przez zużywanie (noo, rymy dziś pierwszorzędne).

Jak to się prezentuje w całej krasie? Popatrzmy. Moja dłoń, sztuczne światło, bez bazy.



Widać tu doskonale, dlaczego napisałam, że Smokey Diamond udaje szary. Owszem, baza jest szara, ale zawiera bardzo dużo drobinek opalizujących na szaro-niebiesko. Brąz z kolei zawiera bardzo mało drobinek i jest raczej chłodny. Ba, na niektórych zdjęciach wygląda wręcz jak mat. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że fiolet opalizuje lekko na złoto.




Jak się ma sprawa z trwałością? Na bazie i cieniach - bez zarzutu calutki dzień. Moje "bez zarzutu" obejmuje "nie odbija się na powiece, ale z drugiej strony po 12 godzinach zaczyna blaknąć".
Bez bazy na moich tłustych powiekach - 4 do 5 godzin (normalka).

Diamentowe kredki nie należą do tych, które sobie ładnie rozetrzemy dla seksownego efektu. Po potarciu:



O, tu innego dnia zrobiłam swatche jeszcze raz przy świetle słonecznym (to był styczeń, więc szacuneczek! :D). 




Na zdjęciach można odnieść wrażenie, że drobinki się osypują... Hm, tego w realu nie zanotowałam. To plus. Na minus leci fakt, że fiolet na powiece wychodzi zdecydowanie ciemniejszy niezależnie od cienia użytego wcześniej (lub też jego braku). Ten typ tak ma i trzeba to zaakceptować ;)

Dostępność: konsultantki lub Allegro. Kredka praktycznie cały czas jest w promocji w okolicach 10-15 zł i taką cenę uważam za całkowicie akceptowalną i do przeżycia. 

+++

Zaszalałam w aptece i poddałam się darmowemu badaniu skóry. Laseczka popstrykała mi tu i ówdzie, nie dowiedziałam się niczego, czego bym już nie wiedziała, czyli przetłuszczenie strefy T i ledwo-ledwo prawidłowe nawilżenie na policzkach. 
Na przetłuszczenie polecono mi olej z ogórecznika, podobno ma pomóc "odtłuścić" twarz z sebum - zainwestowałam 12 zł w sklepie zielarskim i czekam na cud ;) Czy któraś z was ma jakieś doświadczenia z wewnętrznymi środkami na opanowanie sebum? Najlepiej tymi skutecznymi?
/o wiele bardziej wolałabym się odtłuścić całościowo, pfff, problemy pierwszego świata/
Trudno mi określić dokładnie w czasie, kiedy pojawiła się u nas moda na rosyjskie kosmetyki - zwłaszcza te z zakonu ekosreko. Grunt, że akurat ten trend jest godny szerzenia, naśladowania itd. O kosmetykach Baikal Herbals naczytałam się sporo i jak łatwo się domyślić - w końcu poczyniłam zakup. Przyznam się od razu, poleciałam na te wszystkie teksty o bezpiecznych konserwantach spożywczych, braku SLS, parabenów i PEGów. O ekstraktach z ziół bajkalskich w ogóle nie wspominam - która z was by się oparła? ;D

Działo się to pół roku temu, dokładnie w lipcu, kiedy to moja skóra jeszcze dochodziła do siebie po retinoidach, więc zdecydowałam się na całą serię dla skóry suchej i wrażliwej. Dziś już musiałabym lecieć w serię dla tłuściochów i mieszańców ;) Chcę wam dziś opisać dokładnie wrażenia po piance do mycia twarzy (która akurat jest uniwersalna dla każdego typu cery) oraz toniku nawilżającym. 

