Składam hołd aktualnemu królowi internetów.



Bohaterem - jakby, do jasnej anielki, wygrał wojnę albo coś w ten deseń - dzisiejszego lakierowego wydania jest Sexy Divide ze stajni Essie. 
Kupiłam go trochę bez namysłu rok temu i bardzo się cieszę, bo mam teraz zajawkę na ciemne pazury. Niestety nie jest tak cudny w aplikacji jak inni jego bracia - czasem się smuży jakby chciał normalnie wyglądać, a nie mógł. W dodatku ma dziwną tendencję do wchłaniania wszystkich topów - sam z siebie po aplikacji ładnie błyszczy, dla ochrony i przedłużenia tego blasku kładę topa, a tam co? Nagle tak jakoś się bardziej matowo robi niż błyszcząco. Dziwne rzeczy, nie potrafię tego do końca opisać. 



Serduszka też potrafię dodać, co mam sobie żałować!

Trwałość oszałamiająca - zdjęcia robiłam po 5 dniach intensywnego noszenia (ok, bez przesady, nie piorę na tarze kalesonów, ale dużo stukam w klawiaturę). Na żywo nawet tego minimalnego starcia końcówek nie widać. 
W słońcu wychodzą z niego maciupcie drobinki, chociaż na zdjęciach wygląda na krem. Fanki ciemnych fioletów będą zadowolone. 

jakie ja mam krzywe palce, ło jezusicku

Inne rzeczy warte uwzględnienia - nie barwi płytki, przy zmywaniu nie barwi paluchów. Cenimy to sobie.  

+++

Uprzejmie donoszę, że rum bardzo dobrze sobie radzi w naprawianiu pokruszonego pudru. Nie zauważyłam, żeby po tej operacji produkt na twarzy zachowywał się jakoś inaczej - chociaż ja zdecydowanie nabrałam akcentu przy wymawianiu wszelkich arrrr (taki ze mnie pirat). 

+++

Bardzo, bardzo powoli się ogarniam. Mam mikrodepreszkę po zakończeniu szkoły - nie wierzę, że to już koniec, nie wierzę że zdałam i mam dyplom wizażysty (JA!). Nie żeby to jakoś mnie definiowało, ale brakuje mi jeszcze wsparcia osób, którego znają się zdecydowanie lepiej. 

W związku z jesiennymi porządkami* postanowiłam przejrzeć swoje małe zapasy półproduktów i wymyślić, co zrobić z tymi, na które powoli przychodzi już czas. Z tym wymyślaniem to u mnie słabo, bo choć chęci są, to w sumie musiałabym drugie tyle produktów dokupić, aby uzyskać jakiś fikuśny krem. Gdzieś z tyłu czaszki kołatały mi się myśli o wypasionym olejku do ciała, bo olejki wielbię ponad wszelką miarę. Fascynację pognębiły olejki z Pat&Rub (rewitalizujący kupiła sobie mama i strzeże go zazdrośnie przede mną i próbka rozświetlającego) i słynny cudak z Nuxe. Regularną wersję Nuxe mam, działa mi na twarzy cuda, marzę o złotej. Potem Smyk popełnił wpis o DIY rozświetlającym olejku do ciała. Jedna rzecz doprowadziła do drugiej i powstał Potwór.