Swoje kosmetyki kupiłam w sklepie bioarp.pl - załapałam się wtedy na wakacyjną promocję -10%. Ze strony sklepu pozwalam sobie skopiować opisy i zdjęcia producenta. 

bioarp.pl
Pianka do mycia twarzy o wysokiej zawartości biologicznie aktywnych ekstraktów z ziół bajkalskich. Delikatnie oczyszcza skórę nadając jej promienny i świeży wygląd.   Wygładza skórę, łagodzi stany zapalne, i zaczerwienienia, normalizuje „oddychanie” skóry. Dzięki roślinnym składnikom aktywnym zapobiega odwodnieniu, poprawi funkcję ochronną skóry, da uczucie czystości i komfortu.  

Cóż tu dużo mówić, nie mam fetyszu pierdyliarda składników aktywnych w produkcie do mycia twarzy, ale skoro już są, to przecież nie będę narzekać ;)  Na drugim miejscu w składzie mamy lukrecję uralską, która w dużym skrócie ma nam uspokoić wszelkie podrażnienia - dla mnie było to wówczas szczególnie ważne, bo moja twarz reagowała zaczerwieniem na absolutnie każdy środek do mycia (wiadomo, woda też robi swoje, ale żeby aż tak?). Po piance podrażnienia były zdecydowanie mniejsze i szybciej ustępowały (nie pamiętam, żeby szczypała po dostaniu się do oka, ale to też w wielu wypadkach indywidualna reakcja)
Flaszka rzeczonej pianki zawiera 150 ml produktu i wystarcza na na... na długo. Stała w mojej łazience pół roku jako główny czyścik - wiadomo, czasem zdarzało się umyć twarz czymś innym. Pewnie wystarczałoby na dłużej, gdybym stosowała tylko jedną porcję (jedno pompnięcie) - ale ja jestem człowiekiem przesadnym i lubiłam sobie wrzucić na dłoń dwie. Warto dodać, że pianka nie czyści do "piszczenia" skóry jak np. lushowe Fresh Farmacy lub typowe produkty przeznaczone do cery tłustej (w końcu jest przeznaczona dla każdego rodzaju), co na początku może wywołać wrażenie niedostatecznego oczyszczenia. Bardzo zresztą mylne - pianka wyśmienicie radzi sobie ze zmyciem makijażu (podkład, puder, róż, oczu nie uwzględniam). 

Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić w wypadku pianki to dość opornie pracujący mechanizm pompki - wciśnięcie jej jednym palcem było dość ciężkie. Moje wspomnienia z innych pianek, z jakich korzystałam kilka lat temu, były zdecydowanie "lżejsze" pod tym względem ;) 

Podsumowując - bardzo dobra rzecz w przyjaznej cenie 25 zł. 





Tonik nawilżający do twarzy o wysokiej zawartości biologicznie aktywnych ekstraktów z ziół bajkalskich, delikatnie oczyszcza skórę twarzy, zmiękcza ją. Daje uczucie komfortu i nawilżenie na cały dzień. Dzięki roślinnym składnikom aktywnym tonik przywróci naturalne Ph skóry, poprawi jej koloryt i przyniesie ukojenie. Nie zawiera parabenów i PEG.
Muszę się przyznać - przez blisko 2 lata nie stosowałam toników. Zrezygnowałam z nich rok przed retinoidami - tylko zaogniały dramatyczną sytuację na moim ryju opanowanym przez trądzik (ile emocji, prawie jakbym relacjonowała na żywo wydarzenia z Bliskiego Wschodu). Dziś już oczywiście wiem, że źle dobierałam kosmetyki do ówczesnych potrzeb, ale pfff, tego nie zmienię. 
Flaszka nawilżającego toniku do skóry suchej i wrażliwej liczy sobie 170 ml, jest przezroczysta i ma "wyciskany" dziubek (radość dla wszystkich, którzy łamią paznokcie na klapkach i dziwnych zatrzaskach). Tonik, jak to tonik, ma wodną konsystencję i ledwo wyczuwalny, acz przyjemny aromat, którego wam niestety nie przybliżę, bo jestem totalna dupa w kwestii określania zapachów. Podobnie jak w przypadku pianki, tonik ma łagodzić podrażnienia i dodatkowo nawilżać. Wywiązuje się z tego na tyle dobrze, że czasem zdarzało mi się wieczorami kminić w łazience "Olga, czy ty już użyłaś kremu na ryj czy nie?". Oczywiście sam tonik kremów i reszty smarowideł nie zastąpi, wiadomo, ale redukuje uczucie ściągnięcia bardzo skutecznie. Jak widać, produkt jest jest super wydajny - wykończyłam go w tym samym czasie co piankę. 
Muszę tutaj zaznaczyć, że na przestrzeni kilku miesięcy potrzeby mojej skóry zmieniły się - dalej potrzebuje nawilżenia, ale już błyszczy się w strefie T. Tonik rzecz jasna nie pomógł mi zmatowić cery, skoro jest przeznaczony do innych rzeczy (to takie oczywiste, ale wolę zaznaczyć na wszelki wypadek). 
Cena też jak najbardziej przyjazna, bo tylko 20 zł. Teraz pewnie skusiłabym się na tonik matujący :)

Mam jeszcze dwa kremy z tej serii - nawilżający na dzień i odżywczy na noc. Chciałabym o nich wypowiedzieć się równie entuzjastycznie co o piance i toniku, ale nie za bardzo mam ku temu powody. Moc działania kremów oraz moje oczekiwania zupełnie się rozjeżdżają - krem nawilżający jest dziwnie lekki, ale z drugiej strony łatwo z nim przesadzić i błyszczenie się gwarantowane. Odżywczy z kolei jest za ciężki. A mówimy tu o kremach dla skóry suchej, które stosowałam, gdy faktycznie potrzebowałam silnej dawki nawilżenia. Może ktoś mądrzejszy ode mnie wytłumaczy ten fenomen :x

+++

Pierwsze dwa tygodnie kursu wizażu za mną. Zdecydowanie muszę poćwiczyć sprawność ręki - na zajęciach z rysunku moje jałko wyszedł zdecydowanie najbardziej pokracznie :x


Nazbierało się tego przez 2 miesiące. I w końcu jest coś z kolorówki, co by nie było tuszem do rzęs - rozpiera mnie duma! Zapraszam, rozsiądźcie się, bo będzie długo i niekoniecznie na temat (ale to już niektórzy wiedzą).

Kminiłam nad kategoriami, kminiłam, aż wykminiłam. Są pewne kosmetyki, co do których nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń, nie budzą we mnie silniejszych emocji - czy to złych, czy dobrych. Takie trafiają do mojego kosmetycznego friendzone. Większość sprezentowanych tu produktów właśnie jest w takiej strefie - inaczej poświęciłabym im osobną notkę piejąc z zachwytu lub dysząc z wściekłości. Wiem, że za często powtarzam argumenty z serii "och, gdyby nie ta cena" - no niestety, jak już wydaję te moje ciężko zarobione monety (niestety nie miliony), to ciężko się powstrzymać przed uczuciem niesmaku, a czasem wręcz zażenowania (czy to wtórnego "na co ja wydałam kasę" tudzież "Jezus Maria, kto inny to kupuje"). Na temat ilości wydawanych na kosmetyki pieniędzy powiedziano i napisano już tyle razy (w tym ostatnio przy przykrej aferze związanej z wywiadem blogerki na pewnym portalu), że nie pozostaje mi nic innego jak zaznaczyć wyraźnie - mnie interesuje tylko i wyłącznie mój budżet i moje zachciewajki (to tak na wypadek, jakby komuś chciało się wytknąć, że potrafię kupić fancy krem za prawie dwie stówy, a 2 tygodnie potem pisać, że micel/50 zł czy lakier do paznokci/30zł to przesada).

Ale, ale. Przejdźmy do meritum.