Zebrałam półprodukty, które chciałam zużyć, znalazłam małe naczynko żaroodporne, podrapałam się w głowię i zaczęłam działać. Koniec końców z oryginalnego przepisu Smyka wspólnym elementem jest tylko masło shea, które w czystej formie totalnie mi nie podeszło. Co jeszcze wlałam? Resztki oleju kokosowego, oleju z orzechów macadamia, resztki skwalanu, odrobinka zagęszczonego aloesu (to tak żeby bardziej się czuć jak czarownica). Oliwa - najtańsza z Carrefoura (mamy w kuchni mnóstwo różnych specyfików, ale od kiedy przez przypadek wzięłam do smażenia naleśników cudowny olej mojego ojca kosztujący 60 zł za flaszkę, to mam bana na zbliżanie się do butelek, taka sytuacja). Potem się rozochociłam niczym rasowy psotnik i dolałam jeszcze trochę oleju lnianego. Nie miałam odpowiednich olejków zapachowych (ostał mi się tylko pichtowy, ale gdzie to lać do takiego cuda, błagam), więc poszłam po najmniejszej linii oporu niczym Rambo albo inny Chuck Norris  i dolałam waniliowgo (pardon, wanilinowego) zapachu spożywczego (mając nadzieję, że moja skóra nie zareaguje wścieklicą, skoro został zaprojektowany do użycia w żołądku). Na sam koniec zatarłam rączki i zamiast brokatu dodałam miki - cholerstwa są tak wydajne, że nawet gdyby całe przedsięwzięcie nie wypaliło, to nie byłoby szkoda.

Efekt końcowy?

Tytułowy POTWÓR.




Po pierwsze - wiedziałam doskonale, że nie zrobię z tego suchego olejku, ale byłam ewidentnie zbyt hojna w kwestii oliwy. Co się z tym wiąże - mizianie się tym jest przeboskie, niemniej Potwór słabo się wchłania. Stosowanie tego rano jest wręcz niemożliwe, chyba że miałabym godzinę wolnego czasu na paradowanie w samych galotach i schnięcie. A że tak nie jest, to Potwór leci do użytku tylko wieczorem. 

Po drugie - mogłam dodać więcej sztucznego zapachu, bo oliwa i tak uderza w nozdrza jako pierwsza. Potwierdzone, że zapach spożywczy nie szkodzi skórze ;)

Po trzecie - miki są tak drobniutkie, że ich dyspersja (ahaha, mądre słowo, nie?) w roztworze wygląda przepięknie, niemniej końcowo po roztarciu na skórze nic nie widać. Całe rozświetlenie zostaje mi ewentualnie na rękach. Fail po całości :D Dosypałam towaru całkiem sporo, więc jak wpadnę w przyszłości na podobny pomysł, to zaopatrzę się jednak w brokat kosmetyczny. Miało być rozświetlenie, więc poszłam w złota z Kolorówki: sandy browngold earth i 24 karat gold. Jakby ktoś miał wątpliwości, to miki z Kolorówki są w pytkę, obsługa sklepu jest cudowna i rzeczowa, Olga poleca.
Aha, rzecz jasna miki opadają, więc przed smarowaniem się przypominam sobie stare dobre czasy z kursu barmańskiego i udaję, że flaszka z Potworem jest shakerem, no comments.

bling bling
Po czwarte - to chyba masło shea dąży dąży do powrotu do formy stałej, więc przy dłuższym niż 2 dni nieużywaniu wytrąca się specyficzny glut. Należy wtedy cierpliwie produkt ogrzać w ciepłej wodzie i sprawa gluta sama się rozwiązuje (gdyby ktoś miał wątpliwości, to użyłam oleju kokosowego rafinowanego, więc to nie on się wytrąca).

Po piąte - ta mieszanka cudownie i długotrwale nawilża. Spokojnie wystarczy smarować się co drugi dzień wieczorem. Dla kogoś, kto nie miewa weny do codziennego nacierania się jest to rozwiązanie perfekcyjne.

Konkludując - Potwór wyszedł mi upierdliwy i odrobinę niepraktyczny, ale działa. I tego się trzymajmy. Obwieszczam siebie Samozwańczym Najgorszym Krętaczem Własnych Mazideł.
Ktoś jeszcze inny traci czas tak jak ja? Z jakimi efektami?