Sproszkowana spirulina - moja kupiona na e-naturalne, ale rzecz jasna można ją dostać w innych sklepach z półproduktami. Ma wiele zastosowań, ja swoją zużyłam głównie jako maseczka do twarzy. Proporcje zawsze na oko, rozwadniałam wodą termalną lub hydrolatem, zależy co było ręką. Fakty są takie: spirulina capi. Jeśli zdarzyło się wam wsadzić nos do opakowania po wodorostach nori do sushi - to jest dokładnie ten aromacik, tyle że gorszy. Na całe szczęście żeby go poczuć, też trzeba się zbliżyć organem wąchającym do pudełka. Przy aplikacji maseczki na ryjek wystarczy ominąć teren pod nosem i problem śmierdzenia się rozwiązuje. Nie mogę też nie wspomnieć o kwestii zmywania - jeśli macie silne nerwy, da się zmyć maseczkę nad umywalką - ale wszystko, co znajdzie się w promieniu rażenia spływającej wody (a nawet dalej), stanie się zielone, toteż ja polecam opcję prysznicową (łatwiej wszystko spłukać na bieżąco, chociaż i tak trzeba uważać, ja do dziś mam zachlapane ślady na białej zasłonce prysznicowej). Tyle logistycznego babrania się - czy warto? Moja japa reagowała dość dobrze na takie zielone akcje - była oczyszczona, odświeżona, napięta. Ale znam też inne sposoby na osiągnięcie takiego stanu bez bałaganu. Plus za niską cenę i wydajność.

yves-rocher.pl

Yves Rocher, żel pod prysznic z olejkiem arganowym - wydajny, tworzy "mięsistą" (o ile to dobre określenie :D) pianę. Pachnie jak świeżo spłukane włosy po farbowaniu - kojarzycie ten smrodek? Na ogół nie spodziewam się po żelach nawilżenia, ale ten jakoś namacalnie pielęgnuje skórę (w sensie balsam i tak jest potrzebny, ale jest lepiej niż po innych produktach do mycia ciała).

Yves Rocher, żel pod prysznic wanilia i cytryna - limitowana, chyba świąteczna wersja. Nie wzruszył mnie pod żadnym względem.





yves-rocher.pl

Yves Rocher, maseczka intensywnie nawilżająca - to akurat bardziej denko z łazienki mojej mamy. Ma lekką konsystencję, nałożona nawet w dużej ilości wchłania się prawie całkowicie (na mojej twarzy). Mama jest z niej zadowolona (skóra wrażliwa, naczynkowa), ja już nieco mniej. Poprzednią tubkę wykorzystałam za czasów retinoidów - moja skóra złaziła płatami z twarzy i liczyłam na odrobinę ukojenia, a ta maseczka niestety tego nie zapewniła. Dziś też nie mogę powiedzieć, żeby moja japa była jakoś szczęśliwsza po tej masce. Podobny efekt mam po nałożeniu grubszej warstwy kremu.





yves-rocher.pl

Yves Rocher, Pianka peelingująca do demakijażu - pozostałość z kosmetyków, jakie "odziedziczyłam" po mamie. Nie wiem, skąd ten twór znalazł się w jej łazience, ale co tam. Sam koncept pianki do demakijażu jest spoko, nawet część peelingująca ujdzie (w takim połączeniu, choć nieco niecodziennym) jeśli myślimy, że ścieranie będzie delikatne, takie w sam raz na porządne oczyszczenie twarzy z solidnej, imprezowej tapety. Tu pada pytanie - czy codziennie się tak szpachlujemy? Mam nadzieję, że nie :D toteż z zużyciem 1/4 tubki cackałam się ponad 3 miesiące. Zdecydowanie nie jest to produkt na co dzień (i na pewno nie do oczu, ale to oczywiste) i można się bez niego obejść.