*poddałam się presji. w sumie każda okazja jest dobra do zrobienia porządków, ale po co się wysilać?
Po wczorajszych przeżyciach z podejrzanie dobrze wyglądającymi zdjęciami Hexx mnie uświadomiła, że miłościwie nam panujący Google wprowadził coś takiego jak autokorekta zdjęć. Pomysł trafiony dla użytkowników widmowego Google+, ale come on, nie po to jestę blogerę okołokosmetycznym, żeby okłamywać czytelników. Jak będę chciała wrzucić fotki swojego ryja po przeróbce, to tak zrobię. 
Prawdopodobnie większość z was już to wyłączyła, ale ja jestem zawsze do tyłu i postanowiłam poratować tych, którzy tematu też nie ogarnęli. Dzięki jeszcze raz dla Hexx za protipa :)

edit: sytuacja dotyczy tylko tych użytkowników, którzy uruchomili swój profil na g+. równie dobrze wychodzi na to, że wyjściem z sytuacji może być po prostu usunięcie tegoż profilu :D dzięki za rozwikłanie zagadki dla Zoili i Seraphase. jeśli coś komuś popieprzyłam, to przepraszam, uwstecznieni technologicznie tak mają. 

edit edita z listopada: shitstorm z ustawieniami trwa cały czas! ja już to przestałam ogarniać, ale potocznie krąży wersja, że Google ustawia domyślnie wszystkim swoim użytkownikom (także tym, którzy nie uruchomili G+) autokorektę. 

Krok pierwszy.
Logujemy się do swojego konta Google (tak, wystarczy przez bloggera tudzież gmaila).

Krok drugi.
Wchodzimy na stronę ustawień konta. Ja np. jestem oporna w znajdowaniu takich rzeczy, więc mych pobratymców informuję, że link wygląda tak: https://www.google.com/settings/plus

Krok trzeci.
Zjeżdżamy na dół (ale nie na sam dół) do globalnych ustawień zdjęć i znajdujemy coś takiego.

Krok czwarty.
Cały pic polega na tym, żeby odznaczyć pierdolnik, ustawienia same się zapiszą. Ta-dam! Takie z was hakery.

Jak zauważyła moja przyjaciółka, taka autokorekta byłaby bardzo przydatna w codziennym życiu (żeby każdy mijający nas człowiek widział nas o 50% lepsze, to brzmi kusząco).

A sprawcą całego zamieszania był drugi post o retinoidach. Z autokorektą był totalnie bez sensu.

Najpopularniejszym wpisem na blogu w jego prawie 2-letniej historii jest biedna fotograficzna dokumentacja moich postępów w leczeniu trądziku Aknenorminem z lutego 2012. Nosiłam się przez pewien czas z edycją  postów na temat samego leczenia, ale że się nie znam, to postanowiłam ich nie tykać - dość dobrze opisują moje doświadczenia. Przyłapałam się jednak na tym, że często w recenzjach piszę o zmianach, które zaszły przez te półtora roku i jak musiałam się do nich dostosować. Pora na posta zbiorczego, który by to ładnie podsumował.

Krótkie wprowadzenie dla tych, którzy nie ogarniają tematu: retinoidy to
organiczne związki chemiczne, kwasowe pochodne witaminy A. Pobudzają wzrost i wpływają na różnicowanie się komórek nabłonkowych oraz zwiększają syntezę glikoprotein błonowych. Retinoidy pobudzają wzrost komórek w warstwie kolczystej nabłonka, zmniejszają spójność komórek w tkance, powodują rumień i złuszczanie nabłonków.
Stosowane do udrożnienia gruczołów łojowych, zwiększania dopływu tlenu do wnętrza skóry. Powodują zanik gruczołów łojowych i rozjaśnienie skóry.
Można je stosować doustnie i powierzchniowo. Są wypisywane na receptę i stosowane pod ścisłą kontrolą lekarza (wizyty co miesiąc, badania krwi co dwa, obowiązek stosowania antykoncepcji). Moja dermatolożka poleciała od razu z grubej rury i zaordynowała mi Aknenormin, który to zawiera izotretynoinę. Nie ma co tu się rozwodzić nad chemią, grunt że wszelkie leki zawierające ten składnik są tak silne, że antybiotyki działają przy nich jak placebo.
Z uwagi na obowiązkowe filtry i problematyczne widzimisie skóry przez okres leczenia pielęgnacja i makijaż były ograniczone do minimum: do mycia i nawilżania buzi Cetaphil lub Physiogel; w kwestii makijażu całkowicie odpadły wszelkie kolorowe kosmetyki do ust (nie pamiętam dokładnie, może jakieś lekkie błyszczyki utrzymywały się dłużej niż 15 minut? pomadki po prostu się rolowały razem ze skórkami). Tylko przy makijażu oka nie musiałam się hamować pomimo tego, że paradoksalnie powieki to jedyny fragment mojego ciała, który pozostał "tłusty" :] Nie doświadczyłam suchości spojówek ani innych podobnych atrakcji.