google grafika
Nail Tek, Krem do rąk "wilgoć z pamięcią" - po udanej znajomości z odżywkami postanowiłam spróbować też kremu. To klasyczny przykład kosmetycznego friendzone - niby wszystko fajnie i prawie na miejscu, ale iskierki szaleństwa nie ma. Co o tym decyduje? Zdecydowanie przesadzona cena (haha, ja zawsze o jednym, ale obczajcie - 14 zł za maleńką tubkę o pojemności 21 g!!!) i zawyżone, rzecz jasna niezrealizowane, obietnice producenta dotyczące wilgoci, która "odżywa" po umyciu rąk (ile razy - tego nie zaznaczono). Faktem jest, że kremik jest po prostu miły w używaniu - tak jak mili są faceci, których lubimy nie tak bardzo, jak oni nas. Dość szybko się wchłania zostawiając aksamitny, absolutnie nietłusty film na dłoniach (2 minuty i można w korpie wrócić do komputera). Jeśli ktoś ma fetysz drogich kremów do rąk (dla mnie to oznacza więcej niż 20 zł za tubkę <tubka rzecz względna, dla niektórych to 50 ml, dla innych 75 albo 100>), to zdecydowanie lepiej wydać kasę na krem z L'Occitane, lepsze to i wystarcza na minimum pół roku.


Olay, Regenerist, Przeciwzmarszczkowe serum ujędrniająco - modelujące dostałam miniaturkę o pojemności 7 ml jako dodatek do gazetki SuperPharmu. Może to jeszcze za wcześnie na takie kosmetyki dla mnie, ale fakt faktem, że dobrze nawilża, ładnie się wchłania. O efektach ujędrniających będę mogła się pewnie wypowiedzieć po 30tce - jak cały czas będę gładka i napięta (omg, jak to źleee brzmi), to znaczy, że działa ;)



rossnet.pl
Soraya, Pięknie Ciało, Balsam do ciała wygładzająco - nawilżający z proteinami jedwabiu `Silk Touch` - przyznajcie się, chociaż raz zatrzymałyście się w drogerii na widok tych słodkich, różowych tubek w kropki. Uspokajam - tubki oprócz tego, że są estetyczne, to w dodatku praktyczne (jak rzadko to dziś spotykane!). Balsam też ląduje w friendzone - jest po prostu spoko. Ma średnio lejącą konsystencję, która mi odpowiada, szybko się wchłania, ma delikatny zapach, który nie przytłacza. Jak łatwo się domyślić, nie zauważyłam wygładzenia większego niż to, jakie funduje skórze odpowiednie nawilżenie. Jeśli kiedykolwiek będę miała na stanie mniej niż 3 balsamy do ciała (uhuhu, Olga, nie szalej z tym denkiem!), to z chęcią zapoznam się z innymi wersjami (pewnie z rozświetlającą, takie rzeczy mnie ostatnio jarają).


kosmeteria.com.pl
Oceanic, AA Ultra Odżywianie, Płyn micelarny do demakijażu oczu i twarzy - o matko bosko. Jeden z tych kosmetyków, które ledwo się wyrabiają na 3, więc tragedii nie ma, ale są wydajne jak cholera i nie kończą się przez 2 miesiące. Tak, wiem, moje niezadowolenie wynika z faktu, że ów micel ma wielkimi wołami wypisane "idealny do skóry bardzo suchej", a ja przecież jestem mieszana. Dobra, moja wina, że nie dobrałam produktu do cery, ale jestem podatna na podrażnienia, więc zwabiła mnie obietnica braku alergenów. No dobrze, przedstawię fakty: z mocnym makijażem oka micel radzi sobie słabo (maskara marze się i osadza w dolnych rzęsach aż miło - a mówię tu o maskarze, na której wypróbowałam przynajmniej 5 innych zmywaczy i wszystkie radziły sobie lepiej). Makijaż z twarzy schodzi nieco mniej opornie, ale ten micel ma tendencję do pienienia się - tak, pamiętam, na bardzo suchej cerze pewnie by tego nie było. A jak się pieni, to i oblepia i nie schnie, więc jeżeli któraś z was, szanownych czytelniczek, należy do frakcji kobiet, którym micel kompleksowo załatwia demakijaż, oczyszczanie i tonizowanie - rozczarujecie się. Ja jestem z tych, które po zmyciu podkładu mleczkiem/micelem i tak myją twarz czymś jeszcze, więc aż tak bardzo mnie to nie boli. Na plus mogę zaliczyć zrealizowanie obietnicy z opakowania - skóra faktycznie nie jest podrażniona (mój ryj pod tym względem jest bardzo dziwny, czasem mycie Cetaphilem podrażnia mnie bardziej niż mikrodermabrazja).