Moje leczenie przebiegło bez większych ekscesów i skończyło się sukcesem. Oczywiście doskwierały mi typowe dla tego typu leków dolegliwości, z perspektywy czasu ich upierdliwość i dotkliwość oceniam na irytująco średnio-mocną. Mogło być gorzej. Co mi doskwierało?

  • Jej Wysokość Suchość. Usta spierzchnięte jakbym była 3 dni na pustyni bez wody - silne wazelinowe pomadki ochronne dołączane do leku po prostu wchłaniały się w 30 minut. Skóra na rękach i nogach przesuszona jak po olimpijskim basenie. Sebum przestało się produkować też na głowie, co akurat było sporą zaletą - mogłam myć włosy co 3, 4 dni. 
  • Co za tym idzie, pojawiło się złuszczanie naskórka. Najpierw miejscowe, potem z twarzy schodziły mi większe płaty. Nie na tyle duże, żeby np. przy silniejszym wietrze wpadały do oczu, ale widoczne. 
  • Naturalną koleją rzeczy pojawiła się szczególna nadwrażliwość na tarcie. To akurat mi zostało do dziś. 
  • Nie wiem czy mogę zaliczyć tu wzmożoną drażliwość, bo w ogóle łatwo się irytuję. Ale wtedy bardziej - pewnie ze względu na stałą świadomość, że wyglądałam, yyy, naprawdę źle. Tak gorzej niż normalnie (tak w myśl "gdy myślisz, że jesteś już na dnie, zawsze ktoś zapuka od spodu"). 
Podsumowanie tematu w pytaniach i odpowiedziach. Bo tak łatwiej usestymatyzować wiedzę.

1. Czy trądzik wrócił?
A tylko by głupi kutas spróbował. Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że nie miałam żadnych przygód. Przed okresem wyskakują mi malutkie białe krostki, a pryszczy miałam słownie trzy (wychodzi jeden na 6 miesięcy, aż sobie sama zazdroszczę.). Byli to twardzi zawodnicy godni uwiecznienia w pieśni średniowiecznego barda: rośli po kilka tygodni równo we wszystkie strony (znowu moja specjalizacja, czyli pryszcz z dwiema dupami), a ja ćwiczyłam silną wolę. Jednego wycisnęłam (tego perwersyjnego uczucia ulgi nie da się z niczym porównać), dwa zostawiłam w spokoju. Zostały mi po nich blizny - taka sytuacja. 

2. Jaką obecnie mam cerę?
Do końca nie wiem, czy retinoidy zafundowały mi solidnie odwodnioną tłustą cerę czy zamieniły ją w suchą (a to zasadnicza różnica), niemniej sytuacja jest obecnie ustabilizowana na poziomie mieszanej w stronę delikatnego przetłuszczania się w strefie T przez cały rok, zimą mam wysuszone policzki. Po mocnym peelingu zaczerwienienie utrzymuje się dość długo. Z mojej perspektywy nie jest to cera trudna ani upierdliwa w pielęgnacji. Dzięki maskom i kremom produkcja sebum jest utrzymana w ryzach, a przy sprzyjających wiatrach poprawiam makijaż raz dziennie (z czego 90% roboty odwala bibułka matująca).
Ta zmiana cieszy mnie chyba bardziej niż samo rozprawienie się z trądzikiem - jak się przez 10 lat robi za fabrykę smalcu zabierającą pracę w 3 powiatach, to naprawdę można docenić obecny stan rzeczy.

3. Co tam słychać u blizn i przebarwień?
Jako że jestem jeszcze umiarkowanie młoda (ohoho) i moja skóra (w teorii) ogarnia jeszcze dość dobrze samoistną regenerację, to wspieram ją jak się da. Latem było widać, że pomimo filtrów  przebarwienia na policzkach jarzyły się czerwonym blaskiem i zabierały różom zajęcie. Wystarczyły jednak 2 tygodnie bez słońca, żeby sytuacja wróciła do normy, a me szlachetne lico nabrało bardziej jednolitej formy. W planach mam teraz porządne kwaszenie japy - oby nowy naskórek był gładszy, to za te kilka lat może uniknę lasera (kogo ja oszukuję; pozostaje mi tylko sprzedanie nerki na ten laser).

4. Jak długo utrzymywała się spowolniona produkcja sebum po zaprzestaniu przyjmowania leków?
Leki przestałam brać w lutym 2012. Wiedziałam, że całkowite pozbycie się ich z krwi zajmie kilka tygodni, ale nie przypuszczałam, że prawie zerowe obroty sebum utrzymają się faktycznie dłużej. Przez kolejne 6-8 miesięcy ciągle było "sucho" - zwłaszcza na głowie.

5. Czy cała impreza była tego warta?
Zdecydowanie tak. 
Zaznaczam przy tym po raz setny, że reakcja mojego organizmu na izotretynoinę była w miarę spokojna, chociaż po przeczytaniu ulotki spodziewałam się najgorszego. Działania niepożądane zaczynają się na rumieniu, niedokrwistości i bólu stawów, a kończą na zapaleniu jelita grubego, trzustki, wątroby i toksycznej nekrolizie naskórka (jak ktoś lubi poczytać straszne rzeczy przed snem, to zapraszam na pełną listę skutków ubocznych). Proces leczenia nie był łatwy ani przyjemny, ale hej, przemęczyłam się i dziś jest fajnie.

Czy polecam? Jeśli wszelkie inne formy leczenia zawiodły, to warto spróbować. Oczywiście internet pełen jest opowieści ludzi, których stan zdrowia znacznie się pogorszył i nie wolno tego lekceważyć. Z perspektywy czasu myślę jednak, że gdybym była matką hipotetycznego nastolatka, to zastanowiłabym się trzy razy - wiek dorastania sam w sobie to dziwka z wielkim cycem i nie ma co jej prowokować do złego zachowania (jeśli ja w wieku 22 lat, durna niemniej szczęśliwie wyrośnięta z głupoty wieku nastoletniego byłam taka drażliwa i wybuchowa, to nawet nie chcę wiedzieć, jak reagują reaktory atomowe w postaci przykładowej szesnastolatki, która właśnie poszła do liceum. to musi być straszne). 

Dla tych, co mają nerwy ze stali, kilka zdjęć. Zero manipulacji przy obróbce. Proszę docenić (jakiś komitet, dyplomy, może parada?) moją odwagę w pokazywaniu ryja w stanie czystym - to nie jest tak, że jestem tak niemożebnie zadowolona z siebie, że lubię się nim chwalić. Nie, to jest trudne.

No dobra, ukręciłam gifa, bo na początku żadnego sensownego zdjęcia nie mogłam wybrać.



A teraz brutalna prawda. To są zdjęcia z maja 2011, jestem już chyba kilka tygodni po rozpoczęciu leczenia. Mam na twarzy prawdopodobnie filtr i puder. Widać w jakim stanie mam usta? Widać.

edit 5 minut po wrzuceniu posta: odnoszę wrażenie, że blogspot sam z siebie wygładza zdjęcia. serio, to pierwsze jest naprawde hardkorowe, a tu jakieś takie gładkie, jakby ktoś potraktował je blurem. na drugim prawie nic nie widać. piszę to na wypadek gdyby ktoś miał zarzuty, że jakoś hardkoru nie widać. serio, nie wiem o co chodzi. może je wrzucę je zewnętrzny serwer jutro rano? albo przytnę je w innym programie.

edit po kolejnych 10 minutach: dzięki Hexx dowiedziałam się, że Google wprowadził wszędzie, czyli na bloggerze też, autokorektę zdjęć. wszystkie wywaliłam i wrzuciłam od początku.






Zdjęcia robił mój ówczesny całkiem "świeży" facet - jak widać po powyższych rycinach, musiałam go urzec swoją czarującą osobowością i nieprzeciętnym poczuciem humoru, po prostu tym mitycznym "czymś", bo na pewno nie twarzą rozoraną jak ukraiński czarnoziem na wiosnę.

Pozwólcie mi teraz zaprezentować samojebki z września 2013. Niektóre tylko przycięłam, bo ileż można na mnie patrzeć. 
Co się dzieje na Olgi ryju: tonik i krem matujący po 5 godzinach. Zero bibułek, zero podkładu i pudru. Troszkę sebum się narobiło i działa niczym blenda odbijając światło lampy błyskowej. Wnikliwi obserwatorzy dopatrzą się gromadki wągrów na nosie. Przyznam się, nie mam odwagi cywilnej żeby iść na oczyszczanie manualne, a inne konwencjonalne metody na razie zawodzą (może ktoś zna jakiegoś szamana? w kwestii wągrów żadnym zabobonem nie wzgardzę). 



W ramach pielęgnowania swoich neuroz podkreślam świeże blizny po pryszczach. Ta najbliżej oka jest już prawie niewidoczna. A ta tuż nad ustami jest tak chujowa, że aż mi siebie żal. 



 Zoom na policzki... Najpierw lewy i moje pieprzyki układające się w trapez (brakuje jednego na zdjęciu, żeby się kto nie kłócił, że to trójkąt).

te nierozszerzone pory, aż się można wzruszyć
I prawy, moja niegdyś największa zmora.






Ja się jaram efektami leczenia jak szalona. Czuję się ze swoim ryjem na tyle pewnie, że korektor w zasadzie idzie tylko pod oczy (może latem było go więcej, bo stosowałam lżejsze podkłady). To taka specyficzna ulga - mieć pewność, że rozmaitych gości nie ma lub że nie sprawiają problemów większych problemów. Że wzrok osoby, z którą rozmawiasz, nie błądzi po pryszczach robiąc "połącz kropki". Każdy, kto kiedykolwiek miał problemy skórne, nie tylko trądzik, wie o czym mówię. 

A jakie jest wasze zdanie? Jakieś doświadczenia z retinoidami?


czytam

favikona pochodzi z nataliedee.com. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Labels

15 hair project 301 346 52 AA aknenormin alessandro algi alterra ambasada piękna anthelios antyperspirant arsenał grubasa artdeco aussie autokorekta avene avon babydream baikal herbals balea balm balm balsam do ciała balsam do ust bambino bandi bareMinerals batiste baza baza pod cienie baza pod lakier bb bb cr bb cream beauty blender beauty formulas beauty friends bebeauty beblesh balm beige nacre bell bella bamba benefit berlin berry love biały jeleń biedronka bielenda bio-essence Biochemia Urody bioderma biovax blizny blogerki blogger błędy błyszczyk boi boi-ing bourjois box box of beauty ból dupy brahmi amla braziliant brodacz brokat brow bar brwi BU bubel bubel alert buty carmex cashmere ce ce med cellulit cera mieszana cera wrażliwa cetaphil CHI chillout choisee chusteczki cienie cienie w kremie cień clinique clochee color naturals color tattoo color whisper cudeńko cycki czador ćwiczenia darmocha dax debilizm demakijaż denko depilacja dermaroller diy do it yourself dobre rzeczy douglas dove dream pure ducray dwufaza ebay edm eko kosmetyki elution essence essie estetyka etude house eveline everyday minerals eyeliner faceguard fail farbowanie farmona fekkai figs rouge filtr firmoo fitness flora floslek fluid fridge fridge by yde fructis fryzjer galaxy garnier gillette glamwear glossy box glyskincare głupie cipki głupota golden rose google google analytics gratis h&m hakuro healthy mix hebe high impact himalaya hiszpania hm holiday hot pink hydrolat idealia ikea innisfree ipl iran isa dora isadora isana jillian michaels kallos kate moss katowice kącik kulturalny kelual ds kissbox kolastyna kolorówka koloryt konkurs konturówka korekta korektor korektor pod oczy kot kraków kredka kredka do brwi kredka do oczu krem krem do rąk krem do twarzy krem matujący krem na dzień krem nawilżający krem odżywczy krem pod oczy krem z kwasami kreska kutas kwas askrobinowy kwasy la roche posay lakier lakier do paznokci lakier do ust lakier do włosów lakiery teksturowe lancome laser lasting finish lawendowa farma lekarze lierac linkedin lioele lip balm lip lock lip pen lirene lista magnetyczna loccitane loreal lovely lumene lush łuk brwiowy łupież magnes makijaż manicure manuka Mary Kay marzenie maseczka maska maska do włosów maskara masło do ciała mat matowienie max factor maybe maybelline mężczyźni micel mika mikrodermabrazja miss sporty mleczko mleczko do ciała mocak mollon morze muzeum mycie mydło mydło naturalne nadwaga nail tek narzekanie natura officinalis naturalne składniki naughty nautical nawilżenie neem new leaf niedoskonałości nivea nivelazione nouveau lashes nutri gold oczy oczyszczanie odchudzanie odżywianie odżywka odżywka do paznokci odżywka do włosów off festival okulary olej olej arganowy olej kokosowy olejek olejek do mycia ombre opalanie opalenizna opener organique oriflame original source orofluido paleta magnetyczna palmers paski na nos pat rub patrzałki paznokcie pączek peel-off peeling peeling do ciała peeling do twarzy perfecta pervoe reshenie pędzel pędzle pharmaceris photoderm physiogel phyto pianka do mycia piasek piaski pierre bourdieu pkp plastry na nos płyn do demakijażu płyn micelarny podkład podróż pogromcy mitów policzki pomadka pomarańczowy porażka pr praca prasowanie propolis proteiny próbki pryszcze prysznic prywata przebarwienia przegięcie przemoc symboliczna przygody przypominajka puder puder transparentny purederm QVS real techniques regeneracja reklamacja rene furterer retinoidy revlon rimmel rossetto rossmann rozdanie rozkmina rozstępy róż różowe ryan gosling rzęsy sally hansen samoocena samoopalacz satynowy mus do ust Schwarzkopf scrub seacret seche vite sensique sephora serum serum nawilżające sesa shaun t shea shred sińce siquens skandal skin 79 skinfood skóra skóra wrażliwa sleek słońce słowa kluczowe socjologia soraya spf starry eyed stopy stylizacja suchy szampon sun ozon sypki szaleństwo szampon szkoda gadać szminka sztuka współczesna święta tag taka sytuacja tapeta tara smith tatuaż the body shop the face shop tołpa toni&guy tonik top tortury tragedia transki trądzik triple the solution truskawka tusz do rzęs twarz ujędrnienie under twenty usta uv vichy warby parker wąs weganizm wella wibo wieloryb witamina c wizaż wizażystka włosy workout wory wódka wtf wyrównanie wyszczuplanie wyzwanie yasumi yoskine yves rocher zachwyt zakupy zapach zdjęcia zenni optical zerówki ziaja złuszczanie zmywacz zmywacz do paznokcie zużycie zwiedzanie źródła odwiedzin żel żel do brwi żel do golenia żel do twarzy żel pod prysznic żel-krem życzenia