yves-rocher.pl

Yves Rocher, Orientalny peeling do ciała z glinką marokańską miniaturka 30 ml dodana do jakichś zakupów. Dużo tego YR u mnie, co? Przysięgam, to już resztki. Jeśli chodzi o zdzieracze do ciała, to zdecydowanie preferuję te gruboziarniste, najlepiej solne. A tam, cukrowymi też nie pogardzę. Jak na moje oczekiwania oraz zasobność portfela ten peeling jest po prostu za słaby. Owszem, skóra jest mile wygładzona - ale taki sam efekt uzyskam domowymi sposobami. Maseczka z tej serii była już o wiele lepsza :)








Avon, szampon z olejkiem arganowym  - jeśli firmy katalogowe wprowadzają produkty z jakimś składnikiem, to oficjalne - ów składnik, tu olej arganowy, jest już wszędzie, a jak ktoś po drodze tego nie zauważył, to jest w dupie. Po przeczytaniu tylu negatywnych recenzji na KWC zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno używałam tego samego kosmetyku - ja mam dobre wspomnienia. Albo też możliwe, że te recenzje były napisane przez laski z milionem włosowych problemów - a to przetłuszczające się w 3 godziny po umyciu, a to słabe i łamliwe, a to wypadające garściami... Laski - sam szampon takich problemów wam nie naprawi, come on, Anwen nie czytacie? ;D
Och Olga, nieładnie tak pisać. To znowu meritum - klasyczny szampon z sls, olej arganowy gdzieś tam na końcu w składzie. Fakty - ładnie pachnie, dobrze się pieni, ma gęstą konsystencję i jest wydajny. Nie zmyje od razu oleju, który żeśmy sobie nawaliły w niepokojąco dużej ilości wcześniej. Czy nawilża włosy czy je czymś lekko oblepia (w pozytywny sposób) - pewnie to drugie, bo włosy nie "skrzypią" z czystości. Odżywka konieczna, ale w sumie nie wiem, po co to dodaję, bo używam jej zawsze. I nie wiem, jaki szampon robi takie cuda, że już odżywki nie trzeba. 

Bio-Essence, Bio Multi Effect BB Cream - tu się wyjątkowo odwołam do swojej własnej recenzji ;D wykończyłam go ostatnio. Moja opinia pozostaje niezmienna - świetny produkt (i jak widać wydajny, używałam go bardzo intensywnie przez 8 miesięcy). Przy końcu tubki miałam wrażenie, że bb na twarzy zaczynał się nieładnie utleniać, ale zrzucam to już na wiekowość kremu (mam go od września 2011, wszystkie maniaczki sterylności i zużywania jak najszybciej pewnie właśnie mają ochotę mnie uderzyć xD). Moje jedyne nowe zastrzeżenia dotyczą dopasowania do typu cery - od września weszłam w fazę mieszaną (umiarkowaną, ale jednak). Błyszczenie w strefie T pojawiało się o wiele szybciej, niż wiosną i latem, stąd mogę teraz z całą pewnością stwierdzić, że do cer tłustych ten bb już się nie nadaje. 

Uff, jakoś poszło! Teraz z przyjemnością wrócę do tego, co w niedzielę wychodzi mi najlepiej - nicnierobienie. Należy mi się.

czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